/s0001_0001.djvu

			Nr 30-1'01 


27 lipca 1912 


BIESIADA LITERACKA 


I!.IIII.......IIIIII.IIIIIII.IIIIII.III.., Unlllll ,....IIU..' ..... ....
 n III;; E 
 
 i II 
 Im.'. 
, 
 
 
 
] 
.
 
i), ,.S '; II 2 
n.1 II I'.
 nllll
 
- ...
 
- "" 
- ... 
- 
 
- - 
- - 
- . 
11m 'f;i 

 M 
_ JCI'.l 
- - 
= 
 
- 
- 
- 
= 
- 
- 
; 
.. 
.. 
- 
I 
.. 
:: 
.. 

 
.. 
"" 
I 
... 
- 
"'" 

 

 


""
 
'
:' 


 

:j; 
.,
. 
'>"" 
;,-,;! 


'. 
...n 



 

: 
n'.
 
.-If: 

...... 
,,
 
,..,. 



 
.
 
, , 
""A 

 
"'
 
w 

 
I!
 
*' 
- 
"" 
.. 
:: 
'" 
I 
E 
w:. 




: 
.. 

 


..1 
.., 

h
!mmC
"'i 


..
.,"- 


JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI.
		

/s0002_0001.djvu

			z WARSZAWY 


W Grodzieńskiem, niedaleko Prużany, jest wioska nie- 
wielka, Oołhem zwana, położona wśród płaszczyzny wilgo- 
tnej, równej, jednostajnej, zasianej kamieniami, które tu przed 
tysiącem lat wody jakiegoś kataklizmu przyniosły. W wiosce 
tej był dwór okazały, obszerny, z małą kapliczką na wzgórku, 
z ogródkiem, z odrobiną zarośli, z jedną sosną na polu, po 
szczęśliwszych pozostałą 
czasach. 
Pod koniec pierwsze- 
go dziesięciolecia wieku 
ubiegłego, zamieszkał tu 
wcześnie o s i e r o c o n y, 
w szkołach lubieszowskich 
ks. Pijarów wykształcony, 
przystojny, dziarski, we
o- 
ły, żartobliwy, żądny za- 
baw i stosunków świato- 
wych, poczciwy ziemianin, 
używający dość znaczneg'o, 
lubo już przez opiekunów 
nadszarpniętego majątku- 
bez oglądania się na przy- 
szłoŚĆ. Był to Jan Krasze- 
wski,łowczyc z trębowelski, 
którego dziad pochodził 
z Mazowsza, ale wywędro- 
wał był na Ruś Czerwoną, 
szukając polepszenia losu. Spostrzegłszy, że fortuna topniała, 
opamiętał się Jan rychło, postanowił się ustatkować i według 
starego zwyczaju wcześnie, bo dwadzieścia parę lat mając, 
zaczął szukać przyszłej towarzyszki życia. A że w Prużań- 
skiem znał dwóch sąsiadów, którzy dwie siostry poślubili, te 
siostry zaś miały jeszcze trzecią, Zofię Malską, mieszkająca na 
Podlasiu, lecz nieraz zapewne odwiedzającą Prużallskie, zwró- 
cił afekta swe ku ni
j, doznał wzajemności, otrzymał pozwo, 
lenie jej rodziców i ożenił się 
d. 24 maja 1811 r. Pod wpły- 
wem żony, wielce pobożnej, su- 
rowej względem siebie, a wy- 
rozumiałej dla innych, dość wy- 
kształconej, jak na owe czasy, 
biegłej, oczywiście, w francuz- 
czyznie, zmienił się łowczyc 
całkowicie, w domu siedzieć 
przywykł, gospodarstwem, ogro- 
dem, skrzypcami i gawędką 
wesołą, zaprawioną żartami jo- 
wialnemi i dykteryjkami się za- 
bawiał; gdy chciał trochę świa- 
ta zobaczyć, jechał do rodziców 
żony, albo do Grodna. Sąsie- 
dzi lubili go i chętnie wybiera- 
li na urzędy honorowe w po- 
wiecie. 
Czasy były pełne niepokoju i grozy. Stosunki między 
Francyą a Rosyą naprężały się coraz bardziej, z miesiącem 
i tygodniem każdym; przewidywanie starcia wojennego nie 
wymagało wielkiej bystrości politycznej; powstawało ono 
w umyśle każdego, kto czytał gażety i słuchał ustnych wia- 
domości, przebiegających po całym kraju. Z wiosną r. 1812, 


pan łowczy, dbając o spokój żony i spodziewając się potomka, 
wywiózł ją do Ks. Warszawskiego: najprzód na Podlasie, do 
jej rodziców, a następnie do Warszawy, w tern przypuszcze- 
niu, że tu bądźcobądź będzie naj bezpieczniej. Żona miała 
w Warszawie przy sobie matkę, doktora i dawną nauczyciel- 
kę. Mąż wrócił na wieś i musiał sam zburzyć swój dwór, zo- 
stawiając tylko nizką, 
szczupłą oficynę, a to dla- 
tego, żeby widok wielkie- 
go domu nie ściągał ku 
sobie rabusiów zbrojnych, 
którzy podczas pochodu 
wojsk napoleońskich i ro- 
syjskich szukali obłowu. 
'rymczasem pani łowczyna 
zamieszkała w domu dziś 
już nieistniejącym, dawniej 
Stuszków, potem Ziente- 
ckich, przy ulicy Aleksan- 
drya i tu, w d. 28 lipca 
1812 r. przyszło na świat 
dziecię wątłe i małe, które 
miało się stać olbrzymem 
pracy niezmordowanej i 
twórczości wyjątkowej, do- 
broczyńcą i chlubą naro- 
du. Ochrzczone w kościele 
S-go Krzyża d. 6 sierpnia, otrzymało imiona Ignacy Józef, 
z których drugie stało się głównem i powszechnie używanem. 
Kraszewski już za życia zyskał niezwykłą popularność 
i wyjątkowe uznanie; imię jego było na ustach i w sercu 
każdego Polaka. Pięćdziesięciolecie jego pracy autorskiej spo- 
łeczeństwo polskie obchodziło jako święto narodowe. Żaden 
autor nie dostąpił tak świetnego uczczenia. Dziś naród cały 
składa hołd jego pamięci w setną rocznicę jego urod;r,in. 
W szeregu wdzięcznych hołdo- 
wników skwapliwie staje "Bie- 
siada Literacka", którą wiel- 
ki pisarz szczeg6lnemi otaczał 
względami i od pierwszego jej 
numeru, dopóki żył, zasilał ją 
swem niesłychanie płodnem pió- 
rem. Szczególną też życzliwość 
okazywał dla dawnego jej re- 
daktora, Sępa- Maleszewskiego, 
jak również dla dzisiejszego jej 
kierownika. Ten ostatni posiada 
w swoich zbiorach wiele jegu 
list6w. Korespondencya wzaje- 
mna rozpoczęła się w r. 1879 
i trwała niemal do ZgODU Kra- 
szewskiego; nie przerwał jej na. 
wet pobyt Kraszewskiego w wię- 
zieniu. 
Hołd jubileuszowy rozpoczynamy charakterystyką puści- 
zny duchowej Kraszewskiego. Jest to ogrom utworów przej- 
mujący zdumieniem i podziwem. Galerya, powstała z wyobra- 
żonych tu postaci, mało zawiera wspaniałych, imponujących 
posągów z marmuru, ale mieści w sobie cały, nieprzejrzany 
las nadzwyczaj charakterystycznych i żywych figur z terra- 


RODZICE KRASZEWSKIEGO. 
JAN KRASZEWSKI. ZOFIA Z MALSKICH KRASZEWSKA. 


DOM W WARSZAWIE PRZY ULICY ALEKSANDRYA, DZIŚ KOPERNIKA, 
w którym urodził się Kraszewski. 


62
		

/s0003_0001.djvu

			koty, wychylających się ku nam z uśmiechem, tęskną łzą, 
marsowym nastrojem, zadumą, smutkiem, jowialnym żartem, 
sarkazmem, bolem serdecznym, rozpaczą - w najprzeróżniej- 
szych kombinacyach, które nieraz zaledwie odczuć, a nie 
określić się dają. Wśród tych niepoliczonych objawów życia 
jedynie brak upostaciowań myśli głębokiej a nowej i tragi- 
czności. Te znamienne cechy utworów Chmielowki tłumaczy 
charakterem umysłu pisarza i w ten sposób opinię swoją 
uzasadnia: 
Rozum jego to gąbka, wchłaniająca chciwie wszystko, 
co ją wypełnić może. Kraszewski interesował się każdym 
przedmiotem, każdym objawem, zostającym w jakimkolwiek 
związku z rozwojem ducha, z dziejami człowieka. Jak w pierw- 
szej młodości oddawał się studyom nader od siebie różnym, 
bo literaturze francuskiej i gramatyce arabskiej, powieścio- 
pisarstwu i dziejoznawstwu, filozofii i filologii, bibliografii 
i slawistyce: tak i później, przez cały ciąg życia, wzbogacał 
nieustannje skarbiec wiadomości ze wszystkich dziedzin po- 
znania. Wiadomości te zbierał z nadzwyczajną skrzętnością, 
bez głębszego, krytycznego ich roztrząsania; chodziło mu o do- 
kładność, nie o ścisłość. Świadczyć o tem może zamiłowanie 
w takich naukach, które 
dzjsiaj są jeszcze w sta- 
dyum gromadzenia mate- 
ryałów, jak archeologia i 
dzieje sztuki. Świadczą o 
tern również prace histo- 
ryczne, tak obfite w rysy 
znamienne, w drobiazgi 
. barwne, a tak mało posia, 
dające systematyczności 
i spójności. 
Kraszewski śledził bar 
dzo pilnie rozwój prądów 
cywilizacyjnych oraz nauk. 
wywierających wpływ na 
wielkie masy, starał się 
zawsze być obznajmionym 
z najnowszemi zdobycza- KRASZEWSKI w WIEKU MLODZIEŃCZYM. 
mi wiedzy; nigdy nie prze- 
mienił się w zakamieniałego rutynistę, powtarzającego z upo- 
rem to' tylko, czego raz się nauczył, ale chętnie porzucał 
wiadomości, choćby nawet ściśle z dziejami jego umysłu 
związane, jeżeli się okazały fałszywe, chętnie przejmował pier- 
wiastki świeżo wytworzone przez postęp, usiłując zharmoni- 
zować je ze staremi. Oprócz krótkiej chwili w pierwszej mło- 
dości, kiedy butnie krańcowemi popisywał się frazesami, zaw- 
sze dążył do złotego środka, polegającego na pomiarkowaniu 
zbyt daleko idących a różnokierunkowych zapędów myśli 
i dążeń. Złoty ten środek, stosownie do zmieniających się 
wpływów i nastroju ogólnego, ulegał także odmianom, ara. 
czej odmiennym zabarwieniom: raz zwał się zasadą ewange- 
liczną, drugi raz pogodzeniem tradycyi z postępem, trzeci raz 
zlaniem idealizmu z realizmem. Nigdy go Kraszewski ściśle 
we wszelkich szczegółach nie określał, gdyż zawsze chciał so- 
bie pozostawić możność dodania lub ujęcia czegoś ze sfery 
w nim zawartej. 
Wielostronnym bowiem był i pragnął się okazać umysł 
Kraszewskiego; tylko, że nie w jednym czasie i nie w sku- 
pieniu rozpatrywał różnorodne cechy pewnego objawu życia 
lub wiedzy; brał je po kolei albo w różnych okresach swego 
rozwoju; stąd mogły poglądy jego wydawać się w danym 
wypadku ułamkowemi i jednostronnemi; ale gdy się przeglą- 
da dzieła wszystkie, i gdy się jednym rzutem oka obejmie 
całą jego twórczość, widoczną się stanie dążność do jak naj- 


szerszego uwzględniania objawów życia czy to narodowego, 
czy ogólnie cywilizacyjnego. Nowych dróg w krainie ducha 
nie torował, lecz na wszystko umiał znaleźć zasiłek i przy- 
swoić sobie w pewnej mierze to, co było niewątpliwie albo 
dobrym nabytkiem, albo przynajmniej najwięcej uznania 
wśród współczesnych znajdowało. 
Wykształcony początkowo w zakątku, do którego słabo 
przenikały odgłosy romantyzmu, wchłonął przedewszystkiem 
idee wieku oświeconego w bardzo umiarkowanej formie i mie- 
rze, a te go zabezpieczyły następnie-oczywiście, w połączeniu 
z właściwościami jego temperamentu - od całkowitego odda- 
nia się prądowi nowemu. Zawdzięczał on jednak jemu uide- 
alizowanie poglądu na życie, pojęcie miłości, jako potęgi 
wszechwładnej i wiecznie trwałej, oraz przeciwstawienie po- 
ezyi zabiegom powszednim o byt materyalny. Gdy romantyzm 
bujny lot swój obniżył, zstąpił na grunt codzienny i wytwo- 
rzył przesadne uwielbienie swojszczyzny, nietylko w jej cno- 
tach, ale i w jej błędach, dał się i Kraszewski kierunkowi 
temu porwać, idealizując nawet tak wyraźne wady, jak brak 
porządku i rachunkowości. Lecz i wówczas nawet pobudka 
dobra i szlachetna była źródłem jego zapatrywań i dążeń, 
chciał dla duchowej stro- 
ny człowieka i społeczeń- 
stwa wywalczyć należne 
uznanie, a rycerzom tej 
dziedziny zapewnić stero- 
wnicze stanowisko. 
W śród rozróżnionych 
zdań i dążności co do środ- 
ków zachowania bytu na- 
rodowego, rozpoczął od za. 
lecania jawnych sposobów 
działania, dał się następnie 
unieść na chwilę kierun- 
kowi rewolucyjnemu, ale 
skończył na uznaniu pra- 
cy spokojnej i wytrwałej 
na wszystkich polach dzia- 
łalności za drogę najlep- 
szą i najbezpieczniej pro- 
wadzącą do upragnionego celu. Za pojawieniem się prądu po. 
zytywistycznego, odezwała się w nim najprzód natura ideali- 
sty, lękał- się, żeby się społeczeństwo nie zmateryalizowało i nie 
zapomniało o tern, co piękne, szlachetne i wzniosłe; ale do- 
świadczeniem bolesnem nauczony, coraz bardziej się skłaniał 
ku wyznawaniu tej prawdy, że ścisłe liczenie się z rzeczy- 
wistością nietylko nie może obniżyć poczucia ideałów, ale 
owszem daje możność realizowania ich wedle sił rozporządzal- 
nych tak, że skończył wyraźnem potępieniem bezpłodnego 
marzycielstwa, bardzo różnego od poezyi i rozprawiania próżne- 
go o ideałach, zamiast przykładania ręki do pracy choćby 
drobnej napozór, byle z wyższą myślą przewodnią podjętej. 
Pozostał tylko, jak poprzednio, tak i w końcu życia, przeci- 
wnikiem krańcowości czy to w sferze wiary, jako ultramon- 
tanizmu, czy to w sferze społecznej, jako radykalizmu bez- 
wyznaniowego. 
Te oględne, nie uwydatniające się jasno i dobitnie prze- 
konania w kwestyi zasad nie mogły uczynić Kraszewskiego 
wodzem, podającym hasła społeczeństwu całemu, lub choćby 
nawet stronictwu tylko; ale sprawiały, że we wszystkich isto- 
tnie ważnych sprawach, jakie naród miał do załatwienia, 
okazywał znakomity pisarz spółudział czynny i skuteczny; 
tak było w.' sprawie wyzwolenia włościan, uobywatelnienia 
Żydów i skierowania społeczeństwa na drogę pracy organi- 
cznej. lnicyatorem żadnej z wielkich czynnności społecznych 


KRASZEWSKI W WIEKU DOJRZAŁYM. 


63
		

/s0004_0001.djvu

			nie był; w każdej bowiem z wymienionych tutaj miał poprze- 
dników zarówno w teoryi, jak i w praktyce; ale do ich 
przeprowadzania i ugruntowania przyczynił się potężnie. 


ROMANÓW NA rODLASIU, 
siedziba rodzinna Kraszewskich. 


Uczuciowość Kras7.ewskieg , ) nie znała również kraliców 
chłodu i wulkanicznych wybuchów; zatrzymywała się w złotym 
środku. Miękość, łagodność, trwożliwość i drażliwość były głó 
wnemi jej cechami; nie przemie- 
niała się jednak na czas dłuższy 
w łzawą sentymentalność, gdyż 
ją broniła od tego pewna trzeż- 
wość, wyrażająca się nastro- 
jem satyrycznym, który prze- 
bywał fazy szyderstwa, sarka- 
nu i łagodnej ironii. Z począt- 
ku działalności literackiej na- 
stroi ów był nawet panującym; 
dopiero wpływ romantyzmu 
wprowadził do niej nutę smut- 
ku i tęsknoty, a w połączeniu 
z oddziaływaniem często za- 
chmurzonej rzeczywistości na 
wrażliwe i drażliwe usposobie, 
nie powieściopisarza, wytworzył 
upodobanie w malowaniu boha- 
terów o wszelkich możliwych 
przymiotach, tylko bez hartu woli. miękich, narzekających 
na świat, cierpiących, a niezdolnych do energicznego czynu. 
I w tym nawet jednak okresie, gdy kult ludzi zdolnych 
a słabych był najsiJniej u Kraszewskiego rozwinięty, nie ich 
wizerunki były najdoskonalszemi artystycznie, ale raczej saty- 
ryczne obrazki społeczeństwa, wśród którego ginęli owi łzawi 
bohaterowie. Sam powieściopisarz nigdy takiej słabrści woJi 
nie okazał; jedną właśnie z jrgo zalet była żelazna wytrwa- 
łość wśród najnieprzyjaźniejszych nawet ukoliczności Otrzą- 
snął się i on też w końcu ze swej predylrkcyi do natur sła- 
bych, marzycielskich i w ostatnim okresie swych natchnieIi 
nakreślił kilkanaście postaci dodatnich, odznaczających sję 
energią i zdolnością do działania. 
Przyznać atoli należy, że te postacie nie mogą się zali- 
czyć do pierwszorzędnych pod względem piękna i artysty- 
cznego obrobienia; mają bowiem zawsze jakąś szczerbę w swej 
organizacyi, nie dozwalającą im całą siłą ducha rozporządzać; 
a w rysach szczegółowych znać raczej chęć twórcy uczynie- 
nia ich doskonałe mi, niż posługiwanie się faktami zaobser- 
wowanemi. Nic dziwnego. Szyderski nastrój wskazywał zaw- 
_ sze więcej ujemnych aniżeli dodatnich stron w ludziach i sto- 


sunkach; a chociaż Kraszewski rozwagą dochodził do przeko- 
nania, że stawianie narodowi ideałów jest jednym z bardzo 
ważnych obowiązków powieściopisarza-obywatela i chociaż ro- 
bić to próbował nieraz, nie podobna mu przecież było tak się 
świetnie wywiązywać z tego zadania, jak w malowidle sła- 
bości i usterek ludzkich, ku spostrzeganiu których wiodło go 
przyrodzone usposobienie. A lubo w pismach jego dużo jest 
ciepła, promienieje ono na czytelnika łagodnie i w żar nigdy 
się nie zmienia, bo Kraszewski entuzyastą nie był. Stąd i ma- 
jestat historyi przedstawia mu się nie we wspaniałych i im- 
ponujących kształtach, ale w rozbitych na kawałki nłamkach, 
w których znać zawsze więcej słabości niż dzielności ludzkiej. 
Stąd też, jukkolwiek pojmował niewątpliwie i odczuwał nie- 
zawodnie położenia i uczucia tragiczne, ani razu nie odtwo- 
rzył ich w całej ich wzruszającej grozie, a zaledwie kilka- 
kroć putrafił się na wymaganej przez sytuacyę utrzymać wy- 
żynie. 
Z namiętności, pochłaniających człowieka, jedną tylko 
miłość malować lubił, a i w jej obrazach wyłącznie bierne 
poddanie się mężczyzny uczuciu wszechwładnemu, dochodzące 
niekiedy do zwyrodniałych objawów, głównym jest motywem. 
Wszystkie inne namiętności, nawet monomanie, w łagodnej 
u Kraszewskiego przedstawiają się formie. Nędzy rozpaczliwej, 
bez wyjścia, gnieżdżącej się głównie po miastach, nie znał 
naocznie i nigdy jpj malować nie lubił; nawet żebracy jego 
są albo romantycznemi wytwo- 
rami, albo tak w swej biedzie 
zadowolonymi ze swego losu, 
że litować się nad nimi niepo- 
dobna. 
Ogólnie biorąc, jest Kra, 
szewski w tym względzie wier- 
nym tylko malarzem naszej 
rzeczywistości, gdyż tern pera- 
tura uczuć naszych jest prze- 
ważnie umiarkowana, a jeżeli 
sję gwałtowniej ubj!Hvia, to 
w sposób wybuchowy i przemi- 
jający; ale takie poprzestawa- 
nie na właściwościach powsze- 
dnich, bez uwzględnienia tych, 
które rzadziej się pojawiają, lecz 
tembardziej na uwagę zasługu- 
ją i nieraz wpływ ogromny na 
społeczeństwo wywierają, dowodzi skłonności, przyrodzonej 
autora, lubiącego osobistości o średnim, przeciętnym stopniu 
podniecenia uczuci(ł. 


J	
			

/s0005_0001.djvu

			OBCHÓD JUBILEUSZU KRASZEWSKIEGO W KRAKOW1E. 


Wręczenie darów w Sukienicach. 


Jako człowiek, był Kraszewski serdecznym, wylanym 
dla rodziny i przyjaciół, uprzejmym dla każdego tak, że ni- 
czyjego listu, pomimo nadzwyczajnie zajętego czasu, bez od- 
powiedzi nie zostawiał. Wrażliwość jego przemieniała się na 
drażliwość do wysokiego posuniętą stopnia; nigdy w życiu 
nie obył się z nieprzyjemnościami, na jakie naraża autorstwo; 
każda krytyka dotykała go mocno, a chociaż nieraz sam za- 
pewniał, że jest ona niezbędną, nie mógł jej znieść spokojnie 
i czy to publicznie, czy prywatnie użalać się musiał na jej 
ciosy. Ale zawziętym nigdy nie był; chętnie z przeciwnikami 
swymi się godził i urazy przebaczał, jeśli się z nimi zetknął 
osobiście. Wrażliwość niezmierna, w połączeniu z trwożliwo- 
ścią wobec wielkich zagadnień, albo groźnych, rzeczywistych 
czy urojonych tylko niebezpieczeństw sprawiała, że niekiedy 
bez potrzeby niepokoił siebie i społeczeństwo, malując widma 
nieszczęść lub obrazy zwyrodnienia, jako już - już zagładę 
niosące - albo też nie umiejąc w lęku znaleźć dość przyto- 
mności i energii, by stanąć wobec narodu czy obcych z całą 
godnością swego wyso- 
kiego stanowiska, jako 
rycerza ducha. Co je- 
dnak czynił, czynił zaw- 
sze w szczerości i do. 
brej wierze, że się kie- 
ruje rozumem i szla- 
chetnemi po budkami; 
obłuda, pozowanie, sta- 
wanie na koturnach by- 
ły mu wstrętne. 
Fantazya Krasze- 
wskiego stanowiła dla 
niego niewyczerpalląko- 
palnię pomysłów: nie 
znajdowałwniej, co pra- 
wda, drogich marmu- 
rów, ale glinki, dającej 
się artystycznie mode- 
lować, zawsze miał po- 
dostatkiem. Fantazya 
ta potrzebowała zawsze 
zasiłku z zewnątrz, 
w obserwacyi lub w do- 
kumentach pisanych; wterly była pewna siebie, tworzyła rze- 
czy najlepsze. Pociągnięty przykładem romantyków, tworzył 
też Kraszewski postacie, stosunki i krajobrazy niewidziane, 
ale okazywało się wówczas, że były one słabsze od tych, do 
których materyału dostarczyło spostrzeganie bezpośrednie. 
Jakże piękne i jak prawdziwe są krajobrazy okolic, które 
znał dobrze z długoletniego w nich pobytu-krajobrazy Wo- 
łynia, Polesia Wołyńskiego i Litwy! A z drugiej strony jak 
blado, jak ogólnikowo przedstawiają się opisy miejsc, które 
pobieżnie tylko oglądał. Czując tę właściwość swego talentu, 
zawsze naj chętniej wracał do dawnych, znanych stron i w nich 
miejsce akcyi oznaczał, zbywając pobieżnie to, czego nie mógł 
szczegółowo malować. Obserwacya jego miała sobie właściwe 
znamię: dotyczyła przedewszystkiem strony zewnętrznej przed- 
miotów. Oko jego zachowało niemal do zgonu spojrzenie na- 
der bystre i odrazu ogarniające dużą przestrzeń. Stąd pocho- 
dzi zdumiewająca plastyka jego postaci, osób i rzeczy. A że 
talent ten posiadał w stopniu najwyższym, jeżeli o odtworze- 
nie powierzchowności chodzi, to śmiało można powiedzieć, 
iż nikt mu w tern nie zrównał. Postaciami szafował nad 
miarę nawet, bo wiedział, że nigdy mu ich nie zbraknie. 
Istotnie, pomimo tak olbrzymiej liczby osób, jaka się 
w jego utworach przewija, nie podobna znaleźć dwóch zupeł- 


nie do siebie podobnych - tak samo, jak w naturze. Nieraz 
podobieństwo bywa bardzo wielkie, zdaje się, że autor po- 
wtórzy własne swe dzieło, a tymczasem nagle występuje ja- 
kiś rys, chociaż drobny, lecz znamienny, który jedną postać 
od drugiej wyróżni i samoistne znaczenie jej nada. 
Inaczej się ma ze stroną duchową osób. Do odtworzenia 
wnętrza brakło Kraszewskiemu głębszych studyów psycholo- 
gicznych. Pod koniec życia znał on i oceniał ważność, a za. 
razem trudność zbadania duszy ludzkiej, gdy pisał: 
"Proces, jakim się każda istota wyrabia, kształtuje i przy- 
biera sobie właściwe cechy indywidualne, tak jest skompli- 
kowanym, że kto by go chciał wyjaśnić umiejętnie, wskazu- 
jąc, jak się tam składały atomy na pierwiastki, a pierwiastki 
na rozliczne kombinacye, musiałby badaniu jednego życia 
własne całe poświęcić. Szczególniej ta doba, gdy istota do- 
biega do najwyższego rozwinięcia swej potęgi, jest jakby dra- 
matem sił i prądów, z niezmierną szybkością walczących 
z sobą i wydających coraz nowe kombinacye. Twórcza siła 
młodości przerabia cia- 
ło, zahartowuje narzę- 
dzia życia, rozwija u- 
mysł i nadaje kierunek 
prawie wszystkim wła- 
dzom; ale są tajemnice 
w tem niezbadane, bo 
każde indywiduum jest 
nową, oryginalną kre- 
acyą, może podobną do 
innych, lecz nigdy im 
całkowicie równą." 
W praktyce, o ile 
można było poro bi ć 
wnioski z fizyognomii, 
gestów i mowy osób, 
Kraszewski dokonywał 
tej pracy nadzwyczaj 
trafnie; ale gdzie potrze- 
ba było dłużej pożyć 
z człowiekiem, ażeby go 
poznać do gruntu; gdzie 
kombinacye pierwiast- 
kowe były bardzo zawi- 
łe: tam pospolicie talent jego chromał. Stąd natury proste, 
naiwne, albo po chłopsku przebiegłe, doskonale są odtworzo- 
ne w jego dziełach; natury zaś skryte, chytre, z wyżej roz- 
winiętą inteligencyą, długo snujące plany przed ich wykona- 
niem, pozostają zagadkami albo osobami, które się inaczej 
w jego określeniach a inaczej w działaniu powieściowem 
przedstawiają. Stąd bardzo często znajdujemy u niego wy- 
znanie, że niemoże wytłumaczyć uczuć, myśli i postępków 
postaci swoich, usprawiedliwiając się jedynie tym ogólni- 
kiem, że "serce zagadką." Stąd także wypłynęło narzekanie 
na krytyków i czytelników w takich naprz. słowach: 
"Często dają się słyszeć zarzuty, czynione artystom, że 
w ich charakterach brak ścisłej konsekwencyi. Niestety! 
jeszcze więcej zbywa na niej ludziom żywym, a malarz, 
związany prawdą fenomenów, musi jej nawet prawdopodo- 
bieństwo poświęcić". 
Latwo zauważyć, że usprawiedliwienie takie jest w grun- 
cie ominięciem tylko zarzutu. Artysta może przedstawiać nie- 
konsekwencye, spostrzeżone w ludziach żywych\ ale musi 
to robić całkiem świadomie ; musi mieć od samego początku 
całość danego charakteru w pomyśle swoim, a nie sztukować 
go dowolnie wtedy dopiero, gdy chwilowo potrzebna sytuacya 
tego wymaga, jak to często bywa u Kraszewskiego. 


65
		

/s0006_0001.djvu

			Dowcip Kraszewskiego lest najlepszy, ma zawsze charak- 
ter jowialny albo satyryczny; sfer wykwintnych i subtelnych 
nie tyka i dlatego ludzie salonowi, przedstawieni przez niego 
jako dowcipni, zazwyczaj nie składają dowodów dowcipu w roz- 
mowie tak, jak jego ludzie wielce przebiegli nie okazują przy- 
miotu tego swem postępowaniem. 
Kompozycya utworów artystycznych Kraszewskiego jest 
luźna; brak jej ześrodkowania nie z zasady, ale poprostu z nie- 
zbyt wielkiego uzdolnienia do zawiązywania i prowadzenia 
akcyi. Umie on doskonale kreślić sytuacye, zwykle działając 
drobnemi rysami i małemi scenkami; w jednym bowiem tyl- 
ko okresie swej twórczości, pomiędzy r. 1851 a 1862, powołał 
na swe posługi rozlegl
 malowane obrazy; związać atoli do- 
brze te sytuacye, skupić umiejętnie rozproszone środki arty- 
styczne, nie było już dla niego rzeczą łatwą. Krótkie, najwy- 
żej tomikowe kompozycye, bywają bardzo często udatne; ale 
obszerniejsze dalekie są od doskonałości. 
Gdyby wypadło, w myśl Mickiewicza, poszukać w Kra- 
szewskim namiętności.. zasadniczej, z której by można było 
wyjaśnić wszystkie objawy twórczości-toby szukać jej nale- 
żało chyba w niepowstrzymanym pociągu do pisania, gdyż 
z niego wpłynęło właściwe Kraszewskiemu pojęcie obowiązków 
obywatelskich, nadzwyczajna, zjawiskowa jego ruchliwość i pło- 
dność, oraz niesłychana wytrwałość w pracy. W r. 1841, odpi- 
sując na uwagi przyjaciela, co do swej twórczości, pisał: "Za- 
rzuciłeś mi, że się zbyt na drobne pisemka rozsypuje i trwo- 
nię, co tam we mnie lest daru (jeżeli jest); pozwól się wytłu- 
maczyć. Mnie nie chodzi wcale o siebie, o moje pisma i t. p. 
Inny mam cel. Nie wierzę w nieśmiertelność literacką i nie- 
wiele stoję o sławę; mnie chodzi o to, aby pismami swemi, 
przykładem, krzykiem, biciem i t. d., poruszyć, rozruszać, za- 
chęcić; aby otworzyć drogi drugim, rozrzucić kilka ideij, błą- 
dzących mi po głowia. Oto mój cel, oto sława, jakiej pragnę: 
sława pobudziciela. Dlatego to ja nie wypracowuję tego, co 
piszę, ani dbam o przyszłość pism moich. Jedną drogę otwo- 
rzywszy, rzucam się na drugą. Tak pisze, tak żyję i pragnę, 
aby kiedyś o mnie tylko to powiedziano, iżem się przyłożył 
do rozbudzenia ruchu umysłowego za moich czasów." 
Tej zasługi rzeczywiście nikt Kraszewskiemu zaprzeczyć 
nie może. Rozpocząwszy działalność swoją wówczas, gdy wiel- 
cy poeci i historycy usunąć się musieli po za granicę kraju 
i dziełami swemi nie mogli bezpośrednio, natychmiastowo 
wpływać na umysły najznaczniejszej części narodu, ponieważ 
względy polityczne stały temu na przeszkodzif" Kraszewski, 
nie mogący równać się z nimi talentem, "piekł - jak sam się 
wyraził w przemówieniu jubileuszowem - chleb razowy dni 
powszednich", ażeby nim nakarmić rzesze zgłodniałe, potrze- 
bujące pokrzepienia wśród nader smutnych, przygnębiających 
stosunków. Artykułami i utworami, pisanemi lekko, żywo, 
przystępnie a barwnie, pociągnął ku czytaniu nawet takie 
sfery, które dawniej prócz książek do nabożoństwa i kalenda- 
rzów, nie więcej z literatury nie kupowały i nie czytały. Pra- 
cując co najmniej za dziesięciu, wzbogacał piśmienictwo na- 
rodowe i w zakresie powieści wprowadzał reformę do tej po- 
dobną, jakiej na większą skale romantyzm w dziedzinie poe- 
zyi dokonał, t. j. - z naśladowniczej, czynił ją oryginalną, 
swojską. 
.Niema wątpliwości, że zaczątki powieści nowożytnej znaj- 
dowały się już w utworach poprzedników Kraszewskiego; że 
branie materyału powieściowego wprost z obserwacyi, nie zaś 
z fantazyi, tudzież obrazowanie plastyczne, w mniejszym lub 
większym stopniu, spotykają się już w pismach Krasickiego, 
Niemcewicza, Bernatowicza, Jaraczewskiej, Skarbka; ale i to 
rzecz pewna, iż znamiona te pomieszane tam jeszcze były 
z pozostałościami dawniejszemi: z pierwiastkami czysto fanta- 


zyj nemi i dowolnością autorską. Oczyszczenie owych znamion 
z tych naleciałości, jak niemniej spotęgowanie każdego z nich 
jest istotnem dziełem Kraszewskiego, jest tym nowym czynni- 
kiem, jaki on do powieści naszej wprowadził, sprawiając, że ten 
rodzaj t.wórczości piśmieniczej z okresu niemowlęctwa ł>rze- 
chodził w okres dojrzewania. Jego przykładem zachęceni, 
wzięli się dopiero starsi od niego pisarze, jak: Korzeniowski, 
Chodźko, Sztyrmer, do powieści i utworami swemi wzbogacili 
tę gałąź: młodzi zaś w znacznej liczbie, poszli wprost torem, 
wskazanym przez mistrza. 
Często zwracano uwagę Kraszewskiego na to, że nie ilość, 
ale jakość produkcyi umysłowej ma istotne w sprawie pro- 
dukcyi narodowej znaczenie; że więc lepiej pisać mniej, a sta- 
rać się wykonać to jak można naj doskonalej pod względem 
myśli i formy. Na to miał on zawsze jedną odpowiedź:-Na- 
tura mojego uzdolnienia jest taka, że inaczej pracować nie 
mogę-i upominał się o prawo pozostania przy swem indywi- 
dualnem usposobieniu. "Czy godzi się - pisał jeszcze w r. 
1844 -wiecznie sądzić wszystkich jednym sądem, mierzyć je- 
dną miarą1 Każdy ma warunki moralnego swego bytu inne, 
każdy jest sobą. Ani ja jestem lepszy, że wiele piszę, ani ktoś 
tern doskonalszy, że mniej pisze. Wiecznie słysząc narzekania 
na niepoprawność, na pośpiech i t. p., próbowałem inaczej 
pracować, niż dotąd: poprawiać, gładzić. Cóż wynikło1 Wyni- 
kło, że to, com poprawiał, było niechybnie zepsute. Może być 
że innym służy metoda, która mnie na nic się nie zdała; po- 
zwalam na to, że wszystko, co pisze, jest niewykończone- ale 
inaczej być nie może. Wyjść nikt ze swej natury, z warun- 
ków swego bytu-nie potrafi. Gwałcąc siebie, nic się dobrego 
pewnie nie stworzy. Mogę nic nie pisać, ale pisać będę, jak 
piszę" . 
W 37 lat potem toż samo składał zeznanie: 
"Jest w słabości natury mojej, w jej właściwości to, że 
zwykłe opracowywanie, dla innych pożJ-teczne, u mnie dare- 
mnem się staje, lub nawet szkodliwem. Są tacy nieszczęśliwi, 
do których ja należę, którym nie dano jest nic przerobić bez 
zepsucia. Nieubłagana jakaś, choć może fałszywa logika, zmu- 
sza, co się narodziło ułomnem, ortopedycznem, doświadcze- 
niom nie poddawać, aby większego nie ściągnąć nań kalectwa". 
Przyjąwszy takie wyjaśnienie usposobienia indywidualne- 
go-pisze Chmielowski-winniśmy tylko z najgłębszem uzna- 
niem uczcić wytrwałość niezmordowanego pracownika, który 
posłuszny niezwalczonemu popędowi, przez lat 57 nie porzu- 
cił pióra i nawet wśród naj okropniejszych warunków, pod 
któremi inny uległby bezwładnie, tworzył tę miliony wierszy, 
jakie po nim w puściznie nam zostały. We wszystkich innych 
właściwościach podobny do przeciętnego Polaka wykształco- 
nego, pod względem wytrwałości i pracowitości, odróżnił się 
Kraszewski w sposób, jakiego żaden inny pisarz którejkol- 
wiek literatury nie dał przykładu. Jeżeli więc jako potężny 
budziciel życia duchowego i reformator naszego powieściopi- 
sarstwa zasługuje on na cześć w dziejach oświaty naszej 
i w sercach narodu - to jako olbrzym pracy i wytrwania, za 
wzór stanąć powinien dla wszystkich, którzy w pracy i wy- 
trwaniu widzą lepszą przyszłość skołatanego nieszęściami na- 
rodu. 
Kraszewski. jak wspomniałem, doczekał się już za życia 
uznania i wyjątkowego hołdu, ale po śmierci społeczeństwo 
zbyt rychle o nim zapomniało. Wina to powierzchownej kry- 
tyki, która zwracając się ku nowym prądom w literaturze, 
potępia z dziwnem lekceważeniem i najniesłuszniej dawną 
twórczość-literacką, uważając ją za przestarzałą. Ogół czytający 
z dobrą wiarą przyjmuje tę opinię, krzywdząc znakomitych 
autorów i samego siebie. Dawni autorowie, zwłaszcza zaś 
Kraszewski, byli siewcami zdrowego ziarna, krzewicielami 


66
		

/s0007_0001.djvu

			zacuych, szlachetnych, krzepiących myśli. Utwory ich z pe- 
wnością będą z zajęciem i pożytkiem czytane, byleby owa 
powierzchowna krytyka od nich ogółu nie odwracała. Jestem 
pewien, że nowe, kompletne, popularne wydanie dzieł Krasze- 
wskiego może liczyć na powodzenie i że przyczyniłoby się do 
uzdrowienia smaku czytelnictwa, zepsutego twórczością zwy- 
rodniałl\, przesyconą wstrętną zmysłowością. Wielkiemu pisa- 


rzowi hołd wdzięczności w tej formie się należy. H,ównież na- 
leży mu się pomnik, w rodzinnem mieście, wzniesiony z dro- 
bnych ofiar całego narodu. On przecież całe pokolenia uczJł 
czuć, myśleć i czytać po polsku, krzepił je i umacniał w naj- 
cięższych chwilach. Czas spełnić obowiązek wdzięczności. 
Michal Synoradzki. 


CHÓR. 
Szczęśliwy, komu w życiu dano 
Doczekać plonu swojej pracy, 
I ujrzeć myśl swą przechowaną, 
I naj piękniejsze zdobyć wiano 
Z kłosów, co niosą mu rodacy. 


Szczęśliwy, kto swą piersią własną 
Wykarmił całe pokolenia, 
I wytknął dla nich drogę jasną, 
I w nowych jutrzniach, co nie gasną, 
Ogląda dzieło odrodzenia. 


Szczęśliwy, kto szedł naprzód w znoju 
Z hasłami, które ludzkość budzą, 
I walcząc w ciszy i w pokoju, 
Dokonał ludzkich dusz podboju, 
Niezaćmionego krzywdą cudzą. 
Szczęśliwy! Palmy zwycięztw z dłoni 
Nie wydrze ramię mu niczyje, 
Burza go nieszczęść nie dogoni - 


KANTATA 


ASNYKA 


NA JUBILEU8Z KRASZEWSKIEGO. 


On wyszedł z ciemnej lasów toni 
I nieśmiertelny w sercach żyje. 


CHÓR. 


CŁO';. 


Więc w uroczystym dziś obchodzie 
Wielkiego męża czcijmy święto; 
W bratniej miłości, w bratniej zgodzie, 
Nieś mu życzenia swe narodzie, 
Niech kończy pracę rozpoczętą. 
Niech rozpościera jasność wszędzie 
I zbiera owoc swoich trudów; 
W wielkich zdobywców stając rzędzie, 
Niechaj Ojczyźnie swej zdobędzie 
Cześć i braterstwo wszystkich ludów. 


I naród żyje, gdy mu przodem 
Pochodnia wielkich myśli świeci, 
I jeszcze wielkim jest narodem, 
Gdy się odświeża życiem młodem, 
Wydając z siebie takie dzieci. 


Żyje, gdy na świat z jego łona 
Wychodzą strojni wciąż rycerze, 
Których wróg żaden nie pokona, 
A ludzkość ze czcią ich imiona 
Wpisuje w dziejów karty świeże. 


Niech dzień ten przyszłość nam zapowie, 
Do której zwolna ludzkość wiodą 
Najszlachetniejsi jej synowie; 
A czyn, zamknięty dotąd w słowie, 
Najmilszą będzie mu nagrodą. 


Żyje ten naród, co prawdziwą 
Zasługę pojmie i ocenia, 
I w ślad za myślą idzie żywą, 
I zbiera świeżych kłosów żniwo, 
Na drogach swego odrodzenia. 



 


KRASZEWSKI W WARSZAWIE. 


1860 - 1863 
Istniejącą od lat wielu "Gazetę Codzienną" nabył w r. 1859 temu entuzyazmowi tłumu,; który pożerał wszystko. Na- 
jeden z najenergiczniejszych i naj rozumniej szych finansistów próżno płaczliwe Kasandry przepowiadały przyszłość... któż 
warszawskich, Leopold Kronenberg, a pragnąc uczynić z niej śmiał myśleć o niej
 A kto śmiał, odwracał oczy bądź- 
wielki, poważny organ, propagujący dwie głó- cobądź". 
wnie dążności: podniesienie materyalne kraju Jakie było ówczesne zapatr.ywanie Kra- 
i uobywatelnienie Żydów, powierzył jej kieru- szewskiego na ten objaw, niepodobna szczegó- 
nek Kraszewskiemu. Kraszewski stanowisko ławo określić; nie mamy bowiem wiadom('ści 
redaktora przyjął, o czem w prospekcie, wy- o tern prywatnych, a w "Gazecie Codziennej" 
puszczonym w sierpniu tegoż roku, prenume- nic się charakterystycznego nie pojawiło. 
ratorów zawiadomił. Chociaż jednak kierowni- Wiemy, że Kraszewski był przeciwnikiem spi- 
ctwo dziennika niezwłocznie objął; dopiero sków, ale stąd nie można jeszcze wnosić, że 
w lutym roku następnego sprowadził się na był wrogiem manifestacyj; wiemy, że dążył 
stałe mieszkanie z Wołynia do Warszawy. do wszczepienia w naród poczucia pracy wy- 
Pracę rozpoczął w warunkach bardzo tru- trwałej, ale trudno stąd wnioskować, czy ją 
dnych, gdyż niebawem nastąpił okres mani- w owej chwili za ważniej
zą nad głośny objaw 
festacyj, odrywający umysły ogółu od pracy uczuć narodowych poczytywał. To tylko pe- 
spokojnej i powolnej, a zwracający ją ku wna, że po bolesnym wypadku z d. 27 lutego 
dziedzinie politycznej. "Naówczas - pisze Kra- 1861 r., wszedł w skład Delegacyi Warsza- 
szewski - dreszcz jeden przebiegał cały gród, wskiej, której rząd powierzył utrzymanie po. 
jakby w jedno ciało skupiony... wieść przela- rządku w mieście i że skreśliwszy w " Gaze- 
tywała, jak iskra elektryczna, w oka mgnie- KRASZEWSKI, cie" prześliczny opis pogrzebu 5 ciu poległych, 
niu ludzi krocie... nie potrzeba było hasła do jako redaktor »Gazety Polskiej". dodał te znamienne wyrazy, tak doskonale 
czynu, w sercach coś szeptało głosem tajemniczym i wieść odtwarzające ówczesny nastrój ogólny, nie znoszący jasno 
i obowiązek. Nawet naj chłodniej si ulegali temu pożarowi, wypowiadanych myśli, tylko mgliste ogólniki: "Nie siła dłoni 


67
		

/s0008_0001.djvu

			naszych jest siłą naszą, ale siła dusz i umysłów, ale hart 
ducha, głęboka wiara w potęgę sprawiedliwości, w nieodzo- 
wne spełnienie się tego, co prawdą jest, gdy się nań zasłuży 
dojrzałością i wewnątrz nas 
wyrobioną mocą ducha". Za- 
szłe, wskutek oddziaływania 
atmosfery ówczesnej i starań 
Delegacyi Miejskiej, objawy bra- 
tania się Żydów z chrześcija- 
nami, mianowicie zlanie się 
zgromadzeń kupców, postano- 
wienie zgromadzeń rzemieślni- 
czych, witał Kraszewski z ra- 
dością i uwielhieniem, słusznie 
przyznając sobie w duszy, że 
i on do sprowadzenia tych ob- 
ja
ów niemało się przyczynił. 
Po oddaleniu Muchanowa, 
kuratora Okręgu Naukowego, 
dyrektorem oświecenia i W
T- 
znań religijnych został najzna- 
komitszy mąż polityczny ów- 
czesnej doby, Aleksander Wielo- 
polski, wkrótce naczelnik rządu 
cywilnego, a nominacya jego 
przychodziła wraz z ukazami, 
nadającemi Królestwu Radę Stanu, Rady Powiatowe i Miej- 
skie, oraz zapowiadającemi stanowcze rozwiązanie kwestyi 
włościańskiej i zupełną reformę wychowania publicznego. 
Zmiany te, w duchu autonomicznym, były przeróbką projek- 
tów Wielopolskiego. 
Teraz nadeszła chwila, w której potrzeba było zdecydo- 
wać się stanowczo: czy należało szczerze i wytrwale popierać 
działalność Wielopolskiego, który rozwijał program pracy le- 
galnej, powolnej, wytrwałej; czy pójść za opozycyą bierną 
Stronnictwa Białych; czy wreszcie uznać słuszność robót go- 
rączkowych, manifestacyjnych, które prędzej lub później mu- 
siały do wybuchu doprowadzić. Kraszewski, o ile dotąd 
wiadomo, nie potrafił się dostroić do wysokich a surowych 
wymagań chwili, nie umiał zużytkować swej popularności 
i nadzwyczajnej liczby abo- 
nentów "Gazety" (7.50U), 
choćby tylko na zamiar
 
przechylenia szali na tę lub' 
na ową stronę. Jak da- 
wniej w chwilach ważnych, 
tak w tej, niewątpliwie 
naj ważniejszej, jaką prze- 
żył w latach dojrzałych, 
chciał on jakiś bliżej nie- 
określony środek zacho- 
wać, na który przy naprę- 
żonych stosunkach wcale 
miejsca nie było. Zrobiw- 
szy krok śmiały, cofał 
się zaraz, starając się za- 
trzeć wywołane nim wra- 
żenie; na objawy opinii, 
pomimo twierdzeń prze- 
ciwnych, nadzwyczaj był 
wrażliwy, a ponieważ czasy 
były niesłychanie gorące, 
ponieważ paliło się w gło- 
wach i sercach, ponieważ 
zmiany w opinii zacho 


dziły nagłe i on się im poddawał, od czasu tylko do czasu 
czując potrzebę zaprotestowania przeciwko gorączce. Nie on 
jeden, ale większość ludzi wybitnych odegrała wówczas tę 
wahadłową rolę, która n.a dal- 
szy rozwój wypadków nie mo- 
gła pozostawać bez wielkiego 
a niezdrowego wpływu. 
Brak jasności i stanowczo- 
ści w głoszeniu poglądów poli- 
tycznych za prośrednictwem 
"Gazety"-którą wkrótee z "Co' 
dziennej" na "Polską« przemia- 
nował - możnaby mieć za wy- 
tłumaczony w znacznej mierze 
niemożnością wyrażania myśli 
całkowitej ze względów cen- 
zuralnych; ale, że to nie był po- 
wód ani jedyny, ani główny; że 
Kraszewski rzeczywiście nie 
miał wyraźnego programu, któ- 
ryby mógł podać do urzeczy- 
wistnienia narodowi, przekony- 
wamy się zjego broszury, ogło- 
szonej wówczas bezimiennie 
w Paryżu p. t. "Sprawa polska 
w r. 1861". Rzecz ta była na- 
pisana w listopadzie r. 1861. Poznajemy tu Kraszewskiego 
z całą jego szlachetnością serca, kochającego kraj gorąco 
i pragnącego najświetniejszej dla niego doli; poznajemy bar- 
dzo wiele zdań rozumnych i pięknie wyrażonych; dowia- 
dujemy się, czego nie chce, ale gdy się zapytamy, czego 
chce, co poleca narodowi w tej tak niesłychanie waż- 
nej chwili: znajdujemy ogólniki same niemal idealistycz- 
ne, z nader szczupłą miarką wskazówek istotnie prak- 
tycznych. W dwóch tylko sprawach wyraża się jasno, sta- 
nowczo, bez ogródki: odwodzi od powstania, do którego 
pchał już wówczas Mierosławski, gdyż uważa je za nieweze- 
sne i niemożliwe; po wtóre r.aś radzi przeprowadzić jak naj- 
rychlej uwłaszczenie włościan, nie takie lękliwe, jak w me- 
moryale z r. 1858 proponował, ale całkowite, uważając je za 
"spełnienie aktu politycz- 
nego największej wagi, bo 
podniesienie milionów lu- 
dzi do praw obywatel- 
skich" - radzi oraz sta- 
rać się o ich oświatę "cho- 
ciażby kosztem ostatniej 
koszuli" . 
W jednej i drugiej 
kwestyi, Kraszewski, po. 
wracając do nich kilkakro- 
tnie, ani razu sobie nie 
zaprzeczył, ani razu zapa- 
trywania swego nie osła- 
bił. Te dwie wskazówki, 
jedna negatywna a druga 
pozytywna, były niewąt- 
pliwie nadzwyczajnej wagi; 
ale, jak każdy widzi, były 
też dalekie od ogarnienia 
całości ówczesnego zada- 
nia. Nasuwało się pytanie 
natrętne: co robić? Kra- 
szewski nie okazuje się tu 
zwolenikiem postępowa- 


DOM PRZY ULICY MOKOTOWSKIEJ W WARSZAWIE, 
który Kraszewski nabył na własność i w którym mieszkał, prowadząc 
"Gazetę Polską". 


1) WILLA KRASZEWSKIEGO W DREZNIE. - 2) WNĘ.TRZE PRACOWNI DREZDEŃSKIEJ. 


68
		

/s0009_0001.djvu

			nia Towarzystwa Rolniczego i jego prezesa Zamoyskiego, 
gdyż jako rzecznik braterstwa oraz zjednoczenia stanów 
i warstw, uważał je za wynik wyłącznie szlacheckiego sta- 
nowiska i zbyt wielkiej a ciasno pojętej ostrożności. Ale 
równocześnie i w postępowaniu Wielopolskiego nie widzi 
trwałej i pewnej podstawy, zwłaszcza, że pierwsze jego kroki 
poczytuje za szereg omyłek człowieka o charakterze despo- 
tycznym, dumnym, pomiatającym opinią. Ceni nadzwyczajnie 
instynkt narodu, przemawiający w manifestacyach; przez zna- 
czną część broszury wspomnianej jest entuzyastycznym spra- 
wozdawcą z tych objawów obudzonego ruchu, przypisuje mu 
zdobycze ważne, naprz. zjednoczenie warstw w chwili zapału, 
ożywienie ducha; ubolewa, że ci, co mogli być przewodni- 
kami narodu, nie zrozumieli tego instynktu i nie poszli za 
nim; ale następnie przychodzi do przekonania, że manifestacye, 
spowszechniawszy, mogłyby wywierać nadal wpływ szkodliwy; 
że wielkim było błędem, iż się zawczasu ich nie wyrzeczono, 
przed 12 września lub 10 października; nazywa je wprost 
"drogą fałszywą". I gdy w ten sposób szczęśliwy instynkt 
został jako błędny i szkodliwy uznany, zjawiają się u Kra, 
szewskiego myśli o potrzebie połączenia sił pod jedną władzą: 
"Władzy jednej, silnej, choćby z poświęceniem przekonań, 
poddać się jest obowiązkiem" - chociaż zaraz potem prote- 
stuje przeciwko uzurpowanej dyktaturze. 
Niektóre myśli są jakby zgodzeniem się na program 
Wielopolskiego: "Wszystko lub nic-jest maksymą, rozpaczy; 
weżmy, co da los, aby dorobić się reszty. Nie pragnąć za 
wiele i za prędko jest zasadą, którą głęboko wpoić w siebie 
musimy"; ale przyznania się wyraźnie do tego Kraszewski 
unika. A gdy mu przychodzi sformułować swą dążność ogól- 
nie, powiada, że trzeba "starać się żyć, trwać i dawać oznaki 
życia, nie gWRłtowne i konwulsyjne a wyczerpujące, ale po- 
ważne, uroczyste spokojne". Jakie to mają być oznaki - nie 
dowiadujemy się, gdyż broszura mówi ogólnie o potrzebie 
łączenia się i raz tylko wzmiankuje gołosłownie o "pracy 
organicznej"; ale obok tego rozwodzi się szeroko o przykładzie 
pierwszych chrześcijan, o wyznawaniu prawdy jawnem, o zno- 
szeniu cierpień - słowem o rzeczach pięknych i podniosłych, 
ale nie dających wskazówki praktycznej, jak się wobec re- 
form wprowadzanych przez Wielopolskiego zachować. A prze- 
cież wskazówka taka w broszurze politycznej była konieczną. 
Jak wogóle Kraszewski był chwiejnym w swoich prze- 
konaniach i jak, zostawiony sam sobie, nie wiedział, czego się 
trzymać, świadczy wypadek, opowiedziany przez Deskura, 
wojewódzkiego podlaskiego, w jego "Pamiętnikach": 
"Rozgłos reform - pisze Deskur - jakie miały nastą- 
pić i koncesyj ze strony rządu, narobił wiele wrzawy. Orga- 
nizacya Białych krzątała się, aby usposobić przychylnie szla- 
chtę do przyjęcia tychże, a tern samem osłabić działalność 
party i rządu. My nie widzieliśmy zbawienia w koncesyach, 
jakie nam robiono, takich, jak Rady Państwowe, które miały 
na celu uśpić energię ruchliwszych, porobić z nas urzędni- 
ków honorowych rządu, których miało być obowiązkiem: na- 
kładać na kraj ciężary, bez możności decydowania o koniecz- 
nych potrzebach kraju. Niedosyć na tem. Wyraźnie za. 
znaczono ze strony rządu odrębność Kongresówki od Litwy 
i Rusi, któl'e to prowincye nawet tych bawidełek dostać nie 
miały, bo rząd uważał je za kraj czysto rosyjski. Jątrzyło to 
niesłychanie uczucia narodowe. Z partyi rządu nikt nie chciał 
słyszeć o przyjmowaniu jakichkolwiek koncesyj bez współ- 
udziału Litwy i Rusi. Nawet p. Andrzej Zamoyski oświad- 
czył się z tern wyraźnie. Niestety, Wielopolski postarał się 
o usunięcie go z kraju. 
Organizacya Białych widząc, że natrafi na silną opo- 
zycyę, w przyjęciu mniemanych dobrodziejstw, starała się 


wszelkiemi sposobami pozyskać Rzlachtę z partyi ruchu. Po 
dość żywej dyskusyi na jednem z posiedzeń partyi Białych, 
gdzie się ostatecznie za wahali ci ostatni z przyjęciem reform, 
miałem zaszczyt być wybranym, na propozycyę p. Augusta 
Zamoyskiego z Różanki, tak zwanym mężem zaufania. Pole- 
cono mi jechać do Warszawy i zasięgnąć rady p. Józefa Kra- 
szewskiego, obywatela naszego okręgu, jak się on na przy- 
jęcie Rad Powiatowych zapatruje i jakie są zdania kół wpły- 
wowych pod tym względem w Warszawie. 
Przyjechawszy do Warszawy, udałem się do p. Krasze- 
wskiego i oświadczyłem mu, że obywatele naszego okręgu 
z całem zaufaniem udają się o radę, jak sobie postąpić z przy- 
jęciem Rad Powiatowych, dodając, że ponieważ mieszka w sto- 
liey, zna lepiej od nas opinię ludzi wpływowych, czy są za 
czy przeciw przyjęciu. Pan Józef powiedział mi, że jego zda- 
niem koncesye, jakie rząd robi, są wyciśnięte pod presyą 
niektórych państw, a co daje Rosya, ani korzyści, ani straty 
nam nie przyniesie. W Warszawie właśnie teraz odbywają 
się wybory w jednym z cyrkułów, nie wiadomo jaki będzie 
rezultat, ale, że są one bardzo burzliwe. Powiedział nadto p. Jó- 
zef. że dziś jeszcze stanowczo powiedzieć nie można, czy mo- 
żemy żądać więcej, czy poprzestać na tern, co dają. 
Nie byłem po to posłany, żebym dysputował w tej mierze, 
przyjąłem zatem do wiadomości, com słyszał. Odpowiedź 
p. Józefa była wymijającą. Wróciwszy do domu, zdałem 
sprawę z mego posłanictwa, powtarzając dosłownie, com sły- 
szał, przyczem wyjawiłem moje zdanie, że odpowiedź p Kra- 
szewskiego wyraża niepewność jego własnego zdania co do 
polityki, jakiej się obecnie trzymać mamy; chcieliśmy z niego, 
p. Kraszewskiego, zrobić polityka, a jak zauważyłem, on 
wcale do tego pretensyi niema". 
Kraszewski słowem w "Gazecie Polskiej" nie trzy- 
mał się jednolitego kierunku. Raz zdawał się popierać Wie- 
lopolskiego, .zachęcał kraj do przyjęcia żywego i czynnego 
udziału w nadanych mu instytucyach, powstawał przeciw 
manifestacyom, Czerwieńcom, spiskom i zamachom, o ile mu 
oczywiście cenzura na to pozwalała; to znów, pod wrażeniem 
czy.ichś słów lub jakiego wypadku, gromił Wielopolskiego, 
gdzie mógł i jak mógł łatkę mu przypinał. Mściwy charak- 
ter Wielopolskiego zapominał o tern, co Kraszewski na jego 
korzyść mówił, ale doskonale pamiętał, co przeciwko niemu 
między wierszami drukował; wiedział, że Kraszewski ma sto- 
sunki z Biał,ymi, że większa część ich odezw była jego pióra 
i przy sposobności postanowił "dać mu się we znaki". Jakoż 
sposobność taka rychło się zdarzyła. 
W artykule wstępnym, umieszczonym w "Gazecie Pol. 
skiej" w wigilię Bożego Narodzenia, Kraszewski szeroko się 
rozpisał o jednej z cnót chrześcijańskich, nader rzadko w ży- 
ciu spotykanej, o pokorze: "Kochamy - wołał - ale wy. 
bieramy to, czego serce pragnie, nie pracując na to, aby mi- 
łowano bez wyboru. bo nam brak przedewszystkiem pokory, 
tej cnoty, przygotowującej miłość, a egoizm nieprzepartym 
murem oddziela nas od świata. Gdybyśmy umieli być po. 
korni, jakbyśmy wielcy być mogli! Gdybyśmy nie chcieli 
królować, jakbyśmy wielką posiedli potęgę! Społeczność na. 
sza nadewszystko cierpi na dumę, cierpi na to rozszarpanie 
prz'3z miłości własne, które z niej czynią plac boj lI, zamiast 
agapów chrześcijańskich. Pokorą tylko człowiek odtrąca upo- 
korzenie, pokorą idzie do pracy, do doskonałości, do opanO. 
wania siebie, bez którego nic też opanować nie potrafi". 
Chociaż w artykule tym - pisze autor "Historyi dwóch 
lat" - dziś dość bezbarwnie i banalnie się przedstawiającym, 
niema ani słowa o Polsce, rządzie i Wielopolskim; chociaż 
autor w końcu zdaje się zwracać do Czerwonych i przypo- 
minać im, że "ani człowiekowi, ani społeczeństwu nie prze- 


69
		

/s0010_0001.djvu

			chodzi bezkarnie występek", że "sfałszowanie zasadniczych 
pojęć, na których stoi ludzkość, jest cięższym grzechem od 
najstraszniejszych klęsk, jakie największa niedola sprowadzić 
może": przecież wszyscy czytelnicy widzieli w tych słowach 
o pokorze ukrytego Wielopolskiego i on sam się tam dojrzał. 
Artykuł był bardzo czytany, numer obiegał z rąk do rąk, 
mówiono o nim w calem mieście, co wystarczyło, by podniecić 
mściwość margrabiego, by rozdrażnienie jego, w jakim się 
ciągle znajdował, jeszcze bardziej podrażnić. 
Wielopolski, wielbiciel "Kodeksu" Napoleona, legalista,- 
-wobec ciągłego deptania przez rząd wszelkiego prawa w Pol- 
sce, pragnący przywrócić jego moc, powagę i znaczenie, sam 
dostawszy się do władzy, deptał to prawo, ilekroć to uznał 
za korzystne i potrzebne. Tak samo i teraz postąpił. Tegoż 
jeszcze dnia, w którym ukazał się cytowany wyżej artykuł. 
pojechał do w. księcja i wymógł na nim, że Kraszewskiemu 
dano rozkaz natychmiastowego opuszczenia redakcyi i wyje-- 
chania zagranicę. Było to poprostu wygnanie człowieka, który, 
dobrze użyty, mógł niemałą stanowić podporę dla nowych 
rządów polskich - wygnanie nieprawne, niesłuszne, krzy- 
czące swą niesprawiedliwością i gwałtem. Kraszewski zaraz 
też, pod tą samą datą 24 grudnia, pożegnał się z czytelni. 


k
mi, które to pożegnanie "Gazeta" wydrukowała 27 grudnia. 
"Zegnając czytelników i spółpracowników "Gazety" - pisał - 
i dziękując im za okazywane współczucie, za chętną pomoc 
i poparcie, potrzebujemy wytłumaczyć, że nie żadna różnica 
przekonań, zasad i poglądów, nie żadna n 
ezgoda w zdaniach, 
ale czysto osobiste okoliczności, chęci powrotu do zatrudniell, 
właściwych powołaniu, spowodowały ustąpienie nasze z do- 
brej woli". Tak się żegnał, udając dobrą wolę, bo udawać 
ją musiał. 
Nie wyjechał wszakże natychmiast i nie mógł wyjechać 
bez uregulowania swoich interesów majątkowych, które w dość 
opłakanym znajdowały się stanie. W końcu stycznia 1863 r. 
spotkał go Nabokow i rze
ł: 
- Jakto
 Pan je!"zcze tutaj? Jedź pan, jedź, bo pana 
wyślą do Rlls.yi. Wasza (t. j. polska) sprawa cofa się. Aut!)- 
nomię odbiorą, szkuły, w tej formie, jak je urządził Wielo- 
polski, zniosą, zostanie wprowadzony język rosyjski i sądo- 
wnićtwo rosyjskie. 
Dopiero wskutek tej przestrogi, Kraszewski w pierwszych 
dniach lutego pojechał do Drezna na wygnanie i całe już 
życie na tułactwie spędził. 


Kustosz. 


OS T A TNIE LAT A I ZGON KRASZEWSKIEGO. 


KRASZEWSKI NA ŚMIERTELNEM ŁOŻU. 


Stan zdrowia Kraszewskiego oddawna wiele pozostawiał 
do życzenia, od czasu zaś aresztowania go i uwięzienia, zna- 
cznie się pogorszył. Uzyskawszy po długich staraniach urlop 
sześciomiesięczny z więzienia magdeburskiego, w październiku 
r. 1885, za kaucyą 20.000 marek, udał się do Lucerny, skąd 
tak pisał o sobie do Pługa: 
"Chodzę o kiju, na 
schody najlżejsze nie mo- 
gę się wdrapać; wysadzać 
mnie trzeba z wagonu i 
wciągać. Mniejsza o stan 
ciała, ale na duchu, który 
byl przygnębiony i jakby 
odrętwiały, odezwalo się 
teraz wszystko, com wy- 
cierpial przez dwa i pól 
lata prawie. Jestem, jak 
ten, co po urwisku prze- 
szedł nad przepaścią bez 
trwogi, a pominąwszy do- 
piero ją uczuł, co przebył. 
Nie mogę i nie chcę tego 
opisywać, com przecier- 
pial, ale niema upokorze. 
nia, którego by eon amore 
nie dano mi kosztować. 
Przez pochlebstwo dla Że- 
laznego (Bismarka), który 
we mnie prześladowal na- 
rodowość, zmagano się na ukąszenia... Wyszedlem z tej kac 
źni zgrzybialy i jeden Bóg ocalH od obłąkania - taki byl 
stan nerwów. Zostalo się z tegl), że teraz po calych nocach 
jęczę i zrywam się, śniąc strachy. Dopiero na szwajcarskiej 
ziemi odetchnąłem trochę, ale mi źle, źle!" 
Zmuszony odbywać podróż ze slużbą, gdyż sam nic 
w ręku unieść nie m6gl, ani podejść spieszniej, ani mówić 
żywo; zmuszony odpoczywać do drodze, gdyż dłuższe pozosta- 
wanie w jednej pozycyi w wagonie bylo dla niego niepodo- 


)';- 
'" 


;)/ 


bnem do zniesienia: tęsknił za dobiciem do mIejSCa wygo. 
dnego spoczynku. Znalazł go wreszcie w San Remo, gdzie 
go naj troskliwszą otoczylopieką zacny dr. Tymowski, który 
wyjechal na spotkanie znakomitego pacyenta do Genui i za- 
wiózł go na miejsce. 
Atoli spoczynek ten 


" /' ,/ 


był względny tylko, o ile znękany 
starzec nie potrzebował 
zmieniać mieszkania, mo- 
gąc oddychać czystem, cie- 
płem, powietrzem. Zresztą 
zmora katuszy nie ustę- 
powała. Doktorzy uznali 
choroby jego: kaszel nie- 
ustanny, astmę, bicie ser- 
ca, nudności, dyspepsyę, 
odęcie straszne, ciężkie 
bole i kurcze po spożyciu 
najlżejszego nawet pokar- 
mu, za nieuleczalne, zale- 
cając tylko spokój i dyetę 
dla przedłużenia ż y c i a. 
A jakże tu osiągnąć spo- 
kój nawet ciała, gdy Kra- 
szewski do lóżka nawet 
sam wejść nie mógł, z po- 
wodu nóg obrzękłych i bez- 
silności zupelnej; a w fo- 
telu spać się lękał, bo raz 
spad l z niego i potłukl się; 
podłodze, z której powstanie 


;-"/ 


'
>
,
;. 


',,--, 


.... "-
 
:.:.:..--
.,.. . 


'-.
 


," 
".:
 


_/...:,,
. 
-.'.<""'- . 
j::,
.:,,>--,
-f
- i 
'--/;
 I " 

 / .- 
lI ,,;, . ,r II 
,'. 1 : 
." i' 
;,;v 


zmuszony więc byl sypIa c na 
bylo wielce męczącem. 
Cóż dopiero mówić o spokoju ducha! Kraszewskiego, 
pozbawionego przez kilka tygodni czasopism polskich, opano- 
wywała ni ewypowiedziana tęsknota za krajem, której w Dre- 
źnie nie doświadczał, czując się bliżej ziemi rodzinnej. Ani 
modlitwa, ani praca - nic nie moglo ukoić tej "tęsknicy sza- 
lanej". Lękał się utracić "czucia z narodem" - błagał więc 
przyjaciół, ażeby go o w:szy:stkiem zawiadamiali, co się wów- 


70
		

/s0011_0001.djvu

			czas w kraju działo. Obawa o los przyszły targała nim cią- 
gle; ponieważ z powodu choroby o powrocie do twierdzy 
w terminie oznaczonym nie mogło być mowy, starał się ubez- 
pieczyć co do możności pobytu we Włoszech, w Austryi czy 
Francyi i narazie w odpowiedziach na swe pytania znajdował 
wątpliwości: nie był pewnym, czy na wypadek żądania przez 
rząd pruski wydania go, jako więźnia, znajdzie tam opiekę; 
stamtąd zamierzał nawet chwilowo uciec do Anglii. 
Gdy o tym zamiarze doniósł Pługowi, ten sądząc, że 
Kraszewski dał słowo honoru, iż do więzienia w Magdeburgu 
powróci, napisał do niego list, w którym wystawiając i nie- 
bezpieczeństwo osobiste, i względy na cześć narodową, błagał 
go, ażeby myśli ucjeczki zaniechał i na stanowisku wytrwał. 
W odpowiedzi pełnej zdziwie. 
nia, Kraszewski wyjaśnił, że 
słowa honoru nie dawał, bo 
go nie żądano, ale kaucyę tyl- 
ko, "a gdzie się składa kaucyę, 
tam honor wcale nie jest zaan- 
gażowany". Powoływał się na 
przykłady hr. Arnima i pryma- 
sa Ledóchowskiego, którzy tak, 
jak on wypuszczeni, nie czuli 
się obowiązani do powrotu. Nie 
podejmując już myśli ucieczki 
do Anglii, gdy nabierał- prze- 
świadczenia, że żądania wyda- 
nia go nie będzie, dodawał: 
"Zresztą, ja nie zrywam nic, 
ani słowu nie chybiam; wra. 
cam, ale gdy mi doktorowie wró- 
cić pozwolą; tymczasem zaś 
składam ich świadectwa, które 
wymagają przedłużenia urlopu. 
Do ostatniego momentu pozo- 
staję na drodze legalnej i wier- 
ny zobowiązaniom. To jednak 
nie ulega watpliwości najmniej- 
szej, że w więzieniu ani dwóch 
miesięcy życia mi nie obiecu- 
ją i że zasadą jest u Niemców 
unschiidhch mach en tych, któ- 
rych nie lubią, zatem wprost za- 
męczyć legalnie. Ten, który mi 
wyrobił pierwszy urlop (Antoni 
ks: Radziwiłł), świeżo mi przy- 
obiecał poprzeć prośbę moją 
o przedłużenie". 
Ani świadectwa jednak lekarzy, ani wstawnictwa nie pomo- 
gły. Rząd pruski żądał stanowczo i nieodwołalnie powrotu 
do Magdeburga, gdyż jakieś nowe nadeszły na Kraszewskie- 
go denuncyacye. Uczynić temu zadość Kraszewski nie mógł 
z powodu choroby i naraził się na krzyki gazeciarzy niemie- 
ckich o złamanie słowa, chociaż "naj surowsi sędziowie pra- 
wnicy, wezwani do decyzyi, zgorlnie odpowiadali, że kto składa 
kaucyę, ten z góry zapowiada, że pieniędzmi może okupić 
swobodę". Pozostał więc na swobodzie, lecz trwoga go już 
nie opuszczała. 
Z nadejściem lata, San Remo, z powodu skwarów i braku 
żywności, stało się niemożliwem do dalszego pobytu. Dr. Ty- 
mowski powiózł swego pacyenta do Schiznach w Szwajcai'yi, 
gdzie kąpiele siarczane miały zbawiennie oddziać na skoła- 
tany organizm. Na nieszczęście, chłody i słoty nie dozwoliły 
nietylko kąpać się, ale nawet bawić tu dłużej. Za miejsce 
najodpowiedniejsze uważał doktor Meran; ale Kraszewski nie 


miał odwagi narazić się na niebezpieczeństwo znalezienia się 
w granicach Austryi, pomimo zapewnień Ziemiałkowskiego, 
że obawa jest nieuzasadniona. 6wczesny stan duszy Kra- 
szewskiego maluje się dobrze w wierszu, napisanym przez 
niego w Schiznach: 


Nie mieć nad głową dachu, ni kąta na ziemi, 
Być ściganym zloczyńcą, wzgardzonym tulaczem, 
Przybłędą się nazywać pomiędzy swojemi, 
Zaczynać dzień od jęku, a kończyć go płaczem, 
Napróżno żebrać pracy i błagać spokoju, 
Szyderstwami być gnanym, smaganym potwarzą, 
Zwyciężonym bez walki, pobitym bez boju - 
Takim dziś losem Boże wyroki mię karzą... 
Ale mocen i wielki Pan stoi nad światem! 
I dał moc katom, aby po sercach ich 
[próbie, 
Niewinnych łez się pomścić nad bez 
[serca katem - 
Zemstę za okrucieństwa pozostawił 
[sobie! 


Z ucuciem tedy wywołań. 
ca postanowił zostać na ziemi 
szwajcarskiej. Udał sie przez 
Zurich, Bern do Montreux, gdzie 
był polecony opiece dora Mi- 
niata, pochodzącego z Wilna. 
Przepędził tu pięć tygodni na 
kuracyi winogronowej, wśród 
cudnego powietrza i pięknej 
przyrody. Niezbyt pokrzepiony 
na siłach, bo winogrona były 
złe, wracając do San Remo, 
zatrzymał się przez tydzień 
w Genewie, gdzie go ostatnie 
za życia spotkało uczczenie. 
Odbywał się wtedy w Ge- 
newie Kongres Stowarzyszenia 
Międzynarodowego Literackiego 
i Artystycznego. Podczas ina. 
uguracyjnej mowy Numy Dro- 
za, wszedł na salę staruszek 
mały, zgarbiony, o płowych wło- 
sach na głowie, z długą, szpa- 
kowatą brodą, tak pochylony, 
że twarzy jego widzieć było 
trudno. Był to Kraszewski. Je- 
den z literatów, zbliżywszy 
się, wziął go pod ramię i na 
miejscu, gdzie były miejsca 
honorowe, zaprowadził. Kraszewski usiadł, skinął głową litera- 
towi, na laskę nałożył kapelusz i oparłszy się na niej obu 
rękoma, odpoczywał chwilę; potem, podniosłszy głowę, bystrem 
spojrzeniem całą salę objął. W tej chwili zbliżył się do 
niego Jeż (Miłkowski) i przywitał pocichu. Droz, chociaż 
Kraszewskiego poznał, nie przerwał swej mowy, tylko kiedy 
przyszło mu o narodach słowiańskich mówić, wspomniał, że 
w zgromadzeniu znajduje się "znakomity poeta polski, Kra- 
szewski". Wówczas rozległy się oklaski przeciągłe, gorące. 
Kraszewski z wielkim trudem podniósł się trochę na krześle 
i kilkakrotnem skinieniem głowy, ciągle ku ziemi schylonej, 
podziękował. Oklaski powtórzyły się znowu z poprzednim 
zapałem. Droz siedział spokojny, oczekując końca owacyi. 
W dalszych posiedzeniach Kongresu Kraszewski udziału 
nie brał; zanadto czuł się zmęczonym. Przyjmowany serdecz- 
nie w domu Miłkowskich, w rozmowie wracał ustawicznie do 
wspomnień o swoich smutkach, dolegliwościach, cierpieniach 


WYSTAWIENIE ZWŁOK KRASZEWSKIEGO 
w krypcie kościoła ks. Pijarów w Krakowie. 


71
		

/s0012_0001.djvu

			POGRZEB KRASZEWSKIEGO. 


i stratach. Przekonany przez Jeża, iż naj'większe bezpieczeń
 
stwo będzie miał w Szwajcaryi, postanowił tu kupić willę 
i prosił p. Miłkowską, żeby pomiędzy Lozanną a Vevey upa- 
trzyła jaką siedzibę, nie droższą nad 40 do 50.000 franków. 
"Zawsze stąd będzie bliżej do kraju, do swoich ludzi - mó- 
wił. - Włosi namawiają mnie bardzo, żebym pośród nich 
zamieszkał; ale, przyznam się, nie lubię Włochów. Proszę 
was tylko-nie rozgadujcie o moich zamiarach nikomu, boby 
im może przykro było, że doznawszy tyle od nich współczu- 
cia, nie chcę być z nimi." 
Dnia 23 września 1886 r. opuścił Genewę, udając się do 
Turynu, gdzie się miał spotkać z sekretarzem króla włoskiego 
Correntim, który w sprawie 
napisanej przez siebie historyi 
polskiej, prasnął zasięgnąć rad 
jego i wskazówek. Do San 
Remo wrócił dopiero 29 wrze- 
śnia. 
Zdrowie się nie polepsza- 
ło, a umysł miewał wprawdzie 
częste przebłyski dawnej świe- 
żości, przyzwyczajenie do pracy 
nieznużonej pędziło do przed- 
siębrania dzieł coraz nowych, 
ale nieraz zdarzały się jakby 
przestanki w czynnościach du- 
szy, zapomnienia widoczne i ra- 
żące. "Skarżysz się - pisał do 
przyjaciela - że ja na połowę 
treści twoich listów nie od- 
powiadam: ale ja z bolu, nu- 
dności i senności, która mię 
nagle, czasem jak piorun na- 
pada, rzuca mną i prawie do 
niczego zdolnym czyni, pamięć 
tracę, sobą nie władam... Za- 
pominam się, a są chwile, że 
,z zaduszenia i bicia serca zu- 
pełnie tracę przytomność. Póź- 
niej, osłabły, piszę". 
To znużenie umysłu, to za- 
pominanie się, to omdlewanie 
fantazyi znać w powieściach, 
utworzonych po opuszczeniu 
Magdeburga; silniej ślady te- 
go występują w nich, aniżeli 
w utworach więziennych. A je- 
dnak i tutaj znajdują się tak 
śmiałe i świeże rzuty myśli, 
jakby Kraszewski w pełni sił 
działał. 
Płodność twórcza go nie opuszczała. Oprócz licznych 
korespondencyi i sprawozdań, napisał wtedy, w jednym tylko 
1886 r. powieści: "Męczenica na tronie", 2 tomy, "Trójlistek", 
"Czarna godzina"; naszkicował powieść "Ruiny"; prowadził 
dalej dawno rozpoczęte studya nad rozwojem dramatu w Pol- 
sce; przełożył z łacińskiego jakiś dyalog dramatyczny z r. 1772, 
grany w Lublinie u Jezuitów, w którym występował Faust; 
napisał wspomnienie o Hipolicie Klimaszewskim; rozpatrywał 
"Księgę Chamów", którą jeszcze przed jubileuszem własno- 
ręcznie przepisał, ceniąc w niej materyał do poznania w. XVII; 
zamyślał o wydawnictwie czasopisma "Miesiąc", "by skupić 
siły naukowe, rozpierzchłe zagranicą, a w rzeczach społecz- 
nych i narodowych prostować zboczenia i stworzyć, jeśli się 
da, jakiś jeden kierunek stały". A obok tego zamierzał badać 


starożytności w Pompei, uzyskawszy na przerysowanie ich 
pozwolenie rządu włoskiego. 
Gnany jakąś chorobliwą potrzebą zmieniania miejsca, 
pomimo nadzwyczajnego osłabienia i senności, którą starał 
się odpędzać rysując wciąż, pojf\chał 
5 stycznia 1887 r. do 
Florencyi, gdzie, nie zważając na obrzękłe nogi, wdrapał się 
aż na trzecie piętro zamieszkiwane przez Teofila Lenartowicza 
i zajął się gorąco jego rzeźbami. Przebył tu z górą trzy 
tygodnie; potem, bez żadnego powodu, wbrew radom Włady' 
sława Kulczyckiego, który go chciał do Rzymu ściągnąć, ma. 
rzył o wyjeździe do Paryża albo do Szwajcaryi. Dnia 21 lu- 
tego wrócił do San Remo i tu 23 lutego, w noc popielcową, 
przebył straszną chwilę trzęsie- 
nia ziemi. Część górnej gale- 
ryi willi 
irafiores, gdzie za- 
mieszkiwał, oberwała się i spa- 
dła na sufit jego sypialni. Cały 
dom się porysował. Kraszewski 
dni kilka spędził w naprędce skle- 
conej budce, za którą mu "na 
wagę złota zapłacić kazano". 
Dnia 11 marca nastąpiło drugie 
wstrząsnienie. Przestrach starca 
zdenerwowanego nie pozwolił 
mu już rozważnie zastanawiać 
się nad położeniem, chciał za 
wszelką cenę życie ratować i to 
co prędzej, nie zważając, że 
pośpjechem mógł właśnie sobie 
zaszkodzić najwięcej. Dr. Ty- 
mowski odradzał podróż do 
Szwajcaryi jak naj usilniej. Wła- 
dysław Kulczycki i Correnti 
błagali go, żeby do Rzymu przy- 
jechał. Kraszewsk i, zniecierpli. 
wiony, odpisał stanowczo: "Gdy- 
bym wiedział, że zostaje mi 
tylko jedna godzina życia, użył. 
bym jej, aby pojechać do Lo- 
zanny i tam dom kupić". Dnia 
13 marca już się znajdował, 
wraz z Schneiderem, architek- 
tem z Drezna i ze służącym, 
w Turynie, a dnia 15, z zapa- 
leniem płuc, którego się naba- 
wił w drodze, przybył do Ge- 
newy. 
Stanął tu w hotelu de la 
Paix wieczorem i natychmiast 
posłał po dora Zygmunta La- 
skowskiego, profesora anatomii w Uniwersytecie Genewskim. 
Doktor przepisawszy, co robić należało, zawiadomił Zygmunta 
Miłkowskiego ('reodora Tomasza Jeża) o przybyciu chorego 
i strasznym stanie, w jakim się znajdował. Nazajutrz doktor 
i Jeż zeszli się w mieszkaniu Kraszewskiego. Stan jego po- 
lepszył się przez noc. Obecnych poznał, mówił z nimi, czynił 
rozporządzenia, dotyczące kuracyi, zdawał z cierpień i dolegli- 
wości swoich sprawę i z wdzięcznością przyjął propozycyę 
doktora zorganizowania dyżuru ze słuchaczy medycyny Pola- 
ków; mówił o zamiarze kupienia pod Lozanną domu i o tern, 
że do San Remo nie powróci już nigdy. , 
Pod wieczór było znów gorzej: chory stracił apetyt, na 
łóżku leżeć nie mógł, w fotelu siedział drzemiąc, od czasu do 
czasu tylko budził się i przemawiał to przytomnie, to nie- 
przytomnie. Nazajutrz, dnia 17 marca, pozostawał w stanie 


72
		

/s0013_0001.djvu

			senności, przerywanej przebudzeniemi i przemawianiami, jak- 
by przez sen. Dnia 1S znacznie mu się polepszyło, a to 
polepszenie trwało od 5-ej rano do s-ej wieczór. Chory roz- 
mawiał 7. dyżurnym studentem i wyprawił Schneidera do Lo- 
zanny, ażeby obejrzał dom, do kupna nastręczony. O S-ej 
zaczęło mu się pogarszać; nieprzytomny był prawie ciągle; 
poznał tylko panią Miłkowskę, która go w tym czasie odwie- 
dziła. Odżywiał się winem i zażywał digital
8, dla pobudzenia 
obiegu krwi. 
Noc z dnia 18 na 19 przeszła w ustawicznych omdlewa- 
niach. O północy przyjechała dawna, jeszcze z Drezna, gospo- 
dyni Kraszewskiego, p. Heintz, która go odwiedzała w Ma- 
gdeburgu i towarzyszyła do San Remo. Zrazu chory nie 
poznał jej; dopiero po chwili powiedział o niej słów kilka 
studentowi dyżurnemu, Zl'esztą zapadał eiągle w sen, czasa- 
mi tylko uczy otwierał, spoglądał i coś mówił. Czuwającym 
przy nim zdawało się, że wypowiadał jakieś żądanie, dopyty- 
wali się więc i najczęściej dopytać się niczego nie mogąc, 
odgadywać musieli. Wśród jęczeń, od godz. 9-ej dnia 19, 
można było wyróżnić jeden tylko wyraz: "Jezu!" - innych 
domyślać się wypadało, ale niepodobna było rozpoznać, czy 
były polskie, ct,y niemieckie. O godz. 12ej stan senny trwał 
dalej, ale już bez jęków, bez westchnień, bez przebudzeń się. 
Doktor, przyszedłszy w tym czasie i zbadawszy chorego 
oświadczył, że się ze snu tego może już nie przebudzi. 
Od rana przybywały listy i telegramy z powinszowaniem 
imienin i życzeniami długiego życia. Kraszewski już ich nie- 
tylko nie czytał, ale i nie widział: spał. O 3-ej, panna Anna 
Miłkowska zasiadła z prL,yborami rysunkowemi, w celu zdję- 
cia podobizny umierającego. Podczas, kiedy ona rysowała, 
Kraszewski nie wykonał najmniejszego ruchu, oddychał i od. 
dychać przestał. W śnie komatycznym oddychanie odbywało 
się powierzchownie, mechanicznie, a lekko, cicho, coraz to 
lżej i ciszej, aż się zatrzymało i Kraszewski stał się niebosz- 
czykiem... Miał śmierć lekką. Ciężkie było zbliżanie się jej. 
Cierpiał chorując, a w czasie choroby nie wierzył w zgon. 
Przygotował się na znoszenie cierpień lata jeszcze i na koje- 
nie ich pracą; układał dla siebie życie w domku własnym 
w Szwajcaryi, cierpień się spodziewał, ale nie zgonu, który 
też, jakby umyślnie, zeszedł na niego tak, że o tern ani 
wiedział. 
Przytoczymy jeszcze relacyę o ostatnich chwilach Kra- 
szewskiego p. Zofii Kosmowskiej, która była ich naocznym 
świadkiem. Pisze tedy p. Kosmowska: 
"W sobotę, d. 19 marca, o godz. 2.ej popołudniu, wpusz- 
czono mnie po raz pierwszy do pokoju, w którym Kraszewski 
dogorywał. Siedział w fotelu, z głową spuszczoną na piersi, 
GCzy miał przymknięte, rękę lewą bezwładnie opuszczoną na 
fałdy szlafroka, prawą ujęła w swoje dłonie opiekunka osta- 
tnich lat 20 życia Kraszewskiego, p. Heintz. Fotel, odwrócony 
poręczą do okna i przymknięte okienice, trzymały w cieniu 
twarz umierającego; niewiele był zmienionym zresztą od 
września r. 1886, gdy w Genewie, na posiedzeniu inaugura- 
cyjnem Kongl'esu Literatów, dziękował schyleniem głowy pu- 
bliczności 'za oklaski, jakiemi nazwisko jego witała. Powia- 
dam: twarz pozostała ta sama i bruzd już więcej nie przybyło; 
oczy tylko wpół przymknięte, bez śladu samowiedzy, ciężki 
oddech ledwo wydobywający się z piersi, mówiły dosadnie, że 
za godzin parę potężny filar runie. 
Cisza zaległa pokój. Anna Miłkowska, walcząc ze łzami, 
szkicowała profil poety. Jeden ze studentów, natarłszy cho- 
remu nogi spirytusem, zajął się grzaniem wody na kominku. 
Pani Heintz, stłumiwszy łkania, zapadła w zadumę. Z dru- 
giego pokoju dochodził szmer rozmowy dozorujących studen- 
tów Polaków. 


Patrzyłam w twarz Kraszewskiego, tak mi dobrze znaną 
od lat dziecinnych; śledziłam każde drgnienie piersi jego. 
Około B-ej popołudniu, dwa razy jeszcze bezmyślnie rozchylił 
oczy, jakby chciał patrzeć, a widzieć nie mógł i znów tylko 
tłumiony oddech osób obecnych ciszę grobową przerywał. 
Chwila to odpowiednia do rozmyślań ciężkich, jak kamień 
mogilny, cichych, jak śmierć, strasznych, jak nieświadomość. 
Myślałam o Kraszewskim, znaczeniu jego w społeczeństwie 
naszem, o kolejach, jakie przechodził; myślałam o nas wszyst- 
kich i tak doczekałam się ostatniego tchnienia Kraszewskiego 
o godz. 3-ej minut 3S popołudniu. Zasnął bez jęku, bez 
skargi... 
Walcząc ze wzruszeniem, przesiedzieliśmy w ciszy jeszcze 
czas jakiś, nie chcąc przerywać pierwszych chwil wytchnie- 
nia, ulgi i spokoju, których pełne było oblicze Kraszewskiego. 
Nadszedł Jeż, który chorego na chwilę musiał opuścić, głębo- 
ko wzruszony wobec zwłok towarzysza po piórze. Dano znać 
prof. Laskowskiemu, a ten zajął się przygotowaniami do za- 
balsamowania zwłok. 
Podczas ostatnich trzech dni, poprzedzających dzień śmier- 
ci, pielęgnowany przez prof. Laskowskiego i przez studentów 
Polaków, wzruszał Kraszewski otoczenie swoje niewymowną 
słodyczą w obejściu. Jak dziecię, prosił o ratunek w chwi- 
lach pr7.ytomności, życia pragnął całym zasobem pozostałej 
energii: to też lekarstwo każde przyjmował z uległością bez- 
względną, z upragnieniem niemal. W nocy ze środy na czwar- 
tek, zażył lekarstwo o godz. 9 i 1/ 2 , następnie o 11 i 1/ 2 , po- 
czem zasnął. Po dwóch godzinach obudził się i zaczął rozma- 
wiać z czuwającym ciągle studentem, prosił o papierosa i do- 
zorującemu kazał palić; pytał o datę dnia, a dowiedziawszy 
się, że w sobotę wypadają jego imieniny, zauważył, że obchód 
ich byłby ironią życia. W malignie mówił po niemiecku; zda- 
wało mu się, iż przejeżdżać ma przez most wobec tłumów 
ludzi: przywoływał brata pani Heintz, architekta Schneidera. 
O godz. 4-ej nad ra,nem przytomny był zupełnie, palił ciągle 
papierosy, opowiadał o Angliku, który dopuścił się plagiatu 
jego powieści, wspominał Ochorowicza, myśląc o możliwych 
sposobach ratunku. 
W piątek rano, dnia 18, dziękował studentom, mówiąc: 
- Drodzy moi, jeżeli mogę wam się czem przysłużyć, 
rozporządzajcie mną. 
Przed południem szepnął: 
-- Wznieście mnie! 
A gdy mu chciano poprawić poduszki, rzekł: 
- Ja mówię, żebyście mnie duchowo wznieśli... Siły, 
siły, siły... do upojenia siły dajcie. 
Około 5-ej po południu, odwiedziła go pani Miłkowska; 
poznał ją i witał wyrazami: i 
- Pani, pani, droga pani... 
Zmęczony jednak wkrótce, westchnął: 
- Spokoju... spokoju... 
Słysząc polską mowę dokoła, szepnął: 
- Wszyscy Polacy... 
O godz. 12 P/2 w nocy z piątku na sobotę, przyjechała 
pani Heintz, zawiadomiona telegramem o niebezpiecznym sta. 
nie Kraszewskiego. Chory w pierwszej chwili przestraszył 
się, nie poznał jej, gdy jednak nazwała się Florą, mocno euci- 
szony powtarzał: 
- Flora... Flora - a potem dodał po po)sku:-,Wszyscy 
razem, otoczcie mnie... 
Pomiędzy godzinami 1 a 3 nocy, wołał wielokrotnie: 
- Siły... ratujcie mnie... 
W sobotę o godz. ,-ej rano czuł duszenie, a o godz. H-ej 
przed południem wyrzekł: 
- Ich sterbe, ich sterbe, schon... śmierć, śmierć... 


73
		

/s0014_0001.djvu

			W kwadrans potem: 
- Hilft... hilft... 
Były to ostatnie wyrazy Kraszewskiego". 
Zwłoki pisarza, pozostały przez niedzielę w hotelu, na- 
stępnie przeniesiono je do laboratoryum Szkoły Medycznej, 
gdzie je dr. Laskowski zabalsamował. Dnia 22-go przeprowa- 
dzono je na cmentarz, złożono w kaplicy, przystrojonej w kre- 
pę obwinięty. sztandar Towarzystwa Polskiego w Genewie, 
w zieleń i wieńce. Wśród tłumów mężczyzn - gdyż kobiety 
nie uczestniczą w pogrzebach szwajearskich - Jeż w mowie 
swej zobrazował życie zmarłego, jego działalność, jego mę- 
czeństwo i śmierć spokojną, uchylił przed cielesną powłoką 
męża, co pracą swoją kilka pokoleń żywił, czoło, kończąc tam 
słowem, że rozpoczęło się dla niego życie w potomności dłu- 
gie. Po Jeżu przemawiali inni Polacy, z cudzoziemców zaś 
A. Begey, adwokat z Turynu, imieniem Włochów. 
Był to pogrzeb tymczasowy. Naród jednomyślnie doma- 
gał się, aby zwłoki znakomitego pisarza spoczęły w Grobie Za- 
służonych na Skałce. Pomimo nieśmiałej, pokątnej opozycyi 
ze strony klerykałów, życzenie to spełniło się. Niemcy nawet 
po śmierci nie chcieli przepuścić nieboszczyka przez swe gra- 
nice i musjano wieźć zwłoki na Wiedeń, gdzie tak dziwnie 
manewrowano, że młodzież polska, bawiąca tam na studyach, 
nie mogła się dowiedzieć, kiedy je przewieziono i kilkakro- 
tnie napróżno dworzec kolei tłumnie odwiedzała, nie widząc 
pomiędzy sobą "wybitnych mężów stanu galicyjskich", jak 
ich poprzednio nie widziała na żałobnem nabożeństwie w Vo- 
tivkirche. 
Do Krakowa zwłoki przywieziono d. 5 kwjetnia w połu- 
dnie. Na dworcu oczekiwał ich przybycia prezydent miasta 
dr. Szlachtowski, delegowani Komitetu i młodzież, która sta- 
nęła u karawanu, a skoro na nim skromną trumnę metalową 
złożono, sama się do niej zaprzęgła. Przed karawanem szła 
również młodzież, niosąc wieńce. Pochód posuwał się zwolna 
do kościoła księży Pijarów przy ulicy Ś-go Jana. Następnie 
zaniesiono tJumnę do krypty tegoż kości(1ła i tu duchowień- 
stwo odprawiło egzekwie. Przez Wielki Tydzień krypta dla 
publiczności była zamknięta. 
Uroczystość pogrzebu odbyła się 1S-go kwietnia dopiero. 
Była ona żałobnem powtórzeniem tej, jaka się tu, w Krak)wie, 
przed ośmiu laty święciła: uroczystości jubileuszowej. Kraj 
cały wziął w niej udział. O godz. 9P/2 z rana, przybyła przed 
kościół Pijarów Rada Miejska Krakowa, wraz z prezyden- 
tem swoim i przedstawicielami Rady Miejskiej Lwowa. 
Ulice Ś. go Jana, ulice bocr,ne, r,ynek, wszystkie okna kamie- 
nic, nawet dachy, zapełnione były przyglądającymi się orsza- 
kowi. Z wielu okien wywieszono wielkie, czarne chorągwie. 
W spaniale rozpoczynały pochód chorągwie cechów kra- 
kowskich, kirem okryta. Zimny wiatr drobnym śniegiem skra- 
piał tysiączne tłumy, oczekujące na wyniesienie zwłok z kryp- 
ty. Gdy trumnę na marach ustawiono, zapanowała cisza, od. 
kryto głowy. Zdala tylko dolatywał głuchy szmer zebranych 
tysięcy. Prezes Akademii Umiejętności, Maj er, wszedłszy na 
podwyższenie przed kościołem, w pięknem przemówieniu skre- 
ślił zasługi zmarłego nie tylko jako poety i powieściopisarza, 
ale też jako uczonego członka Akademii. 
Po tej przemowie, wyruszył, w porządku z góry ułożo- 



 


nym, wspaniały orszak przez ulicę Ś-go Jana ku kościołowi 
Panny Maryi na rynku. W świątyni pomieściły się tylko de- 
legacye i bardzo szczupłe koło osób prywatnych; tłumy cisnę- 
ły się na rynku, śniegiem skrapiane. Trumnę złożono wśród 
kwiatów, przed wielkim ołtarzem. W otoczeniu licznego kleru, 
biskup Albin Dunajewski odprawił nabożeństwo. Na chórze 
wykonano "Requiem" Verhulsta. Po Mszy, miał długą mowę 
ks. Chotkowski, ocenjając zasługi Kraszewskiego przeważnie 
ze stanowiska religijnego. Poczem, ze wzniesionej umyślnie 
przed kościołem estrady, ozwał się śpiew z 200 męskich pier- 
si, rozległy się dzwony, jęknął Zygmunt na Wawelu. Z
łoki 
wyniesiono ze świątyni i złożono na olbrzymim, sześciokon- 
nym karawanie, zarzuconym wieńcami. 
Pochód ruszył. Gdy karawan był jeszcze przy kościele, 
początek orszaku dotykał już Stradomia. Za trumną i przed 
trumną tysiące poważne, ciche, korne. Z okien i szczytów do- 
mów powiewają czarne chorągwie; sklepy zamknięte; ruch 
wszelki ustał; latarnie gazowe płoną Młtem światłem, przy- 
słonionem kirem. Nieprzejrzana fala ludu płynie Grodzką, 
Stradomiem, Krakowską i Skałeczną. Cisza - tylko dzwony 
płaczą głośniej, tylko serce Zygmunta coraz silniej bije... Łań- 
cuch straży obywatelskiej zwężać się musi. Delegacye z wień- 
cami zwalniają kroku. Widok ich jmponujący. Każdy napis 
łatwo rozeznać można; co chwila też słychać odczytujących; 
rozlegają się nazwy miejscowości, tak dziwnie nieraz od sie- 
bie oddalonych: Lwów, Antwerpia, Medyolan, Kraków, Berlin, 
Zakopane, Paryż, Praga, Monachium, Pozna!'l, Londyn, Cie- 
szyn, Czerniowce, Wrocław, Kołomyja, Warszawa, Nowy Jork, 
Gniezno Charków, Stanisławów , Sztokholm Wiedeń TorUl1 
, , , 
Peszt, Rzym, Tarnów, 7.nrich i t. p. Uderzające mnóstwo 
wieńców ofiarowali z różnych stron kraju Izraelici. Nie brak 
też było dowodów pamięci i uznania ze strony najznakomjt- 
szych pisarzy i artystów czeskica, 
U furt.y, wiodącej do klasztoru Paulinów na Skałce ocze- 
. ' 
kIwało na orszak całe zgromadzenie zakonne. Ku mistrzowi 
ceremonii, ks. Polkowskiemu, zbliżył się w białym habicie 
przeor. Obszerny plac przed kościołem, schody i ganki zajęły 
delegacye; trumnę złoż0!l0 tuż przy Krypcie Zasłużonych. 
Wsr,yscy odkryli głowy. Spiew chóralny rozbrzmiał na nowo. 
Rozpoczęły się mowy. Pierwszy imieniem miasta, którego ko- 
szteI? odbywał się pogrzeb, przemówił prezydent Szlachtowski; 
po mm zabrał głos profesor Uniwersytetu Lwowski
O'o i ra- 
dny miasta Lwowa, Gustaw Roszkowski; krótko, rzewnie a pię- 
knie odezwał się Adam Pług; w końcu wystąpił przedstawi- 
ciel młodzieży, prezes Gzytelni Akademickiej w Krakowie, 
Leopold Jaworski, zapewniając, że cicha, wytrwała, usilna dla 
dobra kraju praca, której naj wspanialszy przykład dał zmar- 
ły, będzie dla młodzieży sztandarem i drogą w.ytyczną żywota. 
Przy dźwięku śpiewów i dzwonów, wniesiono trumnę do 
grobu, umieszczając ją obok sarkofagu Długosza. Ks. Polko- 
wski odczytał dokument, świadczący o tern uczczeniu pamię- 
ci znakomitego pisarza. Dokument ten umieszczono wewnątrz 
grobu, w milczeniu zasunięto płytę kamienną i grób zamu- 
rowano. 
Z poczuc
em wielkiej straty, poniesionej przez naród, 
rozchodzono Się w różne strony miasta. Na pociechę w żalu 
i na pokrzepienie, pozostała olbrzymia po zmarłym puścizna 
duchowa. 




J
 



. a.c. 


74
		

/s0015_0001.djvu

			liAD .OQ/1:.4 KRASZEWSKIE'O. 


Kto cię z nas nie znał? Kto cię nie miłował? 
Kto duchem twoim jako chlebem nie żył? 
Kto z wątka twego przędzy swej nie snował? 
Nie płakał z tobą i z tobą nie wierzył? 


Ty, jak pelikan, upadłszy na gniazda, 
Głodne i słabe karmiłeś pisklęta, 
A pierś twa była miłośnie rozcięta 
I krwi świecąca rubinem ,- jak gwiazda. 


A zaś pojrzawszy na rzesze te ludu, 
Co szły za tobą łaknące, ażeby 
Słowo twe słyszeć, zdobyłeś moc cudu 
I rozmnożyłeś duchowe twe chleby. 
I nikt nie odszedł głodny, kto tę białą 
Hostyę twych myśli wziął z rąk twych na dobie; 
. Jeszcze się złomków na przyszłość zostało 
Dla tych, co rzesze powiodą po tobie. 
O miłujące serce! O ty bratnie! 
Krzywdzonym słodkie, krzywdzicielom twarde - 


Ty miałeś różne bronie: łzy i wzgard
, 
Łzy przebaczenia wszem - były ostatnie. 


Ty, jak czarodziej, budziłeś po drodze 
Wieniec mar wdzi<:cznych, co groby oplata, 
Sadzałeś na koń pachołki i wodze, 
A chłopa brałeś w ramiona, jak brata. 


Tyś nas nie rzucił w sieć pustych mamideł, 
Ale żyć uczył i cierpieć na ziemi... 
I byłeś wzlotem dla wielu tu skrzydeł, 
.Ty - najsilniejszy pomiędzy silnemi! 


Stroskane oczy i niepocieszone 
Będą się teraz obracać w błękity, 
Gdy wyjdą pługi na łany zroszone 
I nie obaczą-gdzie lemiesz twój wbity... 
A tak zostanie to między żywemi 
Miejsce po tobie umarłym nie wzięte 
I pokoleniom, co przejdą po ziemi, 
Jak praojcowskie, tak drogie, a święte. 
fVlarya Konopnicka. 







_______


/




r---..
 

, w,w,,
,,

,,
,,
,,
,,

,,
,,
,,
,,4j
, 
"
"
"

"
"
"

"

,
,


 
"

"

"
"w"

"

"

"

"

"

"

"
G"

"
I)',
"
"

"

"

"
 
'--.---/ '----"'-- 





 


SFEKTATOR 


KULAKI 


W ielka jednak była różnica między nim i Wilinem, 
który, jak mówią Francuzi, chassait de race) z całą 
przewrotnością urodzonego szachraja, był bogaty, a myślał 
tylko o powiększeniu swoich dostatków, wówczas, gdy 
Boczko przez całe życie, jak mógł, wykręcał się od 
nędzy. 
Ja tu, pan Boczka, nic wam nie poradzę. Idźcie 
sobie z Bogiem i siedźcie cicho, kiedy was nikt nie ru- 
sza... tymczasem. Ja po dwa kwity na jedne pieniądze 
jeszcze nie pisał i nie dla was pisać zacznę... Co to 
wy mnie brat, czy swat?.. Praszczajtie... I ) Ja nie mam 
czasu o głupstwach gadać... kopiejki pilnować trzeba. 
Wilin wstał i kiwnąwszy głową, a starannie zam. 
knąwszy na klucz biuro, przed którem siedział, ciężkim 
krokiem, stukając grube mi butami po inkrustowanej bar- 
wnie posadzce, wyszedł w głąb domu. 
Boczko, wziąwszy takie pożegnanie za rzecz zupeł- 
nie naturalną, westchnął i wyszedł z gabinetu do przed- 
pokoju, mrucząc: 
- No... noo! Niedarmo ich nazywajon kułaki... 
, Wychodząc, we drzwiach spotkał Berkę Kacenwalda. 
Gw spojrzał uważnie na dzierżawcę i kłaniając się 
z pewnem lekceważeniem, rzekł znienacka do zamyślo- 
nego: 
- Dzian dobry panu Boczkowi... Dziś od pana 
Boczkiego wódkiem nie pachnie... Ny... czemu tak? 
Berko, z obowiązku zawodu swojego, znał wszyst- 
kie tajemnice w okolicy, wiedział zatem ochwiejnem 
położeniu pana Ambrożego. 


1) Żegnajcie. 


FOWIESC. 


30) 
Zaskoczony tern przywitaniem, Boczko cofnął się 
o krok i prostując się, zawołał: 
- I ouszem, panie hrabio! , 
Lecz spostrzegłszy się, splunął ze złością, uderzył 
SIę po ustach i dodał: 
- Tfuu! Z tym głupim zwyczajem! Już teraz 
i tego parcha hrabion tytułuj en... Zaczekaj... zaczekaj, 
będziesz ty kiedyści turmom śmierdział... razem z Wili. 
nem - i nie oglądając się na Żyda, zły i zgryziony, 
poszedł do stajni zaprzęgać białą kobyłę, podczas gdy 
BerkQ ostrożnie i pokornie wsuwał się do dużego gabi- 
netu pana na Bołotowszczyźnie. Zgięty w uniżonym 
pokłonie, rzekł: 
- Wasza miłosf... ny, co z tego, że ja proces 
o weksel przegrywał, że sąd przyznali podpis falsziwym, 
poskrobanym? Co to podpis? Wasza miłosf wie, co 
ja jemu a nie podpisu dawał pieniądze... takie duże pie- 
niądze, trzy tysięcy rubli... 
- To ty, prachwost, będziesz gadał, że ty mnie 
pieniądze dawał?.. Mnie dawał? Co?-przerwał Żydowi 
Wilin, gniew udając. 
- Ny, nie samej waszej miłosti, ale wielmożnemu 
synu, Alioszie... 
- Ty sobie nie pozwalaj, parchu!-wrzasnął Wilin.- 
Komu Aliosza, a komu Aleksiej Akimowicz! ' 
- Aleksieju Akimowiczu-prędko powtórzył Berko, 
aż zachłysnął się. 
- Nus... to nie mnie! A co ty wiedział, czy to 
sprawiedliwy weksel i czy ja Alioszu posłał z nim do 
ciebie? 
Jon mówił sam, co papasza jemu kazali. 
Wielkie rzeczy, że mówił? A ot widzisz jaki 


75
		

/s0016_0001.djvu

			to był weksel? Ale ty łźesz. Aliosza wcale u ciebie 
nie był i on nawet pieni
dzy nie brał. To ty, Jewrel) 
niewierny, podpis podrobił, a teraz na syna mego skła- 
dasz... Miał ty powiestk
2) od śliedowatiela?3) 
- Dziś dostał, wasza miłost'. Ny... jak to moźna? 
Trzy tysi
cy rubli moich przepadaje, a wasza miłos!' 
jeszcze na mnie podali do śliedowatiela, źe to ja pod- 
pisu podrobił? 
I Berko na wspomnienie s
dziego śledczego, zadrżał, 
zbladł i cicho zawodził: 
- Aj waj... aj waj... Zły dni na mnie nastali! 
Aj... waj! 
- Ot, widzisz - rzekł zjadliwie uśmiechając si
 
Wilin.-Darł, kr
cił, aż popadł si
. Zgnijesz w katordze, 
złodzieju. To wam nie z dawnymi panami zabawa. 
Jak ja was, parchów, wezm
 tu w rączki... zatreszczitie 4 )! 
- krzyknął groźnie. - A ty wiesz, źe śliedowatiel ze 
mną dobrze źyje? My kumy, ja u niego dziecko chrzcił... 
tak chriostnyj5) znaczy si
. 
- Wasza miłost' -odezwał si
 coraz bardziej prze- 
rażony Berko - to jakźe, moje pieniądze przepadli? 
- Nie przepadli - wrzasnął kupiec - ale ukraść 
tobie nie udało si
... A ty wiesz, co to katorga?.. Aś? 
Berko zbladł, jak chusta, miłość grosza skryła si
 
chwilowo gdzieś w m
tnej gł
bi jego duszy i rzekł 
drżące mi wargami: 
- Wasza miłost'... Niech juź moje pieniądze prze- 
padają. Co robić? Ale darujcie biednemu Żydku... nie ch ja 


l) Żydzie.-- 2 ) Wezwanie.-:!) Sędzia śledczy.-.J) Zatrzesz- 
czycie. - 5) Chrzestny ojciec. 


do śliedowatiela nie chodzi... Na co śliedowatiel, na co 
to powiedzieć... takie słowo... katorga? Niech wasza 
miłost' piszą do nich, źe to nie Berko Kacenwald fałszo- 
wał podpisu. 
- A widzisz, kanalia, że winowatI). Takby ty 
lekko o rublach zapomniał. 
- Ny, niech ja winowaty... kiedy wasza miłosf 
tak chcą... Wasza wola... ale niech ja do śliedowatiela 
nie chodzi. 
I Berko pociłsi
 i kr
cił, zginał si
 i za kolana 
Wilina chwytał, wił si
 w bezsilnym gniewie i oburze- 
niu, a z oczu jego nienawiść tryskała. Upokarzał si
, 
ale widać było, źe nadeptany robak czeka tylko chwili, 
aby śmiertelnie ukąsić. 
Poznał si
 na tern Wilin, lecz w grubiańskiej swej 
dumie, w poczuciu siły, z bezkarności płynącej, wzruszył 
tylko rozrosłemi ramionami, jakby z politowaniem i po 
namyśle, rzekł: 
- Nus... my ciebie nie boim si
... Wolno psu 
szczekać. Ja do kuma napisać mog
... ale wiesz? Kum 
nie kum, a posmarować trzeba. Swoich ja tracić nie 
mog
 przecieź. Dasz pi
ć setek... nu i kancy w wodu 2 ). 
Długo jeszcze pocił si
 Berko, prosił, kłaniał si
 
nizko, bardzo nizko, próbował nawet płakać... nic nie 
pomogło, musiał z zatłuszczonego pugilaresu dostawać 
pieniądze, a za kaźdą setką coraz ci
żej wzdychał. A Wili n 
powtarzał, głaszcząc wzrokiem banknoty: (d. c. n.) 
- Rież maju kapiejku, krow idiotS)! 


I) Winien. - 2) Dosłownie: końce do wody,-znaczy: ślady 
zatarte. - 3) Rżnij moją kopiejkę krew kapie... płynie. 


/--.. 


>:
,--




,--::::,





,,

;:<

.>::::<
<>=:<>=<
 



 -', .,,-.-..../.v 'V"/ 

....--- '-/
 -.."..--- '''/''''--'''
'./- ".- d
--'_"J"' -'.. .<_:.,;;:.:::::.:.;::;::
.
>'
 


o 00 IM .e 00 e. .. 00 .. o. .. ,.... 
* o. to to .... oe e_.... 00 00 o. ee ee .
 
 .. .. 
. 
o oc .. o. 00 .. .. .
 .. .0 00 .0 .e 00 oe . 


'
: 


wprost: chcę wyzwolenia, chcę być ener- 
gicznym silnym... chcę być typem napoleo- 
nisty... Skrzętnie czytam artykuły, w tym 
kierunku pisane. Chcę być, powtarzam, t y- 


KARTKI ILUSTROW ANE. 


Co Prus zalecał? 
VII. 



Brak duchowej spójności istnieje nie- 
tylko u nas; nietylko u nas wołają o jakieś 
jędrniejsze ideały. "Przed dziesięcioma laty 
- mówi B. Gohier - wszyscy dopominali 
się o wolność; dzisiaj cały świat czuje po. 
trzebę ładu i karności. Od Chin do Turcyi, 
od San Fracisco do Londynu, u rewolucyo- 
nistów, którzy chcą wywołać przewrót, 
i u Francuzów, którzy pragną zachować 
Ojczyznę, wszyscy czują, że aby nie umrzeć, 
aby nie zginąć, potrzebna jest karność. Kar- 
ność twarda, karno
ć żelaznej ręki i żelaz- 
nej woli". Czemże jest owa karność która 
narody ma ocalić od śmierci? Jest to pod- 
danie się pewnym przepisom, pewnym pra- 
widłom, które nakazuje działać porządnie, 
celowo, uczciwie, solidarnie naszemu umy- 
słowi, uczuciom i woli. 
Rzecz szczególna, a dla nas może pocie- 
szająca. Zanim francuski publicysta urbi et 
orbi wygłosił poglądy o potrzebie karności, 
na kilka tygodni przedtem, otrzymałem list, 
z którego pewne zdanie powtórzę: "Jestem 
uczniem klasy trzeciej w Szkole Handlo- 
wej - pisze mój korespondent. - Powiem 


BOLESŁAW PRUS w r. 1897. 
pem napoleonisty, chcę tężyzny ducha i - 
ramienia. Chcę żyć intensywnie, być do- 
brym, czystym, idealnym... chcę być jedno- 
stką, pożyteczną Ojczyźnie i rodzinie - 


76 


chcę żyć. Proszę o radę, nikt mnie bowiem 
nie słyszy nie rozumie". 
Jestem głęboko przekonany, że w kraju 
naszym więcej znaleźć można tego rodzaj u 
młodzieży; że nawet istnieją całe prądy po- 
dobnych uczuć i pragnień. Dowodzą one, 
iż pomimo chaosu, duch społeczny jeszcze 
nie uległ zwyrodnieniu, a z drugiej strony -- 
domagają się poważnych wskazówek. 
Radzić!... Wskazywać drogi?... Czy je- 
dnak istnieje taki pogląd, taka teorya, która 
stanowiłaby cel dążeń dla jednostek i spo- 
łeczeństw, której urzeczywistnienie, zarówno 
ludziom, jak i narodom, przyniosłoby naj- 
większą sumę bezpieczeństwa, pomyślności, 
rozwoju materyalnego i duchowego? A gdy- 
by taki pogląd istniał, czy byłby on zrozu- 
miały i wykonalny dla ludzi średnio inteli- 
gentnych, średnio energicznych, średnio uczci- 
wych? To jest takich, którzy wprawdzie 
popełniają błędy w życiu (któż jest bez 
grzechu!), lecz mają poczucie cnoty i pra- 
gnęliby być lepszymi. 
Owszem taki pogląd, takie ideały istnieją 
i prawie niema, przynajmniej na świecie 
chrześcijańskim, średnio oświeconego czło- 
wieka, któryby o nich nie słyszał, 'choć może 
nie zastanawiał się nad niemi. Takim ide, 
ałem jest: religijna definicya Boga i Jego 
stosunku do człowieka.
		

/s0017_0001.djvu

			Cóż to jest Bóg? Jest to Twórca i Stwo- 
rzyciel wszystkich rzeczy, Wszechwieczny, 
Wszechpotężny, Wszechobecny, Wiekuisty 
i Miłosierny, a przytem Sędzia Sprawiedliwy. 
A co to jest człowiek? Jest to dziecię Boże, 
stworzone na obraz i podobieństwo Ojca, 
którego powinien naśladować. Gdy Go na- 
śladuje, wówczas pracuje nad urzeczywist- 
nieniem Królestwa Bożego na ziemi. I tyle. 
W kilku wierszach streszcza się cała hi- 
storya cywilizacyi, najszlachetniejsze, naj- 
wznioślejsze dążenia ludzkie". 


jubileusz kapłana. 
Ks. Stanisław Gall, jeden z najwybit- 
niejszych kapłanów archidyecezyi warsza- 
wskiej, obchodził dwudziestopięciolecie pracy 


Ks. kanonik STANISŁAW GALL. 


w świętem powołaniu. Jest to kapłan nie- 
zwykle światły, łączący głęboką, gruntowną 
wiedzę z obowiązkami powołania i obywa- 
telskiemi. Obok niepospolitych zalet umysłu, 
jaśnieją w nim zalety serca i charakteru. 
Urodzony w r. 1865, studya teologiczne 
odbywał w Seminaryum, Warszawskiem 
i w Kolegium Gregoryańskiem w Rzymie. 
Święcenia kapłańskie otrzymał w r. 1887 
w Warszawie. Był wiceregensem Semi- 
naryum Warszawskiego, następnie został re- 
gensem tej instytucyi i na tem stanowisku do 
dziś pozostaje; przytem wykłada alumnom 
liturgikę i filozofię. Piastuje nadto godności: 
tajnego podkomorzego dworu papieskiego 
i kanonika metropolitalnego Kapituły War- 
szawskiej; rektora kościoła po Karmelitach 
i kustosza katedry Ś-go Jana, której zabytki 
z wielką pieczołowitością i znajomością rze- 
czy ochrania. 
Po za temi obowiązkami, tak odpowie- 
dzialnemi, trudnemi i mozolnemi, znajduje 
jeszcze czas na pracę w zakresie poważnego 
piśmienictwa religijnego. Napisał: ,,0 mo. 


d1itwie", ,,0 miłości Boga i bliźniego", "Dwa- 
naście rozmyślań o Dzieciątku Jezus"; umie- 
ścił wiele obszernych i gruntownych rozpraw 
w "Słowniku Apologetycznym;" redaguje 
"Notatki bibliograficzne", wydawane przy 
"Bibliotece Dzieł Chrześcijańskich"; należy 
do Komitetu Redakcyjnego "Encyklopedyi 
Kościelnej", którą zasila licznemi, wyczer- 
pująco opracowanemi artykułami z dziedziny 
liturgiki, archeologii i tilozofiij wreszcie ukła- 
da corocznie "Ordo Divini Of1icii" dla archi- 
dyecezyi warszawskiej. Ceniony przez wła- 
dzę duchowną, szanowany i kochany przez 
towarzyszów powołania, cieszy się nadto 
miłością młodzieży duchownej, którą się 
z wielką gorliwością, z wielkim taktem, ro- 
zumnie opiekuje. Niemniej cieszy się sza- 
cunkiem i sympatyą w kołach świeckich. 
Dwudziestopięciolecie kapłaństwa dało spo- 
sobność do wyrażenia mu uznania i życzeń 
na drogę dalszej pracy, do których skwa- 
pliwie przyłączamy i nasze. 


Polacy w Y onkers. 
Ks. Józef Dworzak, urodzony na Górnym 
Śląsku, skończywszy studya teologiczne 
w Rzymie, udał się do Stanów Zjednoczo- 
nych Ameryki północnej i tam od lat już 
wielu prowadzi żarliwie i wzorowo pracę 
duszpasterską wśród wychodzców polskich. 
Założył naprzód parafię w Morisanii, w No- 
wym Jorku, a następnie zorganizował drugą 
parafię na północ od tego miasta, w Yon- 
kers, miejscowości leżącej w powiecie West- 
Mester. 
Pierwsi Polacy, wychodzcy z Prus, osiedli 
w Yonkers około r. 1878; nie mając wła- 
snego kościoła, uczęszczali do kościołów 
innych narodowości, a czasem do odległego 
kościoła Ś-go Stanisława w Nowym Jorku. 
Gdy pobudowano kościół w Williamsbrid- 
ge, wówczas tam się udawali ze ślubami 
i chrztami, jako do najbliższej świątyni pol- 
skiej. Na Wielkanoc dojeżdżali do Yonkers 
księża: Klimecki, Fremel i Dworzak. W r. 
1888, ?olacy założyli w Yonkers Towarzy- 
stwo Jana Sobieskiego, a w r. 1893, Towa- 
rzystwo Gwiazdy Wolności. Ks. Dworzak, 
bywając na posiedzeniach tych związków, 
przemawiał za utworzeniem oddzielnej pa. 
rafii tak skutecznie, że wreszcie powzięto 
odnośną uchwałę, którą arcybiskup Corrigan 
zatwierdził. 
Zorganizowaną przez ks. Dworzaka pa- 
rafię objął w grudniu 1899 r. ks. Michał 
Słupek joko pierwszy proboszcz. Nabożeń- 
stwo odprawiał tymczasem w kaplicy irlandz- 
kiej. W czerwcu 1900 r. zakupiono grunt 
pod kościół i plebanię. Ale w roku następ- 
nym ks. Słupek opuścił parafię, budową ko- 
ściołą zajął się następca jego, ks. Antoni 
Jakubowski. I ten jednak zdołał tylko ka- 
mień węgielny założyć pod nową świątynię 
w r. 1902, gdyż również ustąpił z parafii. 


77 


Dopiero sam ks. Dworzak, objąwszy parafię 
w r. 1903, budowę kościoła i plebanii urze- 
czywistnił. Pierwsze nabożeństwo odprawił 
w nowo wzniesionym kościele w czerwcu 
1905 r. W tym roku liczba parafian wyno- 
siła niespełna tysiąc. Obok kościoła, wznie- 
siono szkołę, do której uczęszcza przeszło 
sto dziatwy polskiej. 
Pragnąc przyozdobić obszerny plac przed 
kościołem, ks. Dworzak zaproponował w roku 
ubiegłym ustawić na nim dwa pomniki: 
Kościuszki i Pułaskiego. Parafianie zgodzili 
się chętnie; zaraz też zawiązano Komitet 
Budowy pomników, a składki popłynęłyob- 
ficie. Komitet, znalazłszy się w posiadaniu 
dość znacznych funduszów, zmodyfikował 
projekt i postanowił, zamiast dwóch małych, 
wmieść jeden wielki pomnik Kościuszki, 
o ile można podobny do pomnika tego bo- 
hatera w Waszyngtonie, będącego, jak wia- 
domo, dziełem prof. A. Popiela. Jakoż już 
w pierwszych dniach kwietnia r. b. nadeszła 
z Włoch figura Kościuszki, sześć stóp wysoka, 
jednocześnie wykonano podstawę, ośm stóp 
wysokości mającą, składającą się z czterech 
płyt granitowych. Na frontowej płycie wyry- 
to tylko napis: "Kościuszko". Czcigodne to 
imię mówi samo o sobie. Niżej widnieje 
napis: "Saratoga ", z prawej strony podstawy: 
" W est Point", a z lewej: "Dubienka". N a 
tylnej zaś ścianie podstawy wyryto: "Boha- 
terowi dwóch światów, Polacy w Yonkers- 
30 maja 1912 r." 
Odsłonięcie pomnika odbyło się wielce 


POMNIK KOŚCIUSZKI W YONKERS. 


uroczyście w maju. Zjazd Polaków był 
bardzo liczny, przybyły niemal wszystkie 
stowarzyszenia polskie, istniejące w Stanach
		

/s0018_0001.djvu

			Zjednoczonych. Wygłoszono liczne mowy, 
a szczególnie pięknie przemówił inicyator 
pomnika, ks. Dworzak. 


Chwytanie kondorów żywcem. 
Pomiędzy sępami Ameryki, naczelne 
miejsce zajmuje olbrzymi kondor, jako głó- 
wny przedstawiciel tej grupy. Ptak ten, przy 


tak obżera, że nie może odrazu się zerwać 
do lotu i wtedy bywa przez Indyan za- 
bijany. 
Indyanie chwytają go w szczególny spo- 
sób. Rozścielają na ziemi świeżo zdjętą 
skórę krowią" przy której wiszą jeszcze 
kawałki mięsa, pod skórą zaś ukrywa się 
Indyanin, zaopatrzony w mocne sznury. 
Wkrótce zlatują się kondory i rzucają się 
na mniemaną zdobycz, Indyanin 
zaś chwyta je za nogi, obwija je 
w skórę i obwiązuje sznurami. 
Inni spieszą mu na pomoc, wkrótce 
też stają się panami skrępowa- 
nego ptaka i niosą go w tryumfIe 
do wioski, gdzie im sluży do 
okrutnej zabawy w walce z by- 
kiem. Głodzą go przez dni kilka, 
a potem przywiązują do grzbietu 
byka, któremu poprzednio poprze- 
cinano skórę na bokach. Wście- 
kłość, z jaką zgłodniały ptak 
szarpie żywe mięso zwierzęcia, 
stanowi właśnie naj przyjemniej- 
sze dla barbarzynców widowisko. 
Również w oryginalny sposób 
chwytają żywcem kondora miesz- 
kańcy Peruwii i Chili. O wio- 
śnie udają się oni w góry i tam, 
w ustronnem miejscu, budują ro- 
dzaj domku z kamieni, w pobliżu 
którego umieszczają zabitego konia 
lub lamę, na sieci z mocnych 
sznurów;, do sieci przywiązują 
grube linki i te przeprowadzają do 
domku, gdzie ukryci, oczekują na 
zjawienie się kondora. 
Plak nadlatuje wkrótce 
i nie przewidując za. 
sadzki, rzuca się na 
padlinę, zaczyna ją szarpać. Gdy 
się zajmie tą pracą z zajadłą żar- 
łocznością, ukryci w domu ludzie 
pociągają za linki. Sieć szybko 
owija ptaka, a wtedy łowcy za. 
bijają go pałką. Niebawem zja- 
wiają się inne kondory, które ule- 
gają podobnemu losowi. W ten 
sposób łowcy w ciągu jednego 
dnia zdobywają 5 lub więcej na- 
wet ptaków, których pióra uży- 
wają do ozdabiania nakryć głowy. 
Kondory rozmnażają się bar' 
dzo skąpo; w gnieździe znajduje 
się zawsze jedno tylko jaje. 


SCHWYTANY W SIEĆ KONDOR. 


długości l metra, ma 3 metry siągu. Upie- 
rzenie jego jest czarne, słabo stalowo poły- 
skujące, pióra na skrzydłach fioletowo czarne, 
lotki z białemi brzegami. Pokrywy i koł- 
nierz dokoła nagiej, cielistego koloru szyi 
są białe, głowa zaś i zwisający pod gar- 
dzielą płatek, oraz zmarszczkowate fałdy na 
bokach szyi są czerwone; głowa i podgardle 
czerwone; na głowie sterczy szary grzebień; 
dziób przy nasadzie czarny, a na końcu 
żółtawy; silne nogi ciemno brunatne, 
Kondor zamieszkuje płaskowzgórza połu- 
dniowej Ameryki; żywi się przeważnie pa- 
dliną, lecz napada też na ranione zwierzęta 
i te dobija; kilka ptaków razem odważa się 
napaść na skaleczonego i porzuconego na 
drodze konia. Rzeczą jest dowiedzioną, że 
potężny ten ptak trzyma się zawsze w po- 
bliżu myśliwego, oczekując na resztki ubitej 
zwierzyny. Liczne stada lam i wigoni do- 
starczaj a. mu obfitego pożywienia w padłych 
sztukach, lecz CZęst0 też chwyta żywcem 
małe zwierzęta; stąd u-;tawicznie krąży do- 
koła stad kóz i owiec. Jeżeli mu się po- 
wiedzie, że znajdzie wielkie zwierzę, to się 


Bajadery. 
W życiu religijnem i prywat- 
nem Hindusów poważną rolę mają 
bajadery, tancerki i śpiewaczki 
publiczne. Dzielą się one na 
dwie główne klasy: devadasi t. j. 
niewolnice bogów, poświęcające 
się służbie religijnej w świąt y- 


78 


niach; drugą klasę stanowią bajadery wędro- 
wne. Powaga i wziętość devadasi zależy 
od ich pochodzenia, a także ud wielkości 
i bogactwa świątyni, w której pełnią służbę 
religijną; pochodzą jednak zawsze z naj- 
wyższej arystokracyi krajowej i muszą być 
wolne on wszelkich ułomności ciała. Pod. 
czas uroczystości religijnych, bajadery opie, 
wają dzieła bogów, tańczą przed ich posą- 
gami, przystrajają posągi owe kwiatami 
i wogó!e spełniają wszelkie posługi obrzę- 
dowe. Wolne są tyllw od uczestniczenia 
przy ofiarach calopalnych. Devadasi niż- 
szego stopnia wybierane są z najlepszych 
rodzin rzemieślniczych, żyją po za murami 
świątyń i uczestniczą jedynie w publicznych 
uroczystościach religijnych. 
Bajadery drugiej kategoryi tem się róż- 
nią od devadasi, że żyją zupełnie swobo- 
dnie, wędrują po kraju i uczestniczą, w cha- 
rakterze tancerek, w różnych uroczystościach 
domowych; wogóle służą do urozmaicenia 
zabaw ludzi prywatnych. Są one albo nie- 
zależne i wówczas, łącznie z muzykantami, 
tworzą gromadki koczujące, złożone zwykle 
z 10 - 12 osób; bądź ttż pozostają pod 
nadzorem dayas, t. j. starej tancerki, która 
lwią część zysków zabiera sobie, resztę zaś 
dochodów przeznacza na utrzymanie baja- 
derek. Niektóre z nich są prawdziwemi 
niewolnicami takich dayas, które je od dzie- 
ciństwa wychowują i kształcą w tańcu oraz 
sztuce pantomimicznej. 
Ubiór bajader jest oryginalny i malo- 
wniczy, a taniec ich stanowi właściwie pan- 
tominę, połączoną ze śpiewem, recytowanym 


POPIS BAJADERY.
		

/s0019_0001.djvu

			Ea 4..4..... au... .....a..a_ ....
.... Qa__uE.oaE.E.___________ _________ __ 
fabryka pomp, sikawek, - , I .. t · 
== na ir::::a
ó
g
::;

 yjnYCh Joze ,roe zer I 


GGGć-G_ __G0 EH9GGee.6
e
_GGGGGG GO_ _E 


przez towarzyszących im muzyków. Cie- 
szą się bajadery na Wschodzie wielkiem 
powodzeniem, w Europie wszakże nigdy 
nie zdołały wzbudzić żywego zaintereso- 
wania swą sztuką. Patronką bajader jest 
bogini Rambha, najpiękniejsza z tancerek 
raju Indry. 


G A Z E TKA. 


Za 10 milionów dolarów podarków ślubnycb 
Amerykańscy milionerzy korzystają z każdej sposo- 
bności aby się prześcigać wzajem w zbytkach. Do 
rozwinięcia prupychu dają zwłaszcr.a pole uroczysto- 
ści weselne, Każdy ze znajomych chce olśnić i za- 
kasować innych podarkami ślubnemi. I ecz żadna 
z młodych par nie otrzymała ich tyle, co państwo 
Stotesburg. Właściwie nie można ich nazwać - młodą 
parą. On jest bankierem w Filadelfii, ma lat sześć- 
dziesiąt z górą; ona nosiła d
 niedawna słyrlUc imię 
i nazwisko, jako mrs. Ollivierowa Cromvell. Jej 
pierwszy mąż nie przypominał swego sławnego pro- 
toplasty z wielkich ambicyj, zwrócone były bowiem 
nie ku władzy, lecz ku mamonie. Umierając zosta- 
wi! ogromny majątek 40-letniej wdowie, która w tych 
dniach połączyla swe losy i swe miliony z mrem Ed- 
wardem Stotesburg. Znajomi i krewni nowożeńców, 
ubiegając się o ich względy, złożyli im podarki wspa- 
niałe. Dość powiedzieć, że je oszacowano na dzie- 
sięć milionów dolarów. Był między innemi naszyj- 
nik perel, wartości miliona dolarów, jako dar dawne- 
go wsrólnika oblubieńca, Pierponta Morgana Oblu- 
bienica otrzymała - 140 sukien łphiJzczów, z pierw- 
szorzędnych firm paryskich, meble, starą saską 
i szwedzką por.:elanę, obrazy, słowem - całą wy- 


prawę, jak jaka uboga dziewczyna, na którą składają 
się bogaci krewni. 
Lasy. Według statystycznego wykazu, ogłoszo- 
nego przez angielskie Towarzystwo Geograficzne 
w Londynie, tereny leśne na całej kuli ziemskiej zaj- 
mują przestrzeń 1.500 milionów hektarów, a więc 
mniej więcej '/4 całej powierzchni ziemi. Najwięcej 
ich posiada Kanada, mianowicie 320 milionów hektarów. 
Europa ogółem posiada tylko 300 milionów hektarów, 
lasów, z których na Rosyę przypada 210 milionów, na 
Szwecyę 20 milionów, na Austro-Węgry 16 milionów, 
na Niemcy 14 milionów, na Francyę 10 milionów. 
ł"ajuboższym krajem w lasy w Europie jest Hiszpa- 
nia. Z terenów leśnych w Azyi, Indye posiadają 50 
milionów hektarów, Japonia 23. 


PLON LITERACKI. 


J. ł. Kraszewski: "Nera". Powieść z życia współ- 
czesnego. Warszawa "I:iblioteka Dzieł Wyborowych", 
Franciszek Kocbman "T..warzystwo Ś.go WID' 
centego ił !>auio, jako instytucya miłosierdzia cbrze- 
ścijańskiego". Str. 19, Warszawa. 
"Blaski w rymacb i prozie". Str,:n War- 
szawa. Wydawnictwo magazynu jubilerskiego J. Rusz- 
czyńskiego. 
"Litwa i I{uś". Zeszyt za maj i czerwiec nosi 
ogólny tytuł: "Rok 1812 na Litwie". Na całość zło' 
żyły się artykuły: Jan Obst "Słowo wstępne". - 
J. O. "Ookumenty i relacye dotyczące r, 18U na Li- 
twie". - "Piosnka ułańska z r. 1812". - L. Uziębło 
"Szkoła krzemieniecka i stanowisko Czackiego w r. 
1812". - Rawita-Gawroński "Kartka z pamiętnika 
Nieznajomego". - "Miscellanea z r. 1812" - Zeszyt 
zdobią liczne ilustracye. 
Miesiąc łIIustrowany". Lipiec: Jan Augustyno- 



 II w Fruszkowie 
.I-Ił a .Biuro w W
r5Zawi' 
ul. Hr. !3er,g6 2. 
G_GeGGGGGG_G_____ 


wicz "Spotkanie". Nowela, - Zenon Pietkiewicz 
"Sprawa chełmska". - Wacław Wolski "Z piel- 
grzymki". Poezye. - "Dwudziestu najznakomitszych 
ludzi". - W. "Potwory zaginione". - Ch. H, Hey. 
demann "Powinowactwo duchowe jako podstawa pra- 
wdziwej miłości. - Leon Choromański "Samotny". 
Nowela - Zbyszko Cyganiewicz "Jak zostałem cham- 
pionen świata?" - Tadeusz Jaroszyń
ki M Wystawa 
miniatur". -- Poezye Giuseppe Giustiego. - "Stani- 
sław Lentz" - "Sport". - Krogulec "Mister John 
Peacock w Warszawie". Satyra. - "Bolesław Prus", 
-- Magay .Kronika mody paryskiej". - Wł. Umiń- 
ski ,,'I, lotnictwa". - "Dziesięciolecie redaktora". -- 
"Pielgrzymka". - "Żniwo śmierci". - Liczne ilu- 
stracye, 


Odpowiedzi redakcyi. 


Prenumerator. I{ówne: Herbarze o .rodzinie tego 
nazwiska nie wspominają. - X. K.: Wedlug ,,
pisu 
szlachty Królestwa Polskiego" z r. 1850, Włoczewscy 
używają herbu Trąby. Niesiecki o nich wiadomości 
nie poda.je, natomiast o ł,erbie nadrnieI1ia, że jest 
prawdopodobnie alzackiego pochodzenia. Długosz 
familiantów tego herbu nazywa ,.rodem polskim ber. 
chytroścI", Kleynot Trąby tak się przedstawia: "Trąby 
trzy czarne myśliwe, oprawne w cztery strefy, 
każda z nich złota, w polu białem; każda z nawią- 
zaniem złotem; wszystkie trzy końcami cieńszemi 
jakby się w jedno centrum schodziły; na helmie jedni 
kładą dwie trąby myśliwe, zakrzywione do góry, 
z korony stojące, z których jedna, lewa, czarna, 
a druga, prawa, złota; inni zaś pięć piór strusich na 
hełmie kładą". - P. M, Wił., ulica Długa: Wilamo- 
wscy pieczętują się herbem Szaszor albo Orla. Her- 


..................................................................
 


NAJLEPSZE GRAMOFON' 
oraz p"t, dwustronne 
'-C--W WYKONANIU;- 
PATTI, TETRAZZINI, GALVANI, CARUSA, AN- 
ZELMIEGO, BATfISTINIEGO, DIDURA, PADERE- 
WSKIEGO, KUBELlKA, BARCEWICZA, MłCHAŁO- 
WSKTE(-;O i wielu innych. 
Nadeszły płyty z op. ..Romantyczna żona" w wykon. 
L Messalówny i J. Reda. 


B. RUDZKI 
Marszałkowska Nr 87. 
CENNIKI I srlSY rUT Nft ŻQDftNIE BEZrŁftTNIE. 


-- -- - p o L E C A =--
c-_-=
=
--c=-==----== 


=ZalT\ówienia z prowincyi odwrotną pocztą.= 
.................................. 


asfaltowy, Smołę gazową, Krycie dachów z długoletnią gwarancyą i Roboty Asfaltowe poleca: 
STEFAN SOROKIEWICZ i S-ka 


Najlepszą Tekturę Smołowcową, lak 
Fabryka Tektury 
Smołowcowej i Asfaltu 
"" Warsza""ie>. Kanter: Pluc Warecki Nr 6, £elef: 69-87. --------- Fabryka: Okrqg- Nr. 6, tel
ł. 70-S7. 
---- -
- ---- Próby, koszt.,rysy i cenniki na żądanie wysylamy bezzwjocznie. --=-==- ------ 


- 


DLA MIŁOŚNIKÓW DOBREJ MUZYKI g
pb
i

A
 
D U B L O F O N Y ponieważ one jedne grają bez ISZllmu, z zl1chow ,niem wszelkiej naturalnoAci' 
!!'ł0811. W Dublofonach raz na zawsze usunięte jest Ł..rG
czenie i drżenie 
!!:ło
n, Znawcy-Amatorzy, kt/lrzy lubią miły d]a ucha śpiew - a nie wstr
tny pisk, kupują tylko Dublofony, bo one jedne 
!Ii.. drazflIą kh lliuzykalnego uch.., Dublofony z tubami iur. bez tub "ą w cenie od rb. 15 do 300. 20,000 płyt stale 
,," "kladzI.. w wyk,'uaniu pierwlS orzędnych sił artystycznych, - Ceaai1ci. repertaary aa i4daaie grati.. 
GŁÓWNY SKŁAD NA EUtiENIUSZ REICBEL = WARSZAWA = 
KRÓLESTWO POLSKIE ul. NOWO-HIODOW A Nr. 2. 
UW AGA. Wobec teg-o, że moja firma jest polsko-katolicką, tembardziej wi
c zasluguje na laskawe poparcie i pełne zaufanie. 
Na prowlncY-ł za zaliczeniem.
		

/s0020_0001.djvu

			barze wymIeniaJą: Jędrzeja z Wilamowic w r. 1406; 
Jakuba Wilamowskiego, posla Zygmunta I do sultana 
Solimana i do Węgier; Jana biskupa kamienieckiego; 
zmarłego w r. 1540; Jędrzeja, starostę libstadzkiego 
w Prusiech; Daniela, dziedzica na Szawie; Juliana, ko' 
mornika zakroczymskiego w r. I n8. O herbie tym 
heraldyk pisze: "Ma być orzeł czarny w polu bia- 
łem, z rozczepionemi skrzydłami, nogami i ogonem, 
ale bez głowy, zamiast której niektórzy kładą gwia- 
zdę złotą, a inni nic; na hełmie pióra strusie. Przy- 
wieziono ten herb z Niemiec czy z Węgier do Polski, 
gdzie go wiele domów zażywa. Z tej okazyi nabyty. 
że przodek tej familii, z książęcej idąc rodziny, 
mszcząc się krzywdy swojej, rodzonego brata zabił; 
na pamiątkę tego excesslI, orła mu bez głowy w her- 
bie nosić kazano. Gdy się zaś potomstwo jego hero- 
icznemi dziełami popisało, w nagrodę zasług, przy- 
dano im w herbie gwiazdę złotą, zamiast głowy orła. 
Zowią te familie w Węgrzech Szaszaniec, a u nas 
herb Szaszor". - P. Zygmunt, Pacanów: Zupełnie 
wystarczy adres: Lwów, Akademia Leśna, Galicya. 
- X. X.. Zawierci e: Środka na to nie znamy. Niech 
się Sz. Pan uda do Gabinetu Kosmetycznego. - 
P. T. S., Kijów: Rzecz bardzo słaba, nie do druku. 
-- P. W. Szymański. Habingfortb: Numer okazowy 


wysłany. - Najlepsza Akademia Krawiecka istnieje 
w Londynie. - Czasopisma krawieckiego w Warsza- 
wie nie posiadamy. 


Administracya "Biesiady Literackiej" 
prosi uprzejmie Szanownych Prenume- 
ratorów, aby przy zawiadamianiu o zmia. 
nie adresu; obok adresu nowego, ko- 
niecznie umieszczali i adres dawniej- 
szy, gdyż w ien sposób uniknie się po- 
myłek przy wysyłaniu pisma. 
Do nabycia w administracyi "Biesi ady 
Literackiej" i we wszystkich księgarniach 
POWIEŚĆ HI8TORYCZNA 
B. BOLESŁAWITY 
TUŁACZE" 
" 
'W'YDANIE ZUPEŁNE. 
Sześć tomów rs. 3, z przesyłką pocztową rs. 3 k. 70; 
w ozdobnej oprawie rs. 4, z przesyłką pocztową 
rs. 4 kop. 90. 


FABRYKA POWOZÓW 
I KAROSERYI DO SAMOCHODÓW 


ZAPALONY KRĘGLARZ 


I 
I 
I 
I 
;' li I 
/,,-:Yjzwy't4. 


. - Co pan, u dyabła, wyprawias/,
! Kręcisz 
mI g-łowę na. wszystkie strony, jakby;'! ja chciaj 
oclerw"ć od karkIl 
. -." " 
- I'rzepra sza !tl l1ajrno('" ie .i pana dobrodzieja., 
Bo to, wiuzi pan dubr'H1zipj. jestpm zapalony!tl 
amatorem g-ry w kl'
r:le, a g'łówka pana dolit'o- 
dzieja jest tak podolmą du kuli kręg-Iowej, żelll 
się zapoJllniał, wydalo mi się. że jestem w krę- 
g-ielni i eheiułem nią "dziewiątkę" zrobić.. 


H E R T E L >.VltIM'M'
t'M'Y.'M'M'Y.'

4I'!4I'!tlY.MM
lIY.
l.I'ItMY.'M'MM
 

 

 Dobrej woli I sp%zuolu szlaoletnyoh gor
OO-POleOamy 
 

 UCZNIA KLASY PIĄTEJ POLSKIEJ SZKOLY 
 
E: PRYWATNEJ" Ch opleo zdolny, pilny I prsoowlty, nie 
 

 posiada środkow na oplacenie wpisu. Zasiłki składać 
 

 naleźy w adminlstraoyl "Biesiady Literackiej" z nadmle- 
 
W \\'aI'SZ3\\ ie, Długa 29, telefon 22-21. 
 nieniem: .,DI. uoznla ozwartoklaslsty n; wpis", 
 
*' J \łi\łiWWW",WWWijf\"WiIM WWWilfil1iJfW"'WWilfilfili l :;', 


A. 


rit". = i= t " ii - 1 
 

 W - :::: -::- 1 -:: 
 C - 
 Z 
 I - 
-;' S 
 =lI a " = == = 10 le
a-
łat.n7e-io:;:Ś
 
===

 

 ". ,,
 Ił 
 . . -Ił. 


T

:

R:




=Tp
:;u

::
ie


:;

r: 
 

 I?tugoJe
nr 
Si-'.)/prac?wnik ?Ierw:zorzędnych !Irm P
r
skrch n
h Parysfncli I Angle1sl-łicli. Zamówienia przyjmują 

 

 I Londynskrch ostatnro kroJczy fIrmy W. :Janrszewskl r S-ka SIę tal-ł z własnycli jal-ł i powierzonycli materjałów. 

 

 '1lV'apsza
a, u.lica SzpiiJalua Np 12, iJelefou 109-50. I-sze piętro. tJ 

:::JX:== =

 -=- -=- -=--=.--.....:::::: :::: ::::: ::::: --..... ::::::::::::::::::::::::::::==-=:=n-;,:::
::::
:::::::=::::::: 
"O";'
 = == =-;,:::= == = = =:::
 


E_li_ I 
P r U Z , - n ' S k , - 5 O OSZCZĘDNOŚCI OPALU 
Q; o o patent: 
:l;:

:k::
:Jo


:evania 
POLECA oraz Piece telazne Moltlplikatorowe 
K k . patent. Szybkon.grzewaoze wody do kąpieli. 
- a aD owsla ne = patent. Drzwiczki plecowe hermetyozne nie rozpalające si
. 
- Dr W. P KLOBUKOWSKI, Int. Warszawa Al. Jerozolimskie 71 
telefon b-02. 



 a 
 


zalecane przez pp. leka! zy, jako bardzo po- 
żywne, lekko strawne dla dzieci i osób cier- 
piących na żołądek. Sprzedaż w magazynach 
własnych i pierwszorzędnych handlach. 
i Marszałkowska 133 róg 8-to Krzyskiej. 
 
Wierzbowa 8, dom dochodowy Teatrów I 
L:ar

 - Krak.-Przedm. 5, róg Berga. I 
ł--... 







 
Z E O A R K I ZŁOTE, SREBRNE 
. I STALOWE 
FABRYK: PATEK, PHILlPPE i C-om., PAUL 
NORDIN, "OMEGA", T1SS0T & FILS j t p. 
RE O Ul£\. TORY S'::
'C


\TE 
W WIELKIM W GRABAU 
WYBORZE. ZEGARMISTRZ 
Grawer. ULICA NOWY-ŚWIAT M 70, TELEFON 49-:?l 
PRACOWNIA PRZY MAGAZYNIE. 


S. blPCZYłłSKI. 


jVIarszałkoV\1ska 149. tel. 134-84. 






 


Wanny, Umywalnie, Wyżymaczki, Magle, 
Pralnie, Łóżka angielskie i zwyczajne, Mate- 
race sprężynowe, Naczynia aluminiowe, 
Wyroby nożowo fabr. Gerlacha Kuchenki na- 
ftowe i spirytusowe. Maszynki do kawy spiry- 
tusowe i kamienne_ 


Marszałkowska 108 
dawniej G, WIS N O W S KI. 


POLECA W W lELKBl W Y BOHZ I
 


Edward CUROSTOWSKI 


Drukowano Carb" z CabrJki W. Karpińskiego i W. Lepperta. 
Roboty Introllgatonkle dla .Bleslady Literackiej- w)'kon)'wa zakład J. F. Pugeta I S-ka, Maryensztad nr 16. 
Redaktor j wydawca: MICHAŁ SYNORADZKI. Druk Synów Sto NIemiry, plac Warecki 4.