/01.djvu

			'
1I1 4 ' \ 
'..' . '" .." ,\,. \ . \: 

 ,
 ;, ':-.' 
... 

j, ! ," ,
 -!'Y I 'f' 
, I - ;.. \, . -'i \ 

qt
 .' \ ł. '
,\, "1' 
"";::f ' '.
 . I - I ,.' 
, ,-" ".: ' lf l , 
 
1 (,'1 '/J_- 

I " '''''1_,0 Ił,' '. r- 
.1." -> AIi 
 - 
.. ,.J < 1r". 
.r .. "". 
ł
J

k 
;
 '. J


. 
" ('4:. f1--
 ff,)(JI'" 
 . 
ł - 
'r4. , /. ¥:,,.. , ,. 1
 . \ 
'. /; 
 . 


 i ,
_ 
..i
. _. '. ,; 
 
 
'. ./ ':.
' ., .l',
 .

I'
W 
ALljEMAR ,O
I1N,'-; 
',I' W ,\ ') .y\\.,;; 

. . 
.,Y . \ 
 f"'. . 


._1 
11A1J'I(! ''-
 
JĄ 



.' \ 
d l .l- 
o I: 
.,\, 
 
, J..)..... 
'. " 


l t 
r. : :. 
. 1: 
4-':=
 
 




 

'1 
. . 


.1 
) 


I 
l
 


.I. I. ' , ' 
h '
'., '- , j , 
. ./'- 
.. .
 '; II 
. 
,,,- j: .1tt > 
\ . \ i . ,,
. 
K.AWA ' 
R I ! 

-TUD;R 


" 1--, 


" 
-, ' 



 


." 


/ ! , - ł , < 
--1-- .; 
.-J 


-? 


, 



 ' I lo' I_ 
I 
.' '
, 
If' 
1-,: 
" 


. l "J 


.:. - 

-wr' 
- ---
 
.- 
-
.. 


'I ;- 


. , ,., 

#"- )'....1 ł

. ,ol 



 


-. 


---:;.- -

 
-1-1i;

 


.. 
'!!=F= -
		

/02.djvu

			Zbigniew Waldemar Okoń 


KAWALERIA DZIADKA TUDREJA 


Chełm ł 997
		

/03.djvu

			Projekt okładki: Teresa Chomik-Kazarian 
Zdjęcie na okładce: Ryszard Karczmarski 
Redaktor techniczny: Karol Bednaruk 


\ 


CJ\; ;	
			

/04.djvu

			1. 


Andrzej Torczyński, przezywany przez kolegów Chudy 
Pacan albo Chudas, czyli ja, szedł, to znaczy szedłem ulicą Tadeusza 
Kościuszki w Drawsku, przeskakiwałem radośnie z nogi na nogę, 
byłem beztroski, szczęśliwy, być zadowołonym i szczęśliwym jak 
ja, to jest fajna sprawa, najłepsza rzecz, najprawdziwsza radocha. 
Miałem przy sobie dużą forsę, dwadzi

cia cztery złote i pięćdziesiąt 
groszy, wszystko to sam zarobiłem, uczciwie zapracowałem. 
Szedłem ze skupu butelek, kiłka razy tam dzisiaj 
zachodziłem, po kilkanaście flaszek za każdym razem na plecach 
przytachałem. Walukowa żadnej mi nie odrzuciła, trochę grymasiła 
i narzekała: "Tej ci nie przyjmę, brudna" - warczała. Ale ja 
"Woje 
jej też powiedziałem, na swoim postanowiłem, wszystkie butelki 
musiała przyjąć, dwadzieścia cztery pięćdziesiąt do rączki mi 
wybułiła, jeszcze cukierkami częstowała i prosiła jak pana, żebym 
innych chłopaków tylko do niej, a nie do Starej Lemoniadziary 
przyprowadzał. 
Wałukowa kupowała wszystko, szmaty, garnki stare jak 
świat, złom, szpargały nikomu niepotrzebne, przedwojenne rupiecie 
i czort jeden wie, co jeszcze. Ona by nawet diabła kupiła i jako 
anioła sprzedała, gdyby wyniuchała, że na tym parę groszy zarobi. 
Rzadko płaciła pieniędzmi, tylko jakimiś czajnikami i durszlakami, 
talonami na "poszukiwane towary", zresztą sam nie wiem, czym 
ona jeszcze płaciła, mnie to nie interesowało, ja wolałem gotówkę. 
Ludzie różnie o niej mówił i: 
- Pieniądze z niczego robi - chwalili ją jedni. 
_ Oszukuje - psioczyli inni. - Toż panie! Niech każdem u 
codziennie choć trochę butelek, szmat albo kolorowego złomu 
odrzuci, niemało lewego grosza dla siebie nachapie... 
- Uczciwa jest - bronili ją drudzy. - Państwowego 
pilnuje. nic swego. Państwowych pieniędzy za poszczerbione butelki 
i zasrane szmaty wypłacać nie chce. 
- Nieprawda! Dobre butelki odrzuca! 
_ Kapitalistyczna wyzyskiwaczka! Burżuazyjny przeżytek 
kapitalizmu. Takie jak ona przed wojną za kupnem starych rupieci 


7
		

/05.djvu

			po po
wórkach ?o całym mieście jeździłi, coby parę groszy zarobić, 
a ta. ru
! Tyłko zopę na jednym krześle jak jaki kierownik sadza, 
nogI n
by Amerykan na drugie krzesło zakłada i czeka, aż się jej 
butelkI pod nos podstawi. 
- A co? Na łóżku ma leźeć i czekać, aż jej pan zasrane 
kalesony sprzeda! 
- No, no panie! Uważaj pan, co gadasz! Obrońca złodziei 
i kapitalizmu się znalazł! 
- Nie złodziei i nie kapitalizmu ty szemrany arystokrato! 
To p.an panie jawnie antyklasowo występujcsz, czlowieka pracy 
obrazasz... 
Takie gadki o Walukowej często można bylo usłyszeć. 

aw.et tato mówił, że ona nieźle na tym imeresie wychodzila, ale 
Ja mIa
e
 to. g?z.ieś, 
nie si? najlepiej opłacalo sprzedawać u nicj 
b.utelkI, pIeruązkI do kIeszeru zgarniać, tylko trzeba bylo po gruzach 
SIę nachodzić, wśród robotników poszwendać, wzdłuż Drawy łazić, 
po krzakach myszkować, z pacanami z miasta się bić, bo oni też 
butelki zbierali, a jak kupą kogoś dopadli, to bili, strasznie bili. 
Pogoda była przedwieczorna, piękna, słoneczna, 
bezchmurna, jakby specjalnie na takie wędrówki do skupu butelek 
s
wo
zona. Pieniądze nioslem w kieszeni, dwie papierowe dwuzlo- 
towkI, 
Ja.nknot d.wudziestozlotowy i monetę pięćdziesięciogro- 
szo.wą. SClska!em Je mocno w dłoni, jakbym nie wierzyl, że są moje, 
ze Je mam. W sklepiku u Franka Szalamachy Kuternogi, najwię- 
kszego w £wi
cie włóczęgi i zabijaka, kościelnego, jakiego jeszcze 
w Drawsku me 
ylo, kupilem lody i chałwę. Jak tylko miałem pie- 
m
dze, 
m,:,sze.1 tylko u niego je kupowa!em, najlepsze były, smak 

m
ły mIę
Isty I słodki, dobry smak miały, taki smak się przez całe 
zycie pamięta, do śmierci nie zapomina. 
Nie wiem, kto nazwał go Kuternogą i dlaczego? Wszyscy 
Kuternoga o nim mówili i już. Nie pan Szałamacha, nie Franek 
Franunio, czy jakoś tam jeszcze, tylko Kuternoga. Fajny był z nieg
 

hłop, ostry i sprawicdliwy. Był stary
 wiarusem, prawdziwym 
zolmerzem, takIm, o jakim w książkach Zeromskiego czytałem. W 
I?rawsku prowadzil sklepik ze slodyczami, żył biednie, nie pysznił 
SIę przed nildm i nie wywyźszał. 


- Zniszczyć się nie dam - mówi! uparcie. Car mnie nie 
ugiął, Szkop nic złamał, to i tera ruską kolektywizację przetrzymam, 
kupieckiego fachu jako dziad mój imać się będę. 
- Pewnie - przytakiwał mu Tudrej i zaraz dodawał, z fajki 
gęsto dym wypuszczając. - Toż juź nasze dziady gadali, co to zawsze 
lepszy zasrany handel niż dobra robota... 
- Tylko nie zasrany - zaperzał się Kuternoga, drewnianą 
nogę gniewnie przed sicbie wyrzucając. - Zasrany to byłby wtedy, 
gdyby ja twoimi zasranymi galotami handlowa!. 
- Toż Franiu - uspokaja! go Tudej - ja ciebie obrazić nie 
chciał, znaczy się ogólnie o sklepikarzach takowych jak ty 
powiedział, a ty mi zara przed oczami zafajdanymi szmatami 
wymachujesz. 
I już zaczynałi się kłócić, do oczu sobie jak dwa stare koguty 
skakać, popychać się i poszturchiwać, klnąc i przeklinając nie 
wiadomo kogo i za co. KJótnia ich kończyła się nagle, jak się zaczęla. 
Poklepywał i się wtedy przyjacielsko po zgarbionych plecach, 
wyszukanymi uprzejmościami grzeczności sobie nawzajem 
świadcząc. 
Dawniej Kuternogę strasznie po świecie nusiło. W rewo- 
lucji październikowej walczył, z Piłsudskim do Polski szedł, na 
Śląsku z Niemcami w powstaniach się bił, gdzieś pod górą Świętej 
Anny prawą nogę zostawił. Jak Szkopów okrążyli, to jeden taki 
Fryc przeklęty do niego z paru metrów wygarnął, kulasa mu wtedy 
jak siekierą ucięło. 
- Dobrze, że glowa została, albo coś ważniejszego - śmiał 
się Kuternoga. 
Taki on był, twardy jak kamień, nad sobą się nie ceregielił, 
innym w niczym nie pofolgował, z nami też się nie pieści!. Czego 
zresztą Kuternoga nie widział, gdzie nie był, czego nie opowiadał, 
aż się wierzyć nie chcialo w to, co on nam mówi!. 
- Bieruta -m na własne oczy widział - gadał chelpli- 
wie, a oczy mu się tylko iskrzyly. - Przed nim jako przed wami 
żem stał, tylko mi drewniany kulas o podłogę dygota!. Dziwnie on, 
znaczy się Bierut, na czlowieka patrzał, jakby go nie zauważał, jakby 
przed nim nikogo nie było. Zimno jakoweś od niego ciągnęło, aże 


8 


9
		

/06.djvu

			mnie wszystkie członki syberyjskim mrozem sparaliżowało. 
I na dowód tego palce zgrzybiale rozcieral, aż kości mu w 
stawach trzeszczały, w dłonie chuchał, ręce o ramiona zabijał, mimo 
że slońce prawie trzydziestostopniowym upałem prażyło. l zaraz 
też zaczynał opowiadać, jak to mu w Warszawie jakiś Pierwszy, 
Picrwszy Lepszy, czy jakoś inaczej mu było, złoty order do picrsi 
przypina!. Kuternoga wtedy pierwszy raz w życiu marynarkę założył, 
nie swoją, nic, w darze mu przez jakiegoś urzędnika ofiarowaną, w 
żolnierskim plecaku ją wiózł, kląl strasznie, oczami jak podszewką 
wywracał, drewnianą nogą o podlogę trzaskał, o ziemię walił, ale 
pogniecioną jak wór marynarkę w kOł1cU przyodział i odstawiony 
jak stróż w Boże Ciało wklęslą pierś do przypięcia orderu nadstawi!. 
Po dckoracji stali ciasną gromadą na środku sali, stłoczeni 
jak stado oślepionych odyńców. Złociście świeciły nad nimi kan- 
delabry, bielą ścian olbrzymiala iście carska komnata, onieśmielala 
surowością antycznych kolumn, zalewała oczy blaskiem marmu- 
rowych odcieni. Otoczony czerwoną świtą podszedl do nich czło- 
wiek, który przed chwilą wręczał mu medal, tłumiąc kroki w pu- 
szystych dywanach. 
- W rewolucji październikowej straciliście nogę? 
- zapytał Szalamachy, wyciągając rękę du niego, drugą trzymając 
w kieszeni. 
Szałamacha rozglądnął się dookola, ręki swojej nie wycią- 
gnął. Nie wiedział, kogo pyta człowiek wręczający mu order. 
Ktoś trącił go w bok. 
- Odpowiadaj człowieku, Pierwszy Sekretarz do cicbie 


mówi! 


Trzymali go do wieczora. O nic nie pytali, niczego od niego 
nie chcieli. On też niczego nie potrzebował. 
- Sluchaj - usłyszał przekleństwo za drzwiami - nie do 
tego jołopa mialeś zaprowadzić Pierwszego. Tam - znowu 
przeldeństwo - był jeszcze jeden z takim samym kulasem jak ten. 
Kuternoga zagwizdał "Pierwszą kadrową", a potem 
"Rozszumialy się wierzby płaczące" i "Dziś do ciebie przyjść nie 
mogę". Jeszcze tego samego dnia gdzieś przed półnucą wsadzili 
go do pociągu do Kołobrzegu i kazali jechać do Drawska. 
Po powrocie Kuternoga zaraz order do Drawy wyrzucił. 
- Nie trzeba mi go - powiedzial do Tudreja, a ten mu 
przytaknął. - Za noge to ja już medal dostał przed wojną, a ten 
mój drewniany kulas dwóch błyszczących blaszek wart nie jest. 
Siedzi więc teraz Kuternoga w Drawsku, lodami i chaiwą 
handluje, o wojaczce swojej opowiada, krzyż przed księdzem na 
pO!,'Tzebach i procesjach nosi. 
- Wróciłem do Polski, do Drawska, na ziemię rodzinną 
wróciłem - bez przerwy powtarza. 
Śmieje się wtedy serdecznie, szeroko, zęby spróchniale do 
ludzi wyszczerza, pooraną bliznami twarz od ucha do ucha 
wykrzywia. W niedzielę mundur wojskowy naklada, ułański 
mundur, kawa!eryjski,jeszcze marszalka Pilsudskiego pamiętający, 
rogatywkę na głowę wciska, szablę do boku plzypina, po mieście 
wyprostowany chodzi, oficerkami po chodniku stuka, przedwo- 
jennymi orderami z daleka brzęczy, chłopaków biegających za nim 
gromadami, jak natrętnych psów od siebie odgania. Rozeźlony 
ogromnie do gospody wstępuje, wąsiska potężne jak dwa snopy 
zboża w spienionych kuflach piwa zatapia. Potem idzie nad Drawę, 
z Tudrejem na brzegu siadają, oficerki zdejmują, onuce na trzcinach 
suszą, nogi w wodzie moczą, do rzeki w zamyśleniu spluwają, gdzieś 
daleko patrzą przed siebie, u polskich powstaniach nam 
opowiadają, pieśni o legionach wyśpiewują, o Kościuszkę i 
Pilsudskiego się klóeą, kto był większym wodzem na cały glos 
wykrzykują, do oczu sobie skaczą, czapkami o ziemię rąbią, 
pięściami w trawę !,'Tzmocą, a potem - jakby ni!,rdy nic - znowu 
na brzegu ubuk siebie usiądą, dym z fajeczek wypuszczą, zapatrzą 


Twarz Szalamachy zbladła, zwęzila się, zaczęla drgać 
strunami niewidzialnych żył, plątać się przerażeniem rozbieganych 
zmarszczek. Kuternoga zaklął pod nosem, rozlatane oczy rzucil 
przed sienie prosto w twarz sekretarza, drewnianą nugę uniósl du 
góry. 


- Gównu prawda, w jakiej tam rewolucji, pod górą Świętej 
Anny... -wrzasnął, ale krzyku swego nie dokończy!. Dwóch panów 
w eleganckich garniturach chwyciło go pod ręce i szarpiącego się 
wyprowadziło z sali. 


10 


11
		

/07.djvu

			i czytać nie umiał, a na dzwonach tak pięknie grał, nikt tak jak on 
na dzwonach nie potrafił dole i niedole łudzkie wygrywać, z radością 
i smutkami łudzi melodią dzwonów się łączyć. Ale dzisiaj nikogo z 
chłopaków przy nim nic było, na pogrzeb traktorzystów się wszyscy 
wybrali, dłatego Jamroz był sam, a jak był sam, zawsze dzwonił 
"pod ciszę", to słychać było z daleka. Stary dźwiękiem otwartym, 
srebrzystym, jak powietrzem niebo wypełniał, nutami serdccznej 
trwogi w smugi echa uderza!. Dzwony biły pojedyńczo, nierówno, 
powołi, potem coraz rytmiczniej, szybciej i pełniej, jakby ktoś nimi 
spóźniony czas zaczął odmierzać, wreszcie huczały szeroko, 
krzykliwie, daleko, dźwięk ich niósł się po łąkach, polach i ogrodach, 
wylatywal zza domów i stodół. biegł nad Drawę, uderzał w las, 
powracał echcm. 
Szukałem Chłopaczary, chciałem ją spotkać, koniecznie 
spotkać, niby przypadkowo zobaczyć, ni z tego ni z owego w drogę 
jej wejść, dlatego zatrzymywałem się bez potrzeby, nie wiadomo 
czego szukałem, sznurowałem i rozsznurowywałem nowiutkie 
trampki, rozglądałem sili dookola, po niebie cielęcym wzrokiem 
goniłem, dzwonów sluchałem. Chłopaczara zawsze tędy chodziła, 
do sklepu, do szkoły, do kościoła tylko tędy musiała iść, to 
sprawdziłem juź dawno, dlatego dzisiaj sprzedałem butel.k
 i tęd
 
wracałem do domu. Gdybym ją spotkał, zafundowałbym Jej lody l 
chałwę, nawet czekoladę, wszystko, co by tylko zapragnęła, bym 
jej kupił, za taką forsę pół Drawska mógibym jej ofiarować. A jakby 
nie chciała, rzuciłbym jej to wszystko pod nogi, niech by zrobiła z 
tym, co chce, tak sobie to wymyśliłem, tak postanowiłem. Ale gdy- 
bym ją spotkał naprawdę, znowu bym ucickł, stchórzył, samego 
siebie bym się przestraszył, schowałbym się gdzieś za Jom albo za 
drzewo, zapadł się w gruzy, udał, że jej nie widzę, ŻC nikogo i niczego 
nie zauważyłem. Potem bym tego żałował, w myślach sam z siebie 
szydził, z pół dnia o tym z sobą rozmawiał, przekonywał nie 
wiadomo kogo, że dobrze zrobiłem, że naprawdę inaczej postąpić 
nie mogiem. Taki już jestem, tak robią inne chłopaki, tak robię i ja. 
Gdybym zrobił inaczej, kumple by mnie wyśmieli, od pantoflarzy i 
gównianych narzeczonych by człowieka wyzwali. 
Chłopaczary nie spotkałem nig
i.ł1
fPerzyka nie było, 
II 
'; ( 
1.16220 


się w niebo, zadumają, pomilczą, znowu coś do siebie powiedzą, w 
fajeczki drewienkiem postukają, popiół do rzeki wysypią, z 
piersióweczki bimberku pociągną. Chciałbym mieć taką młodość 
jak oni, po świecie za młodu się włóczyć, za ojczyznę się bić, 
dzieciom o Polsce opowiadać. 
Zupełnie inny był Kuternoga, jak sobie troszeczkę popił, 
wtedy straszne rzeczy bajdurzy!, o dziewczynach różne dyrdymały 
wyplatał, całe swoje życie od nowa nam opowiadał, jakby pierwszy 
raz w życiu nas widział, jakby mgdy o tym nikomu nie mówił, tylko 
musiał sobie kapeczkę bimberku łyknąć, piersiówkę stale za 
pazuchą nosił, pociągał z niej wszędzie, na ulicy, w kościele, 
magistracie, na pogrzebie i na procesji. Szlochał wtedy jak dziecko, 
całą swoją wojaczkę jak prawdziwy aktor odtwarzał, z drewnianej 
nogi jak z karabinu strzelał, padał na ziemię, czołgał się, do ataku 
ruszał, biegi przed siebie jak oszalały, kogoś wołał, wracał, do 
ucieczki się zrywał, rękami jak bagnetem sztychy zadawał, zręczne 
uniki robił, klął i modlił się, ryczał jak tur, szeptem do siebie coś 
mówi!. I płakał, zresztą nie wiadomo, czy plakał, łzy mu nigdy nie 
leciały, tyłko z piersi wyrywał się szłoch urywany, jęk głęboki, 
półokrzyk bolesny, szept niezrozumiały, spazm zacichający. 
Szedłem wołniutko ułicą. piękną jak baśń, najładniejszą w 
Drawsku, loda ze smakicm lizałem, zagryzałem chałwą, mógłbym 
codziennic kilka takich porcji spałaszować, gdybym zawsze miał 
forsę, z dziesięć takich porcji od razu bym wtrząchną!. 
Na kościełe zabiły dzwony, stary Jamroz Autochton - 
łudzie go tak nazywali - przygnał już krowy, jak zwykłe skłął 
Jamrozową, nakarmił gołębie i bił teraz w kościelne dzwony, ciągnął 
za sznury, aż mu siwa głowa do tyłu odskakiwała. Często z 
chłopakami mu pomagałem, lubiliśmy pomagać Jamrozowi w tym 
dzwonieniu zajadłym, ogromnym, niena
yconym, można było wtcdy 
na sznurach się huśtać, ze sznurami w górę i w dół latać. Jamroz 
tylko za nogi nas łapał, popychał, przytrzymywał, w dół ciągnął, a 
potem puszczai raptownie, dźwięk robił, duszę dzwonu otwicra!. 
Bo on za każdym razem dzwonił inaczej, na nieszpory inaczej, na 
msze święte inaczej, na pogrzcb jeszcze inaczej. Dobry z niego był 
muzyk, prawdziwy orkiestrant, do szkoły nigdzie nie chodził, pisać 


12 


l3
		

/08.djvu

			on wszędzie ostatnio za nią łaził, krok w krok za nią się wlóczył, 
teraz też mógł gdzieś nad rzekę albo na pogrzeb za Chłopaczarą 
polecieć, dziewczyny podglądać. Chłopaczara lubiła z małymi 
dziećmi jak kwoka po całym mieście się szwendać, po łąkach i po- 
lach się z nimi uganiać, nam - chłopakom dokuczać, kryjówki 
nasze rozwalać, na złość nam robić. 
Ulica skręcała w lewo, rozgałęziala się jak widelki od pro- 
cy, jedna odnoga chodnika, wyłożona płytami, prowadziła dałeko 
za cmentarz, druga, połna, piaszczysta, pełna dziur, wybojów i błota 
szerokim łukiem biegla w kierunku ląk, omijala zabudowania 
Januoza, skręcała pod kątem prostym przed jabłoniowym sadem, 
biegła w dól wzdluż stodól, zarośniętych krzakami dzikiego bzu i 
kaliny. Fajnie tu było, szczególnie te stodoły mnie pociągały, tonęły 
w dzikiej zieleni, gruzach i chaszczach, były olbrzymie i tajemnicze. 
Nikt tędy prawie nie chodzil, ludzie z daleka omijali to miejsce. 
Tylko ja laziłem tędy codziennie, niczego się nie balem, wszystko 
tu było takie piękne i niepowtarzalne, jakby z baśni albo filmu wy- 
jęte, jakby już w jakiejś książce opisane. 
Te stodoly miały zlą slawę, złowrogą przeszlość, stały tutaj 
już dawno, nawet Dziadek Tudrej i Kuternoga nie pamiętali od 
kiedy. Ludzie ró:me rzeczy o tych stodołach gadali, że w nich straszy, 
że poniemieckie zlo jeszcze w nich mieszka, że sam diabel zrobił 
tu sobie siedlisko i z czartem po nocach wyprawia wesele. Stara 
Szeremeta, znachorka z naszej ulicy, ta, co zza Bugu przyjechala i 
z domu starców ciągle ucieka, kilka razy już te stodoły wyświęcała, 
z kropidłem w ręku, krzyżem na piersiach i świętym obrazem na 
plecach je obchodziła, za siebie z obrzydzeniem plula, wodą 
święconą przecedzaną przez kukulcze jaja ziemię kropila, mrucząc 
pod sępim nosem jakieś przedwojenne pacierze i zaklęcia. 
I Bóg chyba od razu zaczął czuwać nad tymi stodołami, bo 
jeszcze tego samego dnia zlapala nas z Jerzykiem stara Jamrozowa, 
jak w zaroślach doiliśmy jej kozę, po partyzancku, w helm i ma- 
nierkę doiliśmy, jej kozę, kozuchnę kochaną za wymię jak za ogon 
żeśmy ciągnęli i zanim skapowaliśmy, o co chodzi, parę razy po- 
tężnym kijem po grzbiecie mi przejechala, mocno rąbnęła, za dwa 
tygodnie sine pręgi na plecach nosilem. A wrzasku przy tym takiego 


narobiła, że chyba wszystkic diably ze stodól do piekla czmychnęly, 
i chociaż od razu uciekliśmy, ona jeszcze z pół godziny pomstowala 
i lamentowala, kijem nad glową jak diabelskim ogonem kręcila, 
nad kozą, kozuchną kochaną się użalala, od zlodziei i szubrawców 
nas wyzywając. 
Teraz szedlem sam, o żadnych strachach ani o jakichś tam 
Jamrozowych babach nie myśl alem, tylko o Chlopaczarze. Bardzo 
bym chciał, żeby ona była tu ze mną, tą drogą szla, trzymalbym ją 
za rękI(, objąlbym w pól, wśród tych baśniowych stodół bym z nią 
spacerował, zapachem jabłoniowego sadu bym się upajal, picśń 
dzicciństwa ze slowikami o niej bym śpiewał. Cieniem jabłoni bym 
ją otuliI, słońcem opowiedzial, stokrotami upiększył, dzikimi różami 
ustroil, glogami o świcie powtórzy!. Nikt by nas tutaj nie widział, 
nikt nie zobaczył, n,ógłym z nią rozmawiać o wszystkim, o ojcu i o 
koszarach, o Dziadku Tudreju i o Kuternodze, o szkole i o 
chlopakach z naszej ulicy, mógłbym z nią o książkach dyskutować, 
albo gdzieś tutaj się skryć, zagrzebać w sianie, pod ziemię zapaść, 
w ciszę zamienić. 
Ale Chlopaczary nie było. W oddali kolysały sil( potężne 
czuby świerków rosnących za moim domem. Znad łąk dolatywały 
pobrzękiwania ostrzonej kosy i nawolywanie Jamroza wracającego 
z kościoła. Pachnialo sianem, wiatrem, wilgocią ukwieconych łąk. 
Dzień ciszą dojrzewał, barwil się odcieniami zmicrzchu, 
promieniami słońca wplątywał się w jabłonie i grusze, drżal 
resztkami bll(kitu na niebie, lotem jaskółek chmury za horyzont 
przenosi!. patrzy!em w niebo, w zieleń sadu, w powiew czerwcowego 
wiatru, wsłuchiwalem się w ciszę zicmi zalanej blaskiem 
zachodzącego slońca. Nagle spod nóg wyskoczy! mi królik, stanął 
na tylnych lapach, rozglądnąl się dookola, kicnął w bok, jakieś ziele 
obwąchal, pokrl(cił się wokół niego, dal susa w zarośla. Pelno było 
tutaj dzikich królików, byla to ich kraina ogromna, ich ostatni 
matecznik. Gnieżdziły się w gruzach i zawaliskach, pod kamieniami 
mialy swe nory. W czasie wojny hodowal je w jabłoniowym sadzie 
jakiś Niemiec, w specjalnych klatkach je trzymał, o króliki bardzicj 
niż o ludzi dbał. Był to hitlerowiec przeklęty, Szwab z krwi i kości, 
bandzior taki, że potrafił czlowieka zaml(czyć na śmierć, sól do 


14 


15
		

/09.djvu

			ran ludziom sypał, papierosy o piersi kobiet gasił, a króliki i gołębie 
hodował. On do końca nie wierzył, że Fryce wojnę przegrają, że 
b«dzie musiał stąd na złamanie karku uciekać. Od tamtego czasu 
króliki zdziczaly, rozmnożyly się, ale z roku na rok jest ich coraz 
mniej, psy je wylapują, koty po nocach mlode z nor wybierają. 
Najgorsi jednak są ludzie, wnyki na łąkach i w jabłoniowym sadzie 
zastawiają, przemyślne pułapki robią. Patrzcć na to nie można, 
serce z bólu się kraje, gdy człowiek widzi, jak biedny królik całą 
noc musi się męczyć, w wielkich m«czarniach konać. 
. Ta stodoła stała naj bliżej jabłoniowego sadu, naj dalej od 
drogI, za krzakami kaliny i bzu, ona jedna ocalala w tym rzędzie z 
wo)
nn
go pożaru. Wszedlem w zarośla, zaczaiłem się przy 
kro!lczeJ norze, pod wiatr stanąłem, zawsze tak robiłem, gdy 
chciałem króliki podglądać. Spod kupy gruzów i suchych galęzi 
wychylil się królik, rozglądnąl się czujnie, nie zauważyl mnie, 
poczłapał przed siebie. Za nim wyroiło się cale stadko. 
Najpięknicjszy był ten ostatni, podobny do angory, puszysty jak 

ulka, zmieszany od kilku pokoleń z innymi gatunkami, wygłądał 
Jak puchowa zabawka. Łebek miał szary jak u zająca, oczy ogromne, 
czerwone
 słuchy bielutkie, z ciemnymi strzalkami pośrodku. 
SIedzI
! Clchut.ko, ruszając noskiem, moglem go zlapać, za uszy 
chwyclc. Ale mech sobie szczęśliwie żyje, jabłoniowym sadem się 
cieszy, z królikami na lące w ganianego się bawi. 
. Zaskrzypialy wrota stodoły. Króliki czmychnęły w zarośla. 
ObejTzalem się do tyłu. Wielkie drewniane drzwi były lekko 
uchylone, kołysaly się na zawiasach. Podszedłem bliżej. Wewnątrz 
rozległo się głuche uderzenie, jakby worek żyta spadł na klepisko. 
Wsłuchalem się w ciszę, szuranie w stodole, szelest słomy, znowu 
szuranie. Wsadziłem glowę do środka. Nie widać nic. Wsunąłem 
się w ciemność, oparłem plecami o ścianę. Tyłem do mnie, w 
rozkroku, pochylony nad jakimś człowiekiem, stal mężczyzna i 
ob
ewal benzyną sl
mę narzuconą na niego. Usłyszał skrzypnięcie 
wrot, wyp:ostowal SIę, nadsluchiwal, odwrócil się do mnie. W ręku 
trzymai pistolet. ZnieruchomiaIem ze strachu, nogi wrosły mi w 
ziemię. Nieznajomy kocim ruchcm podskoczył do mnie, chwycil 
za kark i silnie pchnął mnie na środek klepiska. Upadlem. Wyjrzał 


na zewnątrz, podniósl mnic i z calej siły uderzył w twarz. 
Uśmiechnąl się mściwie, sadystycznie. Z ust popłynęła mi krew. 
Chciałem krzyknąć, ale coś tylko zabulgotalo mi w piersiach. 
Szarpnąłem się, wierzgając nogami, zadawaIem ciosy na oślep. 
Zlapał mnie za kark, odlożył na belkę pistolet, wyciągnął z kieszeni 
sznurck. Przycisnął mnie do ściany, przesuwając kopni«ciami. 
Osunąłem się, zwiotczałem. Podniósl mnie znowu i brutalnic 
przyparł do belki. Wtedy zobaczylcm tamtego człowicka. U mlcral, 
charczał boleśnie, podkurczył jedną nogę, nienaturainie ją 
wykrzywiając i odrzucając w bok. Stuknął o betonowe klepisko duży, 
oficerski but. Z malutkiej rany na czole konającego sączyła się krew, 
krwawą strużką spływala na nieksztaltny podbródek. Krzyknąlem, 
ale mój oprawca zasłonil mi usta ręką i parę razy uderzy! moją 
głową o desk«. Zemdlałem. Jak przez mgłę, jak przez sen, jak przez 
śmicrć czułem każdy jego ruch. Zaczął mnie przywiązywać do belki. 
- Gut, polnische Kinder, gut - mamrotał pod nosem, 
coś złowrogiego zapalało się w jcgo oczach i gasło. Śmierdział 
benzyną, wódką i papierosami. Widziałem go przcz nabrzmiałe 
rozpaczą oczy, przebijal si« przez ścianę stodoły, rozwalał ją 
Tumanem kurzu, rozszarpywał mnie na kawałki gruzów, na strzępy 
krwi. Jego ryża twarz, czerwonc policzki, oczy ziejące jak niewypały, 
nieksztaltny nos, ryże włosy są coraz bliżej mnie, nachylaj,) się nade 
mną, gniotą mi picrś, z krtani wyszarpują głos. Nie znam tcj twarzy, 
zbliża się do mnie, krwawą plamą rozlewa po głowie, wchodzi we 
mnic bÓlem ogromnym, przenika strachcm, zalewa ciemnością, 
wgniata ciężarem w zicmię, odcina ręce i nogi. Uciec stąd, od tych 
oczu morderczych, przeklętych, od tej twarzy ziejącej krwią. Coś 
ciepłego zasłania mi [warz, oddziela od tcj ciemności, chroni od 
uderzcnia. Dotyk czuły, serdcczny, gon)cy... Chłopaczara! Widzę 
ją, biegnie do mnie przcz rzekę, przez łąkę, przez jabłoniowy sad, 
jak goląb nade mną lata, w białej sukience przybywa, w welonie z 
rosy i mgły, bielszym niż śnieg, piękniejszym niż cisza. Biegnie do 
mnie, ręce przed siebie wyci,)ga. Nie! Ona nie biegnie, ona płynic 
ku mnie, wśród kwiatów jabłoni i mleczy, powiewem marzenia 
nadlatuje, niesie mi chałwę, r«ee jej rozkwitają jak lilie, jest coraz 
bliżej mnie, bliżej, bliżej, blisko jak śmierć. Inne ręce, ogromne jak 


16 


l7
		

/10.djvu

			dwie szczęki imadła, odtrącają mnie od niej, ściskają mi krtań, 
wyciągają się do Chłopaczary. "Uciekaj Chłopaczaraaaaaa! 
Uciekaaaaaaj !!!" Ale ona nie słyszy, płynie do mnie przez 
ociekające krwią niebo,jak biały anioł życia nade mną krąży. Tylko 
ta twarz skrwawiona, dysząca, stoi między nami, powiększa się, 
zasłania mi świat i Chłopaczarę. Zdzielić ją pięścią, rozszarpać na 
kawałki strachu i krzyku, odrzucić od siebie. A Chłopaczara wciąż 
plynie do mnie, tęczę za sobą rozwija, śmigami anielich skrzydeł 
złotych blasków słońcu przydaje, dźwiękiem Jamrozowych 
dzwonów mnie woła. Nie! To nie głos Chlopaczary, to głos mojej 
mamusi... Mamo! Mamusiu kochana!!! Ratuj mnie mamo! Tutaj 
nikogo nie ma, tyllco on ija, to jest mój glos, przerażony, zacichający, 
to ja ciebie wołam mamusiu! Dlaczego ciebie tu nie ma?! Dlaczego 
mnie nie zabierzesz?! A Chłopaczara wciąż płynie do mnie wśród 
kwiatów jabłoni i mleczy, biel mi niesie, białą ciszą przybywa, bialym 
zapomnieniem się staje. Gdzie jest ta twarz? Okropna twarz! Nie 
widzę jej. Jaka cisza. Po co ta cisza? I ten jęk przeklęty, krzyk 
narastający, urywany, krótki. Nie ma już mamy, nie ma już 
Chłopaczary, nigdy ich tutaj nie było. I znowu cisza. Nie, to nie 
cisza, to szczekanie zajadłe, szczekanie jak grzmot, jak rzut 
kamienia w naprężoną blachę, jak ryk piorunu na niewinnym niebie. 
Aza! WciążwidzęAzę. Azuniukochana, piesku mój. Uciekaj stąd! 
On ciebie zabije! Ogromna twarz zapada się w dół, leci w głąb 
nocy, przepada w ciemności, maleje, kurczy się, ryże włosy rozsypują 
się w proch, ciężar zsuwa się ze mnie, uderza o ziemię, powraca 
strzępiastą chmurą, wiruje mi w oczach. Znowu pyskAzy, spieniony, 
zjeżony zębami, rozwarty. Ulga, jakaż ogromna ulga, on mnie nie 
trzyma, jęczy, skurczył się, zmalał- Otwieram oczy, zamykam, znowu 
otwieram. Aza! Na pewno Aza, waruje przede mną, sierść zjeżona 
na karku, pierś pulsuje wściekłością, szczekaniem przerażającym, 
ujadaniem śmiertelnym. Z pyska wycieka jej piana, przednie łapy 
zaryte pazurami w klepisko, gotowe do skoku. 
Niemiec stał nieruchomy, nienaturainie sztywny, skurczony 
boleśnie, z rozharatanej łydki spływa mu krew. Aza przy każdym 
jego ruchn, drgnięci n najmnicjszym, doskakiwała do niego, 
zatapiała kły w nogę, cofała się błyskawicznie. Papieros wypadł 


Niemcowi z nst, buchnęła ogniem rozlana benzyna. Plomień 
przeleciał przez zabitego, dobiegał do zasieków ze słomą. Aza 
przesnnęła się w bok, pokaznjąc mi drogę ucieczki. Cichym 
skamlaniem, jakim witala mnie zawsze, gdy wracałem ze szkoły, 
niecierpliwym zwracaniem pyska do wyjścia nakazywała, abym 
uciekał- Wyswobodziłem nogi ze sznura, zrzuciłem go z rąk. 
Niemiec odwrócił się do mnie, ale Aza zatopiła mu Idy w nogę i 
odskoczyła. Stanęła między nim a pistoletem, groźna, potężna, 
dygocąca wściekłością. Zrozumiałem. Nie mogłem dłużej czekać. 
Plomienie dobiegały do wrót, zamykały drogę ucicczki. Ogień 
buszował w zasiekach. Skoczyłem przez zabitego mężczyznę, przez 
dym i płomienie i jcdnym susem znalazłem się na dworze. Niemiec 
rzucił się w kierunku pistoletu, ale Aza z całą siłą runęla na niego, 
przewracając go na klepisko. 
Dobiegałem do domu, gdy potężna chmura dymu i ognia 
wytrysnęła nad stodohmli. 


2. 


Gołębie bujały wysoko obłokami w hłękicie. Kolorowe 
stado mieniło się w słońcu, lśniało złotymi piórami dnia, rozlewało 
się blaskiem po niebie, migotało białymi śmigami skrzydeł, 
zapadało się w dół, wzbijało w górę, przesuwało cieniem na ziemi, 
wypływało zza domów i drzew jak rozbiegana chmura kolorów i 
barw. 
Jerzyk przykucnąl przed domem na schodach, strugał 
kozikiem fujarkę, na gołębie patrzył z zachwytem. Lubił z ziemi na 
nie spoglądać, godzinami je obserwować, kochal te ptaki, każdy 
ruch ich skrzydeł z daleka najmnicjszym muśnięciem wiatru 
wyczuwał, marzeniami wraz z nimi ziemię jak błękitem okręcał, 
każdego golębia w locie rozpoznawał- Pogonił wzrokiem za 
falUjąCynli w przestworzach ptakami, coś pięknego było w ich locie, 
dostojnego i niewinnego zarazem, odkrywanego ciągle od nowa, 
od samego początku, od rodzenia się piękna, które w nim już rosło, 
a którego nie umiał jeszcze w sobie odnaleźć. Takie piękno mogło 


18 


19
		

/11.djvu

			być tylko w locie golębi, w poszumie ich skrzydei, w 
niepowtarzalnym kształcie lotu, w nieuchwytnym obrysie nieba. 
J crzyk cichym pogwizdywaniem przywolał uwijające się po 
dachu gołębie. Stado zniżyło lot, przelcciało mu nad głową wichrem 
gołębich piór, poszybowało wysoko. Para win erek, jak dwie białe 
lilie sfrunęła mu na ramię, zagruchala radośnie, wybierała łapczywie 
z otwartej dłoni ziarenka pszenicy, rozrzucając je dookoła. Ujął je 
delikatnie w ręce, przytulił do policzków, pocałował w dziobek, 
wstał, szcpcząc do nich słowa najczulsze, wyszedł na drogę i 
energicznym ruchem wyrzucił je w górę. Szły białą smugą w 
słoneczny blask, poślizgiem piór sunęły przez niebo, okręcały się 
promieniami słońca, klaskały skrzydłami, przez moment zawisły w 
bezruchu, poderwały się do lotu wyżej, wyżej i wyżej. 
Nagle zza drzew pobliskiego cmentarza wystrzeliła w górę 
ciemna, podłużna plama. Śmignęła w dół, ostrym łukiem przecięła 
lot stada, znieruchomiała na chwilę, hakowatym zygzakiem dopadla 
gołl;bia. Biały puch rozsypał się w powietrzu, wirował puszystą mgłą, 
opadał łomotem przerażonego serca. Zakrzyczała bolcśnie cisza, 
stc;żala cicmność, rozsypał się skrwawionymi piórami słoneczny 
blask. W oczach Jerzyka zdcrzyły siC; niebo i ziemia. rozpadl się 
dzicń, narastała noc. Jastrząb unosił golębia, nicwinnego ptaka, 
ukochaną winerkę, która bialym skrzydlem wołala o pomoc, gubila 
czerwone korale krwi, szarpała się w szponach, bielą skJwawionych 
piór obraz śmierci rysowala na niebie. 
Wysoko w błękicie jak zagubiona, samotna gwiazda 
pozostał mały, drgający światłem punkt. Drugi gołąb uciekał wciąż 
w górę, biel,! skrzydei wtapial się w błękit. Coś bolesnego ścisnęło 
Jerzyka za krtań, jakby żelazną obręcz ktoś mu nagle zacisnął na 
szyi. Chłopiec bezradnie rozglądał siC; dookoła. 
Spod rozłożystej jabloni, złotym powrozem ścieżki 
przywiązanej do podwórka, pełnej cienia i migotliwych szmerów 
liści, wyszedł Dziadek Tudrej. Pod soczystymi gałęziami drzewa 
zażywał zawsze poobiedniej drzemki, racząc się piwkiem, które mu 
w banieczce "dla poratowania zdrówka" Szałamacha codziennie 
przynosił. Tudrej długo i smakowicie mlaskał przy piwie, sterczące 
wąsiska sękatymi palcami wzdłuż ust starannie układał, na końcach 


zawadiacko kręci!. Po paru cynowych "kufelkach" usypiał od razu, 
pochrapując na całe podwórze. A mimo to widział wszystko i słyszał, 
co się w tym czasie na ulicy dzialo. 
Tudrej nie był naszym prawdziwym dziadkiem. Ani moim, 
ani nikogo z chlopaków. W Drawsku ludzie go po prostu tak 
nazywali. Dziadck. Chyba dlatego, że Tudrej rozkochany był w 
Piłsudskim i za zaszczyt poczytywał sobie takie przezwisko. Wszyscy 
wiedzieli, żc Dziadck był tutaj zawsze i nikomu nawet na myśl nic 
przyszło, że Tudreja mogłoby tutaj nie być. Tudrej mieszkał obok 
nas, w niewielkim domku, który sam sobie postawi! zaraz po wojnie, 
gdy z pierwszą grupą rcpatriantów przybył zza Buga, z Równcgo. 
Od śmierci Babci Tcodozji, poczciwej staruszki, drobnej jak 
ziarcnko maku i drżąccj zawszc jak liść osiki, Tudrej jcszcze bardzicj 
do ludzi przystal, szczególni c z chlopakami się zbratał. Uslużny 
by!, pracowity, sumienny i słowny. Na ciesielcc się zna!, drewniane 
komórki piękne jak góralskic domy budowal, rzeźbionc stoly i 
krzesla robii, z młodymi murarzami, którzy przy odbudowie 
Warszawy po 200 % normy wyrabiali, zwycięstwo w zawody w 
murowaniu stawa!, kowalstwo jak nikt inny umiał, ze starego 
żelastwa w kuźni Romanka prześliczne rzeczy wykuwać potrafił. 
Ludzie zawsze micli do niego jakieś pilne sprawy i ważne intcresy, 
radzili się go, prosili () to i tamto, do czegoś go potrzebowali. A 
Tudrcj nikomu nie odmawia!. A jcśli ktoś miał konia w 
gospodarstwie i nalcżny o niego okazywał frasunek, na zawsze już 
pozyskiwal Tudrcjową przyjaźń i bezgraniczne uszanowanie. Konic 
bowiem kochał Tudrej ponad wszystko, dniował z nimi i nocował, 
poil jc i karmił, doglądał po swojemu. godzinami je wyczesywał i 
rozmawiał z nimi, nas tcż kawaleryjskiej troski "o tcgo 
najwiernicjszego przyjaciela" przyuczając. Tudrcj był legionistą 
Piłsudskiego, później pod dowództwcm samcgo pana pułkownika 
Juliana Filipowicza w Wołyi1skicj Brygadzie Kawalerii ochotniczo 
służył. Prawdziwe i nicprawdziwc historie O koniach nam 
opowiadał. Zresztą nie tylko o koniach. O historii Polski jak jakiś 
uczony rozprawiał, o Piastach i Jagiellonach stare pieśni śpicwał, 
jak pacierza tych pieśni nas uczył. Gardłowy, niski głos Tudreja 
ginąl w pomrocc dziejów, szumiał wierzbami wśród drawskich pól 


20 


21
		

/12.djvu

			i ogrodów, jabłoniami rozkwita! w naszej wyobraźni, cieniem gruszy 
do ziemi przylegał,melodią przeszłości w serca nasze płyną!. 


Za króla Kazimierza, 
To byly dobre lata. 
On nikogo nie krzywdzi!, 
A mial chlopa za brata. 


wypełniał, picśniami o Kościuszce i Bogdanowiczu, o Sobieskim i 
Piłsudskim, o Wilnie, Warszawie i Lwowie dusze nasze urzekał, 
rozpłomienione umysły polskością sycił i dumą narodowej godności 
wywyższa!, goryczą zaborczych klęsk i cierpieniem narodu 
unieszczęśliwiał, radością zwycięstw i wielką nadzieją jutra 
przyszłość naszej ojczyzny budowa!, wyśnionym szczęściem długo 
oczekiwaną wolność sławi!. Ulubioną jego pieśnią, którą czy była 
to zima czy lato, Boże Narodzenie czy Wielkanoc, często śpiewa!, 
była "kolęda", z jaką w śnieżną, styczniową noc roku pańskiego 
1863 dziadek jego na Moskali wyruszył. 
Wśród nocnej ciszy glos się rozchodzi, 
Wstańcie Polacy, MoskaJ nadchodzi. 
Czem prędzej się wybierajcie, 
Na Moskala pośpieszajcie 
Z szablą i kijem. 


Lud go kochal gorąco, 
I wysoko gu slawi!. 
Zastal Polskę drewnianą, 
Murowaną zostawil. 
A gdy o upadku Rzeczypospolitej mówił, gdy magnatów, 
szlachtę i inną" wsiom swołocz" za zdradę i zgubę ojczyzny od czci 
i wiary odsądzał, gdy nad rozbiorami Polski dusze nasze rozdzierał, 
pieśnią o królu Janie tragiczny los Polaków zapowiadał. 


Gdy król Sobieski zamknąl powieki, 
Odtąd l1ieszczęście nam grozi. 
Nasza ojczyzna przepadla na wieki 
I rok za rokiem uchodzi. 


Poszli, znaleźli Moskala w lesie, 
Moskal ze strachu portkami trzęsie. 
Ruszki, szaszki porzucali, 
Ruki w górę wytiachaJi, 
Nie strelaj bratie! 
Piosenkę tę własnymi słowami kończył, specjalnie przez 
niego na cześć wybawcy ojczyzny przerobionymi: 
Achl Wicaj Wodzu z dawna żądany. 
Sto dwadzieścia trzy lata wyglądany. 
Na ciebie wszyscy Polacy, 
Czekali, a tyś tej nocy, 
Polskę nam zbawi!. 
Tu Dziadek Tudrej o Marszałku, Naczelniku Państwa, 
Wyzwolicielu Polski i Wielkim Wodzu Narodu Polskiego, Józefie 
Piłsudskim, wykład nam robił, jego wojskowe, obywatelskie i 
kawaleryjskie zalety za wzór stawial, zasługi dla ojczyzny pod 
niebiosa wynosi!. 
Zachwyceni i urzeczeni historią jak basnią, wciągnięci 


Każdy, kto z książąt wierzyl w Moskali, 
A nasze serca tym truje. 
Wlasną ojczyznę;swoją sprzedali, 
Teraz sam zdra;ca żalu je. 
Ale najboleśniej opowiadał Tudrej o polskich powstaniach, 
o męczeńskiej krwi, którą najlepsi synowie narodu polskiego 
przelewali przez wieki, o zeslaniach na Sybir, o carskich katuszach 
i pruskich katorgach, o wielkich naszych bohatcrach narodowych, 
których śmicrć na nic się zdała, bo jednych przedwojenna Polska, 
a drugich powojenna niepamięcią zbyla, o świętej idei wolności, 
której po calym świecie szukali nasi rodacy, w imię której nieśli 
niepodległość innym narodom świata i za którą ginęli, krwi własncj 
nie szczędząc. 
Tak oto Tudrej dziejami narodowych bohaterów serca nasze 


22 


23
		

/13.djvu

			wyobraźnią w wir czasu, spragnieni czynów wielkich i przygód 
olbrzymich, gotowi w każdej chwili ojczyźnie ofiarować życie, a za 
Tudrejem w ogień skoczyć, zaczęliśmy zbierać legendy i pieśni o 
Zicmi Drawskiej, podania o Pomorzu, o ludziach, którzy tu żyli, i 
jak prawdziwi Polacy umierali. Były to nie tylko opowieści o 
rzeczach niczwykIych i sprawach codzicnnych, o różnych Smętkach, 
Borutach i Zadumal1cach, z ogromną pasją i dziecięcą żarliwością 
przez nas gromadzonc, ale i przeróżne szable, bagnety, kindżały, 
heJmy, karabiny, pistolety i inne powojenne żelastwa, których tutaj 
nie brakowało. Zapełniły się nasze marzenia ludźmi i wydarzcniami 
z minionych lat, ożyly przedmioty i krajobrazy, galopowała przez 
historię dziecięca wyobraźnia, zgieJk minionych i przyszlych bitew 
oddziałam i kawalerii cwałował wśród drawskich lasów, jezior i łąk, 
nocną kanonadą wojennego echa w snach naszych wybucha!. 
Zauważyły to szybko nasze mamy i bczpardonowo wkroczy/y w 
dzieciące zabawy przyszłych pułkowników i generałów spod 
Drawska. Babskimi wymówkami zasypaly Tudreja, zbeształy go, 
że dzieci im rozbisurmania, na niebezpieczeństwo naraża, tylko 
patrzeć, jak z tej zabawy jakieś nieszczęście wynikmc, mało to już 
chłopaków miny w Drawsku porozrywały. Naburmuszył się 
wówczas Tudrej na takie traktowanie go, nasrożył, cały dziel} 
słowem do nikogo się nie odezwał, po łąkach w zamyśleniu łazi!. 
- Ot, babskie usz	
			

/14.djvu

			która wojenne trudy na samochodach odbywała. No i tym - 
podkreślał z dumą - że kawaleryjscy artylerzyści mieli własne 
sztandary, imiona i nazwy. Dlatego w wojsku mówili o nich, że to 
nieprawdziwa artyleria, ino kawaleria, co działa za sobą ciągnie. 
Sumowawszy, w kawalerii polskiej bylo 37 pułków, znaczy się 69 
tysięcy żołnierzy, 2700 oficerów i prawie sześćdziesiąt dwa tysiące 
koni, inszej broni nie licząc - kończył Tudrej z twarzą rozpromie- 
nioną, szczęśliwą. 
Wtórował mu wiernie Kuternoga, za pomocą przeróżnych 
gestów, ruchów rąk i nóg, rzutów ciała w górę i w dół, skoków, 
podskoków i zeskoków jazdę kawalerii odtwarzając. 
A gdy ów pokaz zbyt się przedłużał, zniecierpliwiony Tudrej 
przerywał mu gniewnie i zaraz nad zasługami, historią i tradycją 
"królowej broni" i konników sią rozwodził, o barwnej i pięknej 
służhie w kawalerii opowiada!. 
- Każdy kawaleryjski pułk miał swoje kawaleryjski święto, 
z wielkiego i wiekowego szacunku dla tradycji stworzone i w 
przedwojennym wojsku polskim chwalehnie utrzymywane. Można 
bylo wtedy lepiej niż na garnizonowych ćwiczeniach kawaleryjskich 
sprawności na przemyślanych zawodach zaprezentować, defiladą 
od ułańskich barw jak łąka kolorową się zachwycić, na I2ułkowej 
zabawie pohulać. Najważniejszym dla konników był dzień Swiętego 
Huberta, wspólny dla wszystkich pułków, 13 listopada obchodzony, 
choć nigdy w wojsku jako kawaleryjskie święto oficjalnie nie 
ogloszony. Zdarzalo się i mnie kawaleryjskiej sławy w on czas 
zaznawać - Tudrej dumnie wąsa podkręcał - bom trzy razy bieg 
za lisem przed innymi pułkowymi gierojami wygrywał. 
- Tak! Tak! - przytakiwał mu Kuternoga i natychmiast 
do zaprezentowania swoich kawaleryjskich sprawności przy- 
stępowa!. 
- Kawaleria, polska kawaleria - rozmarzał się Dziadek, 
roztkliwiał. - Jazda konna, husaria, szwoleżerowie, strzelcy konni, 
ułani, toż to było królewskie wojsko, na wskroś polskie, ze 
wszystkich broni dla ojczyzny najbardziej zasłużone, pod Orszą, 
Obertynem, Byczyną, Kircholmem, pod Wiedniem, Samosicrą, 
Rokitną, pod Krojantami i pod Borujskiem losy bitew zwycięsko 


dla Polski rozstrzygające. Toż to polska kawaleria z kompanii 
kadrowej samego pana marszałka Piłsudskiego po 123 latach 
niewoli niepodległość Polsce przywracała, zahorców na zbity pysk 
z ojczyzny przepędziwszy. 
Tu Tudrej, stojąc na baczność, pieśń o pierwszej kadrowej 
odśpiewywał i picśni tej jako koszarowego hymnu nauczyć nam się 
kaza!. Od tej chwili śpiewaliśmy ją tylko w koszarach, w Tudrejowej 
stodole, i nigdzie więcej - pod groźbą wyrzucenia z koszar - 
śpiewać jej nie mogliśmy. 
Legiony to żebracza nuta. 
Legiony to ofiarny stos. 
Legiony to żolnierska buta. 
Legiony to straceńców los. 
Zapadły nam glęboko w serca te słowa, które - jak ze 
łzami w oczach twierdził Dziadck Tudrej - wolne i nie podlegle 
wraz z niepodległością i Piłsudskim do Polski w 191 R roku 
wkroczyły. 
- Wy leŻ tacy jak legioniści musicie być - nakazywal 
Tudrej - dzielni, odważni, uczciwi, w ćwiczeniach i pracy 
naj gorliwsi, w nauce pierwsi, w wyszkoleniu bojowym biegli, pewni 
siebie i swoich kolegów, uszanowanie dla dowódcy, matki swojej i 
Boga oddając, dobro ojczyzny nad własne potrzeby i korzyści 
stawiając, każdego dnia i każdej nocy, o każdej godzinie do obrony 
ojczyzny gotowi. 
Stan naszej kawaleryjskiej wiedzy i sprawności Dziadek 
osobiście sprawdzal, dokładnie i niespodziewanie. Pojawiał się 
nagle u kogoś w domu, niby przypadkowo spotykal nas na ulicy, 
nad rzeką, w kościele czy w szkole, pytaniem jak gromem rzucal, 
na takie to a takie zagadnienie bez mrugnięcia powieką odpowiadać 
kazał. A gdy nam coś nie wychodziło, gdy myliły się nam cyfry, 
nazwy ułańskich pułków i brygad, gdy nazwisk dowódców, barw i 
proporców poszczególnych oddziałów "na szóstkę" nie 
zapamiętywaliśmy, sapal urażony i gniewnie perswadował: 
- Znaczy się, wy słowa ułan nie pojęli jak trzeba i wcdlug 
niego postępować wy jeszcze nie umiecie. Tatarskie to słowo - 


26 


27
		

/15.djvu

			rycerz ono po polsku znaczy, bohater. Wy macie jak Czarniecki za 
ojczyznę się bić, jak Chodkiewicz wrogów jej gromić, jak król 
Sobieski wielkimi zwycięstwami po świecie imię jej sławić, jak książe 
Poniatowski życie za nią bez wahania poświęcić, jak sam Józef 
Piłsudski po bezdrożach Europy wolność i niepodległość jej nieść, 
twardą żołnierską ręką jej potęgę budować. 
I cukal nas za wszystko i za nic, z powodu i bez, za 
przewinienia najmniejsze, gest nieprzemyślany, za durnowatą 
odzywkę, za minę niepotrzebną, za złe i dobre - bo jeszcze lepsze 
powinno być - postępowanie, za dwójki i trójki w szkole, za 
nieukłonienie się Chłopaczarze, bo konnik zawsze na1cżny i głęboki 
szacunek kobiecie okazywać powinien. 
- Tak wyrasta się na człowieka - grzmiał, spoglądając 
ponad naszymi głowami daleko w niebo. - Tak się ułauem zostaje 
- mruczał, udając, że łez naszych nie widzi. 
Teraz też podszedł do Jerzyka, położył mu rękę na ramieniu. 
- Widział ty? - pokazał kijem na niebo. 
- Tak - Jerzyk wytarł rękawem nos. -Jażem to zrobił, 
jażem... - To przeze mnie - szlochał. 
- Przez ciebie albo nie przez ciebie. Jeden Bóg wie przez 
kogo. Taki był Jerzyku jego gołębi los - Tudrej wsadził fajkę do 
ust. - Chodź, uspokoim my lepiej gołębie. 
Złożył ręce w trąbkę, zagruchał radośnie, wesoło, Jerzyk 
odpowiedział mu gołębim głosem. Melodyjne, krótkie i długie, 
ciche i głośne, gardłowe gruchanie rozległo się na podwórku, jakby 
stado gołębi wyroiło się nagle na dachu. A1c prawdziwe ptaki 
siedziały w gołębnikach, milczaly. Tudrej zagwizdał trzykrotnie, 
powtarzał gwizdania równo, jednostajnic, uspokajająco. 
Zapytujące, nieśmiale pogruchiwanie rozległo się w gołębniku. 
Jerzyk przyniósł parę gołębi, przytulił je mocno do picrsi i twarzy, 
głaskał pieszczotliwie po skrzydłach. Drżały, kręcąc bojażliwie 
łebkami, serca łomotały im jak małe kowadełka. Uspokajały się 
powoli, poweselaly. Chłopiec otworzył dłonie, zakwitły w powietrzu 
skrzydiarni, zaklaskały ciszą, zatrzepotały promieniami słońca, 
barwą kolorów przelcciały nad podwórzem, usiadły mu na 
ramieniu. Kilka innych ptaków sfrunęło na ziemię, obsiadło 


Tudreja, lokując się na jego głowie, ramiona
h, pl.ecach 
 rękach. 
Gruby Bartek przymierzał się do wylądowama na J
go. fajce. 
- Widzisz ty - Dziadek podsunął pod sleblc dębowy, 
sękaty kij służący mu jako laska. - Gołębie już spokojne, !akby 
nic się nie stało. Takic jest nasze życie. Jcrzyku.. Był 
ołąb,. n
c ma 
gołębia. Był człowiek, nie będzic człowieka, 
oz
 dZls, mOZc Jutro, 
kto tam wie, kiedy śmierć po kogoś z nas prZYJdzie. Przyroda sama 
ustala, kto ma żyć, a kto umierać. . 
- Wy to zawsze na wszystko znajdziecie wytłumaczcme 
- żachnął się Jerzyk. 
Dziadek Tudrej urwał liść jabloni, skruszyl go w ręku, 
roztarł na drobniutkie kruszynki, wyprostował dloń i zdmuchnął 
żdźbła prosto w twarz Jerzyka. ..' . 
- Młodyś ty jeszcze, wiatr tobie w oczy me WIaI, to I mc.zego 
ty dotąd nic pojął. Jastrząb by swoje i tak upolował, me gołębia, 
o 
co innego. Toż to jcgo jastrzębie prawo, .ty by ty
ko o tym 
I
 
wiedział, wyrzutów sumienia by ty nie rulał. Powiedz ty lepieJ, 
cukanie jeden - Tudrej zmienił nagle temat rozmowy - skąd li 
ciebie te drcwniane figurkI, co ty je wszędzie po komórkach chowasz 
- dopytywał się przymilnie, mrużąc oczy i p
dkręc
jąc wąsa. 
Jerzyk poczerwieniał, twarz mu Się wyciągnęła, oczy 
pojaśnialy. Od paru tygodni, w tajemni.cy przcd kołe?a.ml, ukryty 
w naddrawskich szuwarach, niby to łapiąc ryby - rzezbił. Zaczęło 
się to nagle, od lekcji języka polskiego, 
iedy pani Kowalska 
przyprowadzila do klasy rzeźbiarza, prawdziwego artystę, ona go 
nazwała ludowym. Starszy, siwy pan, z pomarszczoną twa
zą I 
wielkimi jak dwa bochny chlcba rękami, pokazywał im dr
w
lan
 
figurki żolnicrzy, rzeźby zwicrząt i świętych. Wydały mu Się JakIes 
nieksztaltne nie dokończone, zastygłe w nienaturałnym ruchu, ale 
coś w nim 
ak poruszyly, powywracały w srodku, nierównym 
oddcchem rozsadzały piersi, jakby mu ktoś węgielek do serca 
wrzucił i powietrza do pluc napompował. To hył
 coś ta
icgo,. a 
może jeszcze gorętszego, jak wtedy na łące, g
y mespodz'ewa
le 
spotkał Chłopaczarę, i ni z tego ni z owego, Jakby wbrew sobie, 
powiedział, żc ją lubi. . 
- Jażem, no wie Dziadek, jażem... - piątal Się Jerzyk. 


28 


29
		

/17.djvu

			- Czekaj Korduplu, jeszcze mnie popamiętasz! 
Przezwisko to bardzo go bolalo i drażniło. 
- Ja nie jestem żaden Kordupel - kłócił się z nami. - 
Ja... Ja jestem Gawrosz - dodawał ze łzami w oczach. 
- Z ciebie taki Gawrosz jak z ofermy partyzant - docinali 
mu chłopcy. - W portki ze strachu byś narżnął, jakbyś Szkopa 
przed sobą zobaczy!. 
- Nie zdążyłbym - odcinał się malec - wcześniej bym 
uciek!. 
Byl bardzo odważny, za tego Kordupla bil się prawie ze 
wszystkimi chlopakami, dając niejednemu niezłą nauczkę, jak 
walczyć o swoje. Był też niezwykle przcbiegły i na swój sposób 
cwany. Wiedzial prawie wszystko o chłopakach i dziewczynach z 
naszego miasta, chłonąc w siebie plotki jak mech wodę. Parę razy 
daliśmy mu trochę chałwy i czekolady, czym wydawało się, - 
"kupiliśmy" go sobie, przeznaczając mu rolę szpiega w gromadzie 
Chłopaczary. Wywiązywał się z niej solidnie i gorliwiej niż 
przypuszczaliśmy, informując nas niemalżc o każdym jej kroku i 
powiedzcniu. Zresztą malec pracowal na dwie strony, nie szczędząc 
i Chłopaczarze informacji o nas, znosząc przy tym pokornie docinki 
i przygadywania oraz szturchańce i obelgi, których mu nie 
żałowaliśmy. Używał przy tym sobie na nas, ilc tylko chciał, 
wymyślając rozmaite przezwiska, jakimi my Chłopaczarę, a 
Chłopaczara nas, nigdy byśmy się nie obdarzyli. 
Chłopaczara przymrużyła nicbieskie oczy, patrzyła drwiąco 
na Jerzyka, źrenice jej rozszerzały się i zwężały w uśmiechu, jaśniały 
w słonecznym błasku. Nie wytrzymal jej wzroku, ucickł z oczami w 
bok. 
- Widział Dziadek? - Chłopaczara stanęła tyłem do 
Jerzyka. 
- Toż ja nie ślepy - mrukną' Tudrej, udając, że nie widzi 
miny Jerzyka. - Coby ja mial nie widzicć. Właśnie rozmawialim 
my o tym z Jcrzykiem. po to ty tylko przyjechała dziecino, coby mi 
to powiedzieć? 
- A czyjego gołębia złapał jastrząb? - przekornie 
dopytywała się Kaśka - bo jak Jerzyka, to na pewno to nie był 


gołąb Jerzyka, on przccież kradnie gołębie Witkowi. 
Turoej nadstawił lewe ucho, lepiej nim słyszal, dłonią zwinął 
je w trąbkę skierowaną na Kaśkę. 
- Kłamiesz, jakbyś się z chłopakami bawiła - 
Chłopaczara uśmiechnęła się łobuzersko, aż błysnęły jej zęby i oczy. 
- Jerzyk wcale nie kradnie gołębi Witkowi, on je po prostu mu 
lapie. 
- ] sadza na indyczych jajach, żeby mu się kaczuszki 
wysiedziały - dodała Kaśka, niewinnie przewracając oczami. 
- Zamilcz córko kułaka! - Chłopaczara przełożyła obręcz 
przez ramię, wślizgiwała się w nią i wyślizgiwała jak wąż, tańcząc 
przed Jerzykiem "hula hop". - Jeżeli gołąb przyleci sam lub 
przyprowadzi sobie obcego gołębia, to można go złapać. Każdy 
gołębiarz tak robi. To nie jest kradzież, prawda Dziadku? Jerzyk 
tak mówi. 
- No nic. Źle ty powiedziała dziecino - Tudrej ciągle 
trzymał rękę przy uchu. - Kradzież to kradzież. Co mówi 
przyslowie...- glos jego zniknął w dźwiękach żalobnego marsza. 
Hałaśliwy wybuch orkiestry wybiegł zza domu. 
- O rety! - wrzasnęła Chłopaczara. - Pogrzeb 
traktorzystów. 
Wyskoczyla z obręczy, pchnęla ją przcd siebie, w biegu 
przyłożyła do niej długi, jesionowy patyk, z rozkrzyczaną gromadą 
zniknęła za domem. Zakurzylo się tylko za nimi. Przez chwilę 
słychać było jeszcze pomieszane z taktami muzyki szuranie patyków 
o metal, podskakiwanie kół na kamieniach, tupot bosych nóg o 
ziemię. 
- Na co ty czekasz. Leć ty za nimi - mruknął Turdej. - 
Nie. Czekaj no ty. Nie widział gdzie ty Andrzeja? 
- Nie - zawołał Jerzyk i popędził za Chłopaczarą. 
Tudrej podreptał na cmentarz. Przcz ląkę było bardzo 
blisko. Staną' przy grobie żony, ludziom się z daleka przygląda!. 
Traktorzystów z pegeeru dzisiaj chowali, dwóch chlopaków w jedncj 
mogile mieli zakopać, bohaterami pracy socjalistyczncj ich 
okrzyknięto, od trzech dni baby po chałupach tyłko o tym 
plotkowały. Po osiemnaście lat smarkacze mieli, jeszcze się w życiu 


32 


33
		

/18.djvu

			nie napracowali, niczego wielkiego nie zrobili, a już taki pogrzeb 
im urządzają. Najwięksi kawalerzyści za jego czasów takiego nie 
mieli. Gtupio obaj zginęli, po pijanemu na zabawę do dziewuch 
jechali, spadli ze skarpy, ze sto metrów po łące się katulali, 
pogniotło ich tak i polamało, że i zbicrać nie było kogo. 
Na cmentarzu gromadziło się coraz więcej ludzi. 
Nadchodziłi z różnych stron, pojawiali sią niespodziewanie, jakby 
z grobów powstali, z konduktem żałobnym tłumnie przyszli. 
Stłoczyłi się przy otwartych trumnach, ustawionych na drągach nad 
grobem, pokaslywali, chrząkali, tr4cali sią łokciami, przesuwali, coś 
do siebie szeptem mówili. Ludzi było dużo, jeszcze nigdy tyle 
narodu na żaden pogrzeb w Drawsku nie przyszło. Bo i pochówck 
był niezwyczajny, świecki, Panu Bogu ubliżający. Był to pogrzeb 
bcz księdza, heretycki, bezbożny, diabelski, pogrzeb z orkiestrą 
strażacką, co aż znad morza przyjechała z trąbami wielkimi jak 
balic, z bębnami jak otwarte parniki, z trąbkami i piszczałkami. 
Był to pogrzeb bez krzyża, bez mszy świętcj, bez bożej modlitwy, z 
żolnierzami w galowych mundurach, z mlodzieńcami w czerwonych 
krawatach, z panienkami w bialych bluzkach i podkasanych 
spódnicach, z dyrektorami w czarnych jak noc garniturach i czort 
jeden mógł wiedzieć tylko, z kim jeszcze i bez kogo pogrzeb ten się 
odbywa!. 
Tudrej zdjąl rogatywkę, znakiem krzyża świętego ludzi 
przeżegnal, wieczne odpoczywanie za żonę odmówi!. Sześć lat w 
maju minęlo, jak biedaczka umarła, żadne doktory nie pomogli, 
niczego nie zaradzili, życia jej nie uratowałi, gdzie im tam ze 
śmiercią się mierzyć, Panu Bogu sprzeciwiać. Na tym cmentarzu 
kazała się biedaczka pochować. "Tutaj teraz jest Polska - 
powiedziała - zicmia nasza ojczysta, matka odwieczna. Stąd kiedyś 
praojców moich Niemcy wypędziłi, groby pradziadów naszych z 
ziemią zrównali. Niech grób mój będzie ich grobem, a proch mój z 
ich prochem się zlączy". Jemu też nakazala, aby sobie mogilę przy 
niej wykopal, na zawsze w tcj ziemi spocząl. 
Gdzie ona teraz jest, może z aniolami gdzicś w niebie siedzi, 
z góry na niego patrzy, za nicgo sil( modli. Dobra byla, zaradna, 
troskliwa. Czym ona, kruszynka niewielka, w życiu nagrzeszyć 


mogła? Do kościola chodzila, Panu Bogu codzienną modlitwą cześć 
oddawala, dzień święty święcila, komunię przenajświętszą CO 
niedzielę brala, sakramenty święte przed śmiercią przyjęla, jedynie 
CO Niemcom się sprzeciwiala, polskości w sobie stłumić nie 
pozwoliwszy. A że czasem ostra byla, gębę na nicgo rozdarIa, o 
byle co się pokłóciła, do roboty zapędzała, to takie jej babskie 
prawo, żoną jego była, dokuczać mężowi mogla, jaka baba dla 
swego chłopa jędzą czasami nie jest. Toż on też z byle powodu jak 
pies na nią warczał, przed chlopami nieraz Kozaka strugał, swoje 
lekceważenie dla niej mial. Z własną babą czasami człowiekowi 
jest może i źle, ale bez baby zawsze źle, zawsze niedobrze. 
Okrutnie on to teraz na sobie doświadcza, sam jeden się 
ostał, dzieci nie ma, syna i córkę wojna mu zabrała, wnuków się 
nie doczekał. Gdyby nie Kuternoga i te chłopaki, którzy - jak on 
- kawalerię nad życie kochają, nic by mu na świecie nie pozostalo, 
komu byłby potrzebny. Toż to i lepiej, że babcia Teodorka takiego 
losu nie doczekała, że zła wokół i sprzcniewierzenia nie widzi. 
Czerwony antychryst jeszcze ze świata nie zszedł, dalej zgorszenie 
robi. dobro na zło przemienia, słowa przeinacza, ludzi przeciw sobie 
napuszcza, brat brata podejrzewa, człowiek na człowieka rękę 
podnosi, Polak na Polaka warczy. Nie o takich czasach ojciec mu 
pieśni wieczorami śpiewal, nie o takiej przyszlości obaj marzyli. 
Bo niby tak się stało, jak oni w partyzanckim lesie mówili. Polska, 
ojczyzna ich przenajświętsza, jest, z ruin i zgliszcz powstała, niby 
wolna i niepodlegIa, ale przecież od Ruskich znowu niewolniczo 
zależna, Ruskim podporządkowana. Czy o taką Polskę się bili, za 
taką ojczyznę krew przez dlugie lata przelewali. Jaka Polska jest 
dzisiaj? Przecież to za malo! Dzisiaj ludzie chcą żyć swobodnie, 
szczęśliwie, normalnie pracować, dla siebie i clla Polski truciu nie 
szczędzić, niebem i ziemią się cieszyć, własną wolnością upajać, 
kochać się i po ludzku umierać. 
Po co więc dalej antychryst po świecie chodzi, wolne narody 
ujarzmia, ludzi jak ulęgaIki z domu do wi(fzień wybiera, nikogo nie 
uszanuje, porządnym spokoju nie daje, nieporządnych do stołu 
zaprasza, ludzkiej i bożej sprawiedliwości nie przestrzega! Dlaczego 
nikt go w złem nie powstrzyma, dobrego nie nauczy, mądrością 


34 


35
		

/19.djvu

			historii nie uszlachetni, jak Piłslldski przeciw niemu nie "Ystąpi, 
Polsce prawdziwej wolności nie wróci. 
Czego "oni" nauczą w szkolach chlopców takich jak Jerzyk 
i Andrzej, co zrobią z ich pokoleniem, kogo im w ojczyźnie za wzór 
postawią i kogo naśladować będą kazali? 
Co zrobią ci chłopcy, gdy wszystko już sami zrozumieją, do 
bólu wlasnej duszy poznają, goryczy życia spróbuj,), falsz od prawdy 
odróżnią? 
A może właśnie oni ten świat odmienią, prawdę o Polsce 
wolnym narodom przywrócą. Może znOWll za lat sto dwadzieścia 
trzy, a może -- jak Bóg da - to i wcześniej, już za lat trzydzieści 
albo czterdzieści, gdzieś w roku osiemdziesiątym albo 
osiemdziesiątym dziewiątym z ich pokolenia n0"Y Pilsudski 
powstanie, Polskę Polsce przywróci, prawdziwą wolnością ją 
obdarzy, a zniewolona ojczyzna nasza znowunicpodległą swobodą 
wśrÓd narodów świata zakwitnie i demokratycznie odmieniona dla 
innych państw wzorem obywalelskich powinności i trosk 
serdecznych się stanie. On na pewno lat tych już nie dożyje, ale jak 
to przyjemnie będzie nawet z pozazicmskich wysokości wspólnie z 
Teodorką taką Polskę oglądać. 
Wiatr chłodzącym podmuchem szedł przez cmentarz, 
szmerem liści dlugie cienie wzdłuż cmentarnych alei rozstawiał. 
Strzeliste tuje równym szpalerem biegly do cmentarnego parkanu, 
staly wyrozumialc nad niemym szeregiem grobów. Milczały 
kamienne tablice, najczęściej porośnięte mchcm, już nieczytelne, 
tylko lu i ówdzie zaslawione ś'wieżymi kwiatami, wyrzucały ze swego 
wnętrza źylve nicgdyś nazwiska i imiona ludzi, którzy tutaj 
poczęli. 
Drewniane krzyże bo!e
njc przechyl al y się do ziemi, skrzypiały 
wiosko"Ym echem, martw);Il1'grobom przydawały smutku, 
odsłaniając bliznę ziemi -- ślad po człowicku. 
- Gdzieś daleko, poza cmentarzem, psy cierpko rozrywaly 
ciszę, wyly dlugo i przeraźliwie. 
Tudrcj pOprawił kwiaty na grobie babci, polne kwiaty, lakie 
same jak za życia jej dawał, na h)kach i polach zbierane, barwami 
slońca i lyCZY strojne, zapachem ziemi i nieba upajające, powiewem 
zbóż rozkolysane, perlistą rosą srebrzone. Jcmu też niewiele już 


36 


chyba życia zostało, mecUugo przyjdzic i jemu z tego świata się 
zabierać, chociaż kto wie, kogo Pan Bóg pierwszego do siebie 
powoła. Toż on swoje jllŻ zrobił, złej pamięci po sobie nie zostawił 
wśród ludzi, któregoś dnia jamę dla niego "Ykopią, obok Teodorki 
go złożą, piaskiem trumnę zasypią, grób łopatami uklepią. Cały 
pochówek już Turdej obmyślił, w testamencie ostatnim rozkazem 
zapisał. W ułallskim mundurze mają go chować, kawaleryjski 
wyprawić mu pogrzeb, ostatni pogrzeb kawaleryjski w Polsce. 
Smętne dźwięki orkiestry zacichały powoli. Cisza, "Ype.l- 
niona świergotem ptaków, żałobnym echem szła przez cmentarz, 
dławiła zapachem rozkopanej ziemi, przerażała milczącym 
szeregiem grobów, biegnących wzdłuż cmentarnych alei. Ktoś za- 
czął przemawiać. Głos ginął w poszumie drzew, mieszał się z po- 
kaslywaniem hldzi, szuraniem nóg, szeptami modlących się bab. 
Tudrej nadstawiłllcho, zwinął go w trąbkę. 
... byliście chlubą naszego pegeeru, klasą robotniczą 
zielonych pól, bohaterami socjalistycznej ziemi zdobywanej przez 
nasze traktory, pionierami nO"Ych gwinatIi pszenicy... 
Wiatr zagłuszał słowa, zwiewał je na łąki, wpłątywał w 
krzaki. Ładni mi bohaterzy - mruknął Tudrej. Rozpoznał głos 
Walukowej. Wszędzie pełno było tej baby, aktywistką się zrobiła, 
nie wiadomo kiedy i gdzie, podobno z Zamojszczyzny tutaj 
przyjechała, Niemcy jej całą rodzinę "Ymordowali. Jak tworzyli 
pcgeer, to ona z kartoflami wielkimi jak bochny chleba po całym 
Drawsku latala. Takie na pegeerowskich polach rosnąć będą - 
mówiła. Chłopi jej uwierzyli, ładna byla, zgrabna, rozmowna, 
niejednemu chłopu w głowie poprzewracała. Z Tudrejem też kiedyś 
zadarła. Trzy razy "Tak" czerwoną farbą na nowej komórce mu 
"Ymalowała, litery olbrzymie jak wół z daleka już bylo widać. 
Strasznie ją wtedy Tudrcj sklął,jobami jak miodem babę obłożyl, z 
ziemią przekleństwami zrównal, żadnej kobiecie w życiu tałe nie 
naubliżał: A jałe to się ona odszczekiwała, szlag go wtedy trafił, 
własnej komórki omal ze złości nie rozwalił, babsztyla nie pobi!. 
Jeszcze tego samego dnia na milicję go capnęłi. "Co to, obywatelu 
Tudrej, władza ludowa wam się nie podoba?" - całą noc pytałi, 
coś między sobą radzili, herbatę siorbali, gdzieś wchodzili i 


37
		

/20.djvu

			wychodzili. Długo musi al im po swojemu tłumaczyć, ale nie 
zrozumieli go wcale. Aż im polsko-rusko-łacińską wiązankę 
pu.
cił, po chłopsku sklął, po robociarsku wyzywal, pięścią w stół 
rąbnął, koszulę na piersiach rozerwał, wojenne i partyzanckie rany 
pokaza!. On, znaczy się Jan Tudrej z Drawska, wrześniowy ulan, 
partyzant z Lasów Janowskich, on nie jest przcciwko władzy 
ludowej, znaczy się polskiej władzy, jeno przeciw Walukowej, co 
mu bez powodu farbą komórkę pomazała, nowiutkie deski 
zapaskudziła, niechby to sobie na trumnie napisała, byle gdzie, tylko 
nie na jego komórce. Ależ oni się śmiali, jakby szamotania pępka 
dostali, jeden od drugiego głośniej rechotał, a najbardziej ten gruby, 
najważniejszy z nich, jak on się śmiał, to i oni się śmiałi, jak on 
marszczył brwi, to i oni marszczyli się jak skóra na ogicrze, jak on 
wstawał, to i oni wstawali. Papierosem go w końcu, Tudreja, 
poczęstowali, herbatkę pod nos postawili, do domu jak 
przedwojennego dziedzica albo generala dekawką odwieźli. 
Z Walukową też się wszystko uładzilo. Sama o zgodę 
zabiegala, a jak to się mi1ila do niego, "panie Tudrej to, panie Tudrej 
tamto". Baby jej nie lubiły, pannowała sobie, na chalupki i ploteczki 
do nich nie latała, miastowe życie wiodła, do Kołobrzegu bez 
przerwy jeździła, w Szczecinie ktoś ją nawet z jakimś facetem 
widywal. za co ją kobiety jeszcze bardziej na języki wzięly, od czci 
i wiary odsądziły. Jaka ona była naprawdę, Tudrej się nie 
zastanawia!. Kuternoga kiedyś mu opowiadał, jak to w gospodzie 
wyrżnęła Walukowa w mordę jakiegoś Faceta za to, że jej głupie 
propozycje robił, chojraka strugał, gieroja udawa!. Trzasnęła go w 
łeb, aż mu czapka pod ladę spadła, a gdy się po nią nachylił i coś 
pod nosem bormotal, chwyciła go za kark, jak piórko uniosła w 
górę, kopniaka takiego mu dala, że kilka metrów na czworaka 
między stolikami lecia!. 
Ilum stojący wokół mogiły zafalowal, zakolysal się, pomruk 
przerażenia przebiegł wśród łudzi, zagłuszył słowa Walukowcj. 
- Pali się, Boże drogi! Pali się! - wrzasnął ktoś 
histerycznie, odrywając sil( od stłoczonej gromady. 
- Stoduły się pałą! 
- Domy nasze się palą! 


38 


- Ratujcie, ludzie kochane, ratujcie! 
Walukowa natężyla głos, weszla na kupę piachu wybranego 
z grobu, odetchnęła głęboko, krzyknęła: 
- Żegnamy was, przodowników... 
Nikt jej nie słucha!. 
Ogromny słup dymu szalal nad stodołami, czarnymi 
tumanami bił w górę, rozwlekal się siną mglą, wielkie, czerwonc 
jęzory ugnia omiatały plomieniami niebo, lizały gałęzie drzew, 
syczały jak rozpełzłe węże. Ludzie rozbiegli się, rozproszyli, 
przeskakiwali przez groby, popychali się i poszturchiwali. Tylko 
panowie w czarnych garniturach stali nieporuszeni. 
- Ludzie! Co robicie?! Wracajcie! Ludzie! 
Parę kobiet padło na kolana, wzniosło ręce do góry. 
- Boże święty! Nie karz nas za grzechy nasze! 
- Wybacz nam Jezu! 
_ Panienko Przenajświętsza módl się za nami! 
Pluly na grób, na otwarte trumny. Stara Jamrozowa 
wymachiwala pięścią nad głową, Szeremeta znak krzyża dookola 
siebie na wszystkie strony świata czyniła. 
_ Ażeby was święta ziemia nie przyjęła, żeby sam antychryst 
w piekle was smażył - wołała. 
Ziemia aż trzęsła się od bezładnej bieganiny. Walukowa 
schodzila z pryzmy ziemi. Ktoś przebiegi obok, potrącilją. Ledwie 
utrzymała równowagę, zaparła się nogami w piach. Ziemia osunęła 
się nagłc, z loskotem sypała sil( w dół. Walukowa nic zdążyła ucicc, 
z lawiną piachu staczala się do grobu. Chwyciła się rozpaczliwie za 
brzcg najbliższej trumny. Wisiała na rl(kach, podciągając się do 
góry, nogami wymacywała dno. Brzegi glębokiego wykopu nie 
utrzymaly jcj ciężaru. Trumny przechylily się gwałtownic, wraz z 
nicboszczykami iWalukową polecialy w dól, z głuchym łoskotem 
runęły na nich zwały oderwanej zicmi. 
- Hej Walukowa! Jesteś tam - zawołał grabarz, 
nachylając się nad mogiłą. 
Zaklęla strasznie, wygrzebała się spod ziemi, zrzucając z 
siebie nieboszczyków. 
_ Wieczny odpoczynek racz im dać Panie - 


39
		

/21.djvu

			3. 


kąt się zaszylem, mialem tam swoją kryjówkę, deskę tylko w ścianie 
za malinami się odsuwalo. Wszystko st
)d można bylo zohaczyć, 
dom, drogę, podwórko, pola i ląki jak na dloni oglądać, nawet na 
niebo stąd można bylo patrzeć, gwiazdy nocami obserwować. Teraz 
też się tutaj schowałem, pod studnią tylko glowę obmylem, balem 
się, że on mnie dogoni, zamorduje. 
Chcialem podbiec do ludzi biegnących do pożaru, odnaleźć 
Dziadka Tudreja, ale nic moglem, glowa uciekala mi w tyl, spadaJa 
w dól, ciążyla jak kamień, wykrzywiala drogę, odwracala dom 
dachem do ziemi, wybuchala hukiem i trzaskiem plomieni, ból 
kurczyi się i rozszerzal, oczy piekly, jakby ktoś wsadzil mi w nie 
dwie ogromne cebule, wlosy przesuwaly się po skórze tam i z po- 
wrotem. Przytulilem twarz do drewnianej ściany, byla szorstka, 
surowa, nieheblowana. Chwila ulgi, znowu świdrujący ból, krzyk 
wewnętrzny, bolesny, spięty. Szum świerków przed domem, 
pieszczotliwy, senny. Otwieram oczy, patrzę na pożar. Tam przecicZ 
jest Aza. Już tam nie dojdę, nie dolecę, nie pomogę nikomu. 
Wszędzie plomienie, plomienie, plomienie. Coś ciepłego opada 
mi na kolana, wtula się we mnie, szorstki, wilgotny język liże mi 
twarz. Zapach sierści i lap. Aza, kochana Aza, znowu jest ze mną, 
podnosi wielki pysk, patrzy mi w oczy, lasi się do nóg. Przytulam 
się do niej. Jak dobrze, bezpiecznie, cieplutko. 
- Nic się nie stalo dobry, kochany piesku? 
Aza wstaje, pyskiem dotyka mej twarzy. Widzę przed sobą 
jej potężny leb, niedbale przewieszony język. Otrząsa się nagle, 
jakby wylazla z wody, z boku ma opaloną sierść, obraca się dookola, 
obwąchuje ogon, liże poparzony bok, kladzie leb na moich 
kolanach. Obejmuję ją mocno za szyję, przytulam glowę do jej 
potl(żnego karku, gladzę po grzbiecie. Mokry nos wędruje do moich 
oczu, zatrzymuje się na policzkach, zsuwa na usta i brodę. Pysk 
Azy, twarz Azy, cisza i ból, i to cieplo bijące z jej sierści pachnącej 
nocą i snem. 
Otworzyłem oczy, leżalem na swoim lóżku przykryty 
pierzyną pod brodę, mama stala nade mm) z herhatą i lekarstwami. 
Wyglądala jak jasny aniol unoszący się pod niebieskim sklepieniem 
kościola. Oczy miala zaplakane, twarz zatroskaną, zmęczoną. 


przekrzykiwaly się baby, wznosząc ręce do góry. 
- Jesteś tam Walukowa? - powtórzyl niepewnie grabarz. 
Podala mu rękę, wyskoczyla na powierzchnię, trzęsąc się, 
otrzepywala sukienkę. 
.. Orkiestra znowu zaczęla grać. Część ludzi, upewniwszy się, 
ze Ich domostwom nie zagraża niebezpieczeństwo, gromadzila się 
ponownie wokół mogily. 
Grabarz rozglądal sil( dookola. 
- Może ktoś pomoże mi wlożyć nieboszczyków do trumny 
- pokazal na grób. 
Nikt się nie ruszyJ. Panowie w czarnych garniturach i 
chlopcy w czerwonych krawatach patrzyli w tlum. 
Ktoś podszedl do grobu. 
- Pomogę panu - powiedzial, zaglądając w dół. 
. Grabarz spojrzal na niego przerażony. Bojaźliwie rozejrzal 
Się po cmentarzu. W oddali, za ogrodzeniem cmentarza, 
wrzeszczący smog ludzi z wiadrami i bosakami sunąl przez łąki i 
pola. 
- Jak to? - wystękał. - Kim pan jest? 
- Nieważne - mruknął nieznajomy. - Jestem lekarzem 
u?zielalcn
 im pomocy zaraz po wypadku, jak pan widzi 
meskuteezme. Oni nie mają nikogo z bliskich i krewnych. Rodziny 
tych chlopców zginęly na wojnie. Kończmy już tl( komedię. lm i 
tak jest już wszystko jedno. 


Dzwony kościola uderzaly szeroko, przeraźliwie. Przez ich 
dźwięk
 przez przelatujące niebem plomienie przebijal się 
narastający od strony miasta jęk strażackiego samochodu. Ludzie 
biegli zewsząd z wiadrami, widłami, drągami i bosakami. Przez 
przydomowe ogródki i podwórka jak nieksztaltna, krzykliwa 
chmara owadów, rozszerzając się i wydlużając, biegla na przdaj 
gromada ludzi, tratując wszystko po drodze. 
Schowalem się do komórki, za stare rupiecie jak szczur w 


40 


4]
		

/22.djvu

			Dziadek Tudrej przycupnął na brzegu łóżka, patrzył przed siebie, 
niby w okno spoglądał, wąsy nicpewnie gryzł, posapywał nierówno. 
Przez zasłonięte okno przebijały się promienie słońca, 
trzepotały wśród kwiatów pelargonii, smugami cienia biegly przez 
pokój, padaly na moje łóżko, świeciły mi w twarz. Chciałem się 
zerwać na równe nogi, pokazać, że jestem zdrów jak tur, że nic mi 
się nie stało, ale mama położyła mi rękę na glowie, oczy i twarz jej 
pojaśniały, rozbłysły. 
- Obudziłeś się synku - powiedziała cicho. - Nic ci się 
nie stało? Dobrze się czujesz? - pytała troskliwie, trzymając dłoń 
na moim czole. 
Nagle krzyknęła. 
- O Boże! Jaką ty masz gorącą głowę. Panie Tudrej, on 
ma gorączkę - biegała po pokoju z termometrem w ręku. - Niech 
pan leci szybko po doktora Wysockiego. Nie, nic - zawołala - 
sama pójdę. 
- Toż po co się tak denerwować - uspokajał ją Tudrej. - 
Chłopcu nic nie jest, obudził siy przecież, może trochy po tym 
spaniu gorąco go wzięło, ale trzyma się krzepko i rad by jU.l do 
chłopaków wyskoczył - próbował nawet żartować. 
Mama pobiegła do łóżka, nasunęła mi pierzynę na brodę, 
ręką musnęła po czole. 
- O Jezu! Coś ty Andrzejku narobił! Coś ty narobi!! - 
lamentowała, założyła chustkę na głowę, zniknęła w drzwiach. 
Tudrej nic poruszył się, milczał. Słychać było jego 
niespokojne, nierówne sapanie. Nie byl zły, raczej smutny, moją 
chorobą zaniepokojony. Zjego twarzy to można było wyczytać, w 
jego oczach zobaczyć. Gdyby byłu inaczej, zbeształby mnie i złajał, 
od maminsynków i niedorajdów nawymyślał, glupim cymbałem 
nazwał, parę razy lagą by się już na mnie zamachnął, aby mi rozumu, 
choćby troszeczkę, z tylka do glowy napędzić. A teraz siedział przy 
mnie zupełnie inny niż zawsze, niepewny siebie, zamyślony. 
- Kto mnie przyniósł do domu? - zapytałem. 
- Kto? Toż ja - mruknął Tudrej. - W komórce ja ciebie 
znalazł, Aza mnie tam zaciągnęła. Wyglądał ty jak z krzyża zdjęty, 
jakby ty z samym diablem się bił. Gdzieś ty się tak, cukanie jeden, 


42 


sponiewierał? Nieźle tobie skóry na głowie jaki tam łobuz 
wymaglował - udawał wesolego. 
Milczałem zawstydzony. 
- Mówże ty. cukanie jeden, co się stało. Pewnie bił się ty z 
jakimś tam łobuzem albo jabłka w jabłoniowym sadzie podbierał, 
że o czymś gorszym ja nie wspomnę. 
Opowiedziałem, co się wydarzylo w stodole. Słuchał blady, 
wąsy nerwowo przegryzał, lagy z ręki do ręki przekładał, do fajki 
tytoniu dosypywał, starannie w cybuchu ugniatał. 
- No to miał ty szczęście, cukanie jeden, mial. Toż ja to 
zawsze mówił, że Aza to mądry pies. Uratowała ona ciebie, no, 
no! Mizernie ty wyglądał, mizerniutko. Matka zemdlała, jak ciebie 
takiego kiepskiego zobaczyła. Nie wiedział ja kogo ratować. J ak ja 
ją ocucił, znaczy się mamę twoją, poleciała zaraz po doktora 
Wysockiego. Nawet ty siy nie zbudził, jak pan doktor ciebie 
badawszy. Dzięki Bogu, że wszystko się dobrze skończyło. 
- Ale Dziadek o tym mamie nie powie, prawda Dziadku 
- poprosiłem błagalnie. 
- A niby o czym mam ja mamie twojej nie gadać? 
- No o tym, tam, w studole. 
Tudrej milczał, okręcal lewego wąsa na palcu. Zawsze tak 
robił, gdy nad czymś się zastanawiał. Mógl tak siedzieć i godzinami 
kręcić te swoje wąsiska, lewego i prawego na przemian. A potem 
wstać, nie powiedzieć nic, pójść do ogrodu, do gołębi, na pola i 
łąki, wrócić wieczorem dopiero. Babcia Tudrejowa stale się z nim 
o to klóciła, na całą ulicę gderała, że to niby mruk stary, durnowaty 
filozof, żadnego pomyślunku nic mający, co to niczego doradzić 
nic potrafi, a jak już gębę otworzy, to na krok ze swego nie ustąpi, 
na swoim postawi, swoje zrobi. 
- Nie powie Dziadek, prawda? - dopytywałem się. 
- A niby dlaczego mam ja o tym mamie nie gadać. Razem 
jej o tym powiemy. Mamy my swoje tajemnice Andrzeju, juści że 
ważne, koszarowe, nikomu o nich nie gadawszy. Toż to nasza 
kwalcryjska sprawa. Ale o tym powiedzieć nam trzeba nie tylko 
mamie, ale i milicji. 
- Milicji? 


43
		

/23.djvu

			- Tak, milicji. 
- Ja im tego nie powiem, oni mego tatę zabrali. 
- Tato twój wróci, Andrzeju. Zobaczysz ty - powiedział 
serdccznie Dziadek. - Pan major Rylski wszystko wyjaśni i twego 
ojca wypuszczą z więzienia. A ten czlowiek w stodole to jakiś 
mordcrca. Kto go ma jak nie milicja złapać. Sprawa twojego taty 
to co innego. Musisz ty się, cukanie jeden, nauczyć ziarno od plew 
odróżniać, chociaż one na jednym kłosie wyrastają. 
- Ja na milicję nie pójdę - broniłem się z oczami pcl- 
nymi łez. 
- Ot, uparł ty się jak baba. A to niby dlaczego? Toż ja 
tobie już wszystko wytłumaczyi. 
- Wie Dziadek - nie umiałem przed Tudrejem kłamać 
- no :wie Dziadek - plątałem się - kumple nazwą mnie 
skarżypytą, mogą wyrzucić z koszar, wałować w szkole. 
Tudrej zaśmiał się, aż mu się fajka w gębie zatrzęsła. 
- W koszarach ze mnie dowódca i o losie żołnierzy ja 
decydujący. Wiary "i zaufania u ciebie dla dowódcy nie ma. Ten 
punkt regulaminu koszarowego musisz ty szybko do stosowania 
wprowadzić - mówił poważnie. - My o tym jcszcze pogadamy. 
A kumplom swoim będziesz ty mógł sam wszystko powiedzieć. Toż 
oni od wczoraj jak na sraczke tutaj latają i pewnikiem pod drzwiami 
i oknami jak koty przed myszowatymi dziurami sępią. 
Wyszedł na korytarz, krzyknął w zamknięte drzwi sieni. 
Niemal w tej samej chwili rozległy się klapnięcia bosych nóg o 
posadzkę, szuranie stóp po cemencie i grupa chłopaków stanęła 
nieśmiało w drzwiach. Ziutek, Witek, Mirek, Jerzyk i Danek. Jerzyk 
położy! przcde mną na łóżku woreczek czereśni, Ziutek wytrząsa! 
zza pazuchy papierówki. 
- To dla ciebie - uśmiecbnął się. - Od nas. 
- Tak. Tak - przytakiwali jeden przez drugiego. 
Tudrej długo wpatrywał się w cbłopców. 
- Ot i dobrze, że wy tu przyszli, drapichrusty omszałe. A po 
ile wy dzisiaj czereśnie i jabłka płacili. Idę ja jutro na rynek i ja by 
nie chciał, coby mnie jaka tam przekupa oszukała. 
Chłopaki spojrzeli po sobie, milczeli, wpatrując się w 


44 


podłogę. . 
- No co, języka wy w gębie zapomnieli? - dopytywał su: 
Tudrej - Nie wiecie wy, ile dzisiaj baby na rargu za czereśnie bior
l. 
Kłopotliwe chrząkanie przy drzwiach, poszturchiwania 
łokciami, przepychanka na środku pokoju. . 
- To ja już powiem - wyrwał się Danek. - Mysmy, no 
tego... myśmy... to narwali w jabłoniowym sadzie - dokończył 
szybko. . 
- A złodziejaszki parszywe - zawołał TudrCJ - 
pegeerowski sad z państwowych owoców wy okradli, chorego 
człowieka w to jeszcze wciągawszy. 
- Przecież sam Dziadek mówił, że to był kułaczy sad, a w 
dodatku i poniemiecki. A jak tak, to można, no nie! Wszyscy tak 
robią. 
Tudrej uniósł lagę do góry. '. . 
- Jak ja tobie w łeb palnę, to zobaczysz ty, czy Ja tak mowil 
czy nie. Rozumu będzie taki jeden mnie uczył, ':0 ja ąada
,. a czego 
ja nie gadał, przypominał. Toż to pegeerowski sad I 
m Jednego 
jabłka z niego urwać wy nie mogli. Poniali wy to czy me? 
- Tak. Tak - zgodnym chórem zawołali chłopcy. 
- AJe... - wyrwał znowu się Danek. 
- Co ale? - huknął Tudrej. 
- No bo tego sadu teraz nikt nic pilnuje - Danek schował 
się aż za Witka. - Każdy może narwać tam jabł
k, i.le tylko chce. 
To przecież nie kradzież. Ksiądz nawet na spowiedzI za to pokuty 
nie daje. . . 
- Przestań ty mnie, cukanie jeden, pyskowac, kSiędza ':' 
to mieszawszy. Toż ja ciebie pod sąd koszarowy oddam, wykonat
l
 
wyroku Kuternodze rozkazawszy. On ciebie mor
s
 dla wła.s
oscI 
pegeerowskiej nauczy. Dzisiaj ja was us?r
wiedhwI.am, bosCl
 t
 
dla chorego człowieka zrobili. Kradzlez waszą Ja w pamięcI 
zanotowuję, a karę ja wam w koszarach wyznaczę. . 
Chłopcy odetchnęli wesoło, z zadowoleniem poszturchując 
się łokciami. Tudrej udał, że tego nie widzi. 
- A póki co - powiedział - czereśnie i jabłka wy 
Walukowej oddacie, wytłumaczywszy przyczynę waszego 


45
		

/24.djvu

			postępowania. 
I zwrócił się do mnie. 
- Mów! - rozkazał. - Co ty przeżył i kto ciebie z 
nieszczęścia wybawił. 
Słuchali urzeczeni, zaiskrzyly się oczy blaskiem chłopięcej 
wyobraźni, rozwichrzyły czupryny dalekimi pogoniami i ucicczkami. 
Zawsze marzyli o czymś niczwykłym, niecodziennym. 
- Tobie to fajnie! - westchnął Ziutek. 
- Ty to masz szczęście! - zawołał Witek. 
- Chciałbym mieć takie przygody jak ty! - zachwycał się 
Mirek. 
- I ja też! I ja! I ja! - przekrzykiwali się podnieceni. 
Glaskali Azę, poszturchiwali ją pieszczotliwie, klepali z uznaniem 
po potężnym karku, wznosili pochwalne okrzyki na jej cześć. 
- Musicie wy teraz, ułani moi, uważać na siebie! 
 Tudrej 
przybrał postawę, jakby rozkaz wydawał. - Nie wolno, coby wy 
chodzili samopas, jeden drugiego musi pilnować. Od dzisiaj 
przekształcam ja was w samodzielny oddział zwiadowców. O 
wszystkim macie mnie meldować, a ja dalej informacje będę 
podawał. 
- A komu? - wyrwał się Danck. 
Dziadek skarcił go surowym spojrzeniem. 
- Toż ja tobie już tylc razy w kółko Macieja powtarzał, że 
zwiadowca malo mówi, jeszcze mniej pyta, do wszystkiego sam 
dochodzi, na wszystko niby nic chcący patrzy, w swojej mózgownicy 
zanotowuje - stuknął Danka palcem w czoło. - Na kolegach 
polega, o nazwiska swoich nic pyta. 
- Tak. Tak - potakiwaliśmy, kiwając glowami. 
- Są jeszcze jakieś pytania? - Tudrej zmarszczył brwi. 
Czolo przecie,;la mu glęboka jak polna bruzda zmarszczka. Byl to 
znak, że nie życzy sobie zadawania glupich pytań, robienia jeszcze 
głupszych żartów i udzielania zupełnie niemądrych odpowiedzi. 
Drzwi domu otworzyly się nagle, wbiegła mama, już w 
korytarzu wolala: 
- Tutaj panie doktorze, tutaj on leży. 
Tudrej machnął ręką na chlopaków. Czmychnęli, jakby ich 


46 


tutaj nie było. 
Doktor Wysocki badał mnie długo i starannie, osłuchiwal 
i opukiwał, przewracał na plecy i brzuch, zaglądał do ust, kazał mi 
pokazywać je,;zyk, na brodę go wywalać, ściskał za uszy, rozszerzał 
i zamykał mi oczy, obmacywał piersi i boki, stukał leciutko w glowę, 
jakimś młoteczkiem uderzał w kolana, łaskotal w pięty, po 
kręgosłupie jak po tance palcami przeciągal, pytał, czy nie 
wymiotowałem, czy mnie boli tu, kłuje tam, szczypie gdzie indziej. 
Wreszcie skończył badania. Odetchnąłem z ulgą. 
- Ja tutaj nic groźnego nic widzę - powiedział po chwili, 
chowając przybory do teczki. - Chłopcu nic nie jest. Trochę 
posiniaczony, to fakt, musiał się z kimś porządnie okładać. Wydaje 
mi się, że przeżył silny szok, który może mieć poważniejsze skutki 
od urazów fizycznych. 
Mama opuściła niesioną do pokoju herbatę. 
- Jak to, jak? - wyszeptała. 
- Proszę się nie denerwować, chłopcu potrzebny jest 
spokój, towarzystwo dobrych kolegów, jakaś interesująca książka. 
Naprawdę nie ma powodu do obaw, wszystko jest w porządku, 
proszę mi wierzyć. 
Siadł przy stole, pisał coś zamaszyście na malutkich karte- 
czkach. 
- Proszę, to jest zwolnienie dla chłopca ze szkoły, a to 
recepta z lekarstwami. 
Leżałem cicho jak trusia, strach już minął, nic mi się nie 
stalo, niczego nie złamałem, nerek nie odbiłem, guz z glowy zniknie, 
sińce wyblakną, za pare,; dni śladu po nich nie będzie. Będę mógl 
brykać jak przedtem, z dachów i drzew na ziemie,; skakać, po 
krzakach łazić, jak źrebak po łąkach i polach sią gzić. "Gzisz się 
jak źrebak" - tak właśnie mówiła mama i zaraz do .jedzenia 
człowieka zapędzała, zupe,; "taką jak łubisz" pod nos podtykała, 
fuszer szybciutko odsmażala, jajeczko prościutko od kury na 
miękko już gotowala. Najlepiej bylo nie mówić, że nie chcę, zjem 
później, czy coś takiego, bo zaraz zrzędzila, nie wiadomo, jakie 
winy ezlowiekowi przypisywala. "Jak ci się tak śpieszy - gderała 
- to leć do Jamrozowej po mleko, wody przynieś, drzewa narąb, 


47
		

/25.djvu

			króliki nakarm, lekcje odrób, do czytania się zabierz" i różne takie 
dyrdymały na poczekaniu wymyślała. 
Marna poczęstowała doktora herbatą. Wymawiał się 
brakiem czasu (był samotnym człowiekiem, nie miał rodziny), ale 
przy stole usiadł. Dziadek Tudrej wyciągnąl zza pazuchy piersiówkę, 
postawił ją przed Wysockim. Marna przyniosła jajecznicę, chleb, 
cieniutko pokrojoną sloninę, wędzony boczek, parę czerwonych 
rzodkiewek. Ustawiła na stole kieliszki. 
- Mogę odgrzać jeszcze zupę jarzynową, Izucić na wodę 
gałki z kiełbików. 
- A gdzie tam! A na co - wołał Tudrej, zacierając ręce. 
- My tak po setuńce i już nas nie ma. Toż niech pani przyniesie 
sobie kieliszek i napije się z nami. 
Nie słuchałem, o czym rozmawiali. Czytałem "Syna pulku", 
pani Kowalska poleciła mi tę książkę. "Musisz koniecznie 
przeczytać, to piękna powieść" - powiedziała. Ależ ten Wania 
był! Waniuszka jaki, bohater prawdziwy, takiego kumpla mieć, z 
takim po świecie się tułać, tak się ojczyżnie przysłużyć. 
Tudrej i Wysocki rozmawiali coraz głośniej. Mimo woli 
zacząłem słuchać. Mówili o wojnie, o partyzantce, o Bierucie i o 
Stalinie, o jakichś wspólnych znajomych i sprawach. Doktor 
uśmiechal się smutno, kiwał z wyrozumieniem głową, Dziadek 
mówił dużo i głośno, ze swadą, zawzięcie. 
- Toż ja to zawsze panu doktorowi gadał, że dobrze pan 
zrobił na tych ziemiach zostawszy. Takich ludzi jak pan doktor, to 
oni powinni ze świecą po całym świecie szukać i jeszcze prosić, 
żeby pan został. 
- Chcę tylko leczyć łudzi - powiedział twardo Wysocki. 
- Całe życie to robiłem, dlatego po powstaniu zostałem w 
Warszawie, nie uciekłem z kraju, tylko przyjechałem tutaj do 
Drawska. Wierzyłem, że oto spełniają się marzenia Polaków o 
prawdziwej, wolnej ojczyźnie, jednakowo sprawiedliwej i 
praworządnej dla wszystkich. Zawierzyłem towarzyszowi 
Wiesławowi. Ziemie odzyskane, wlasny kraj, który trzeba było 
leczyć z bolesnych ran, z win przeklętych, z niespełnionych nadziei, 
z fałszywych prawd, z zakłamanych obietnic. A dzisiaj - maehnąl 


ręką - co z tego zostało? - Zapytał chyba tylko siebie, bo nie 
czekając na odpowiedż dodał: 
- Czy pan widział tych ludzi, których odnajdywałem 
zasypanych w gruzach i piwnicach Warszawy, pokaleczonych, 
umierających z głodu i wycieńczenia. Wszyscy oni jednakowo 
cierpieli za Polskę. Któż by ich wtedy ratował, gdyby wszyscy lekarze 
opuścili Warszawę. Czy oni mieli na ranach wypisane, kim byli albo 
jakie tajemnice zabierali ze sobą do grobów, jakie marzenia i 
nadzieje grzebali w ruinach zburzonej Warszawy? 
Zapanowała cisza. Nikt się nie odezwa!. Za oknem 
krzykliwie i gromadnie świergotały wróble. 
- Najboleśniejsze jest to - kontynuował swoje wynurzenia 
Wysocki - że "oni" dzisiaj nie wierzą, że ja nic należałem do żadnej 
organizacji zbrojnej czy partii politycznej i wciąż pytają mnie o 
sprawy i ludzi, których nigdy nie znałem i nie znam. Podobno w 
czasie powstania udzielałem komuś pomocy. Mogło i tak być. Ale 
ja nawet nie pamiętam twarzy tych ludzi, nie wiem, kim byli, do 
jakich należeli oddziałów, słowa nieraz z nimi nie zamieniłem, byli 
najczęściej nieprzytomni, zszokowani, majaczyli w gorączce i bólu. 
Nie wiem nawet, kto z nich ocalał, ilu zmarło. Jako lekarz 
spełniałem swój obowiązek... A "oni" teraz... 
Dziadek zamaszyście przysunął krzesło do stołu, pochylił 
się nad doktorem Wysockim. 
- Znam ja ten ból, panie doktorze. Toż "oni" pana za 
wroga klasowego mają, znaczy się za przeciwmka - inteligenta 
wladzę ludową nie popierającego. Wystarczy, coby czlowieka do 
więzienia wsadzić. 
- Jezus Maria - szepnęla mama. - O czym wy mówicie. 
Jeszcze nas wszystkich zaaresztują. 
Tudrej machnqł lekceważąco ręką. Mówił dalej: 
- Toż my jeszcze wojennych ran bliznamI nie zagoili, a już 
nowe sami sobie jak faryzeusze zadajem, polskiej soli na ropiejące 
strupy sypawszy. 
- Może i ma pan rację, panie Janie - odezwał się smutno 
Wysocki. - Są rany stare i nowe, które przez lata będziemy leczyć. 
I nie ma co udawać, że ich nie ma. Nie można narodowi, tak jak i 


48 


49
		

/26.djvu

			człowiekowi, wmówić choroby, wymienić serca, zoperować dusz«, 
poodcinać żyły. Dlaczego dzielimy nasze rany na dobre i złe, 
broczące błękitną czy czelwoml klWią, a nie uważamy je za rany 
otrzymane od wroga w obroni c ojczyzny? Kiedy nauczymy się żyć 
z tymi ranami, tak jak żyć musi człowiek z najbardziej szpetną, ale 
chwalebną blizną na twarzy? A ranić to my się umiemy, ale leczyć 
- dokończyl po chwili. 
Książka wypadła mi z rąk, zsun«ła się na podłogę. 
Zobaczylem ojca, jak mu tam rozdrapują rany, partyzanckie rany 
spod Chełma, Wojsławic, Dubienki. 
- Co tobie? - zelwała si« mama. 
- Nic - skłamałem, podnosząc książk«. 
Doktor Wysocki wstał, wziął kapelusz, obracal go w rękach. 
- Ależ co mu moglo się stać - przyjrzał mi się uważnie. 
- Nic. Zdrzemnął się chłopak i tyle. To dowód, że na mnie już 
czas. A ty kawalerze - żegnał się z mamą, całując ją w ręk« - 
przyjdź do mnie do szpitala gdzieś za tydzień. Muszę jeszcze raz 
ciebie zbadać. Mama powinna mieć pewność, że jesteś zupełnie 
zdrowy. 
Tudrej dreptał obok doktora Wysockiego, odprowadzając 
go do furtki. Patrzylem na Dziadka z podziwem. Rozmawiał z 
doktorem jak równy z równym, jakby sam był doktorem albo kimś 
jeszcze ważniejszym. Chciałem mu to powiedzieć, ale Tudrej f1Jknąl 
na mnie rozeźlony i zły, dzieciakiem mnie nazwał, od chorych 
maminsynków nawymyślal, zbeształ nic.miłosiernie, jakby już wcale 
nie troszczył się o moje zdrowie i jakbym ja już zupelnie, ale to 
zupclnie wyzdrowiał. 


4. 


Minęło kilka dni od pożaru stodół i pogrzebu traktorzystów, 
a ja wciąż chorowalem, zresztą nie wiem, czy bylem chory, mama 
po prostu nie kazała mi nigdzie z domu wychodzić. W tym czasic 
dużo myślałem o ojcu. Zabrali go parę miesięcy temu, w niedzielę. 
Przyjechali w nocy milicyjnym gazikiem, załomotali w drzwi, zakuli 


50 


tatę w kajdany, wepchnęli do samochodu. Wychodząc z domu, tato 
objął mnie obręczą zakutych rąk, przycisnąl do siebie, mocno i 
długo całował. 
- Trzymaj się dziełnie - powiedział wesoło. 
- Nie puszczę ciebie! - mama zastąpiła mu drogę. 
Ojciec zacisnąl zęby, przełknął śliny, usta mu się wydlużyly, 
grdyka skoczyła pod brodę. 
- Nie płacz - odsunął mamę łagodnie. - To jakaś 
pomyłka. Jutro, pojutrze wrócę. 
Nie wrócił. Mama przepłakała całą niedzielę, jedną, drugą, 
dziesiątą, nerwowo chodziła po domu, nie mogla jeść i spać, schudła 
i zmizerniała. Coraz częściej gdzieś wyjeżdżała z koszami pełnymi 
jaj, kurczaków, rąbanki, któr	
			

/27.djvu

			by już dawno skazali, ale pan major Rylski, co ślcdztwo w tej sprawie 
niedawno przejął, doszukał się tam innych krętactw i 
nieprawidłowości i dopiero po zbadaniu wszystkiego mają, kto 
winny, a kto nie ustalić. 
-Tato jest niewinny - powtórzyłem z uporem. 
Tudrej uśmiechnął się. 
- Masz rację, cukanie jeden. Toż coby to faktem się stało, 
nam tyJko czekać nałeży. - głos miał ciepły, serdeczny. - Słowa 
już tutaj nie starczają, od słów do prawdy i czystego sumienia droga 
daleka i kręta. 
- Ale ty nas uczyłeś Dziadku, że prawda zawsze zwycięża. 
Tudrej długo ciągnął dym z fajki, cmokał, zasysał powietrze. 
- Uczył ja was tego, powiadasz - kijem wygrzebywał z 
popiołu ziemniaki. - Jak ja was uczył, tak i będzic. Ty tego 
doczekasz - podsunął mi kilka dymiących bulw. - Ale nie o tym 
ja chciał dzisiaj z tobą pogadać. 
- A o czym? - zapytałem. 
- Zgadnij ty. Zobaczym my, czy ty dobry pomyślunek 


masz. 


- O ułanach - wypaliłem. 
- Nie. 
- O koszarach. 
- Też nie, toż ja bym prawo koszarowe złamał, jakby z 
tobą na osobności o tym gadał. 
Zgadywałem dalej, za każdym razem nietrafnie. 
- A widzisz ty, cukanie jedcn, ja tobie kazał zgadywać, bo 
myślał ja, coby ty choć trochę o mamie swojej pomyślał. Nie umiesz 
ty jeszcze na łudzi patrzeć Andrzeju. A nie zastanawiał ty się nad 
tym, że mamie jest ciężko i że to musi być bardzo dzielna kobieta. 
Zrobiło mi się gorąco, jakby ktoś wsadził mnic do wrzącej 
wody i ugotował na czerwono. Nigdy o mamie tak nie myślałem. 
Do mamy można było przyjść, przytulić się, poprosić ją o coś, 
pokazać skaleczenie, na ból się poskarżyć, na jedzenie nawybrzy- 
dzać, czasami się z nią posprzeczać, pod nosem jej coś odburknąć, 
z kolegami na nią ponarzekać, że taka niedobra, niczego nie 
rozumie, nad wszystkim się trzęsie, wszystkiego się boi. Ale żeby o 


52 


, 


mamie tak myśłeć, nad nią się zastanawiać. Mama to mama i już. 
Czarnym przygnybieniem, holesną raną jabłoniowego sadu, 
niemym krzykiem nadjeziornej ciszywróciła do mnie ta noc, ciemna 
noc, z której tato jeszcze nic przyszedł. Zobaczyłem mamy chodzącą 
po pokoju, błagającą Boga o pomoc, biegającą po Drawsku. 
Przypomniałem sobie dni i nocc, kiedy zostaliśmy sami. 
- Przecież ja mamie pomagam - bąknąłem nicpcwnic. 
- Toż ja nie mówię, że ty nie pomagasz, jeno że psocisz ty 
jakby u cicbie w domu nic się nie stało. Prawdziwy konnik tak by 
nie robil. - Tudrej obserwował mnie z boku uważnie, troskliwie. 
- Chodź - powiedział - połapiem my z łódki. 
Krasnopiórki pod trzciną chodzą - podsunął mi wędk y , sprawdził 
umocowanie haczyka. 
Nie poruszyłem się, nie słyszałem, co clo mnie mówił, o 
mamie tylko myślałem, nad jej życicm się zastan awiałem. 
- Słyszysz ty, ryby nie będą czekać - mruknął Tudrej i 
podreptał do łódki. nie oglądając się na mnie. 
Po tcj rozmowie zmieniłem się bardw. Pomagałem mamie 
tak gorliwie, że aż musiała mnie nieraz powstrzymywać w moim 
zapale. Narąbałem drzewa "na zapas", jakiego jeszcze w domu nie 
było, naniosłem węgla, zrobiłem z Jerzykiem porządek w komórce, 
naprawiłem płot, którego tato nie zdążył zreperować. Bez gadania 
biegałem po zakupy, chodziłem do Jamroza po mleko, nie 
pisnąwszy słowa zmywałem podłogę w kuchni, z wlasnej inicjatywy 
wycierałem kurze na meblach, podłewałem kwiaty, wynosiłem 
śmieci, sprzątałem podwórzc, a nawet robiłem mamic takie 
niespodzianki jak mycie naczyń, zakup chleba za pieniądze 
zarobione ze sprzedaży hutelek, zaparzanie sobie herbaty czy 
odrabianie lekcji zaraz po przyjściu ze szkoły. Tudrcj udawał, że 
niczego nic widzi, a mama nadziwić się nic mogła, jakie to ze mnie 
porządnc dZIecko się nagle zrobiło i wydoroślało nad miarę. 
Pochwały były jednak chyba za wczesne. Już w parę dni 
później wyskoczyła awantura z kaczkami Prażmowskiej. Przez 
Chłopaczarę. Ona mnie podpuściła, nabijała się ze mnie, cwaniary 
rżnęła. Naprawiałcm kuszę w komórce za ogródkiem, cięciwę jak 
trzeba naciągnąłem, pręt od poniemieckiej grabiarki dobrze przy 


53
		

/28.djvu

			lufie umocowałem, dopasowałem strzały do spustu, świecą , 
wysmarowałem prowadnicę. Wtedy właśnie przyłazła Chłopaczara, 
gadała i przygadywała nie wiadomo co. nie słuchałem jej, robiłem 
swoje. 
- Zjeżdżaj stąd! - warknąłem i przypadkowo rąbnąłem 
si« młotkiem w palca. 
Parskn«ła śmiechem, aż wróble zerwały się z dachu, 
wymądrzała się jak kwoka na jajkach. 
- To nie żadna kusza - szydziła. - Ona wie najlepiej, 
jak prawdziwa kusza wygląda. Z tego barachła nawet strzelać nie 
można, z dwóch metrów ślepego byka bym z tego na pewno nie 
trafił. 
No to pokazałem jej, jak się strzela. Na sąsiednim 
podwórku, w starej balii pod studnią, z 50 metrów ode mnie, 
chlapały się kaczki Prażmowskiej. Dwa kaczory od razu dwoma 
strzałami położyłem, nawet nie zakwękały, nóżkami tylko w 
powietrzu grzebn«ly i już brzuchami do góry leżą. 
- Udało ci się - syczała Chłopczara i oczy na mnie jak 
na nieboszczyka wytrzeszczyła. 
Rąbnąłem więc trzecią kaczk« i bylbym z te] wściekłości 
na Chłopaczarę wszystkie wystrzelał, ałe wyskoczyła z domu stara 
Prażmowska i na całą ulicę gębę rozdarła. Chłopaczara zza komórki 
biła mi brawo i pokazywała na czwartą kaczkę. Dałem nogę bez 
żadnego namysłu, ścigany piekielnym wrzaskiem pani 
Prażmowskiej i głośnymi brawami Chlopaczary. 
Tego dnia mama do domu wróciła wieczorem. Niczego w 
sprawie ojcu znowu nic załatwiła. Praimowska czekała już na nią, 
jak burza do kuchni wpadła, od razu si« na mnie rozdarła. Mama z 
pi«ć razy ją przepraszała, łagodziła i udobruchiwała, aż krew się 
wc mnie burzyła, w końcu zapłaciła jej za kaczki, ostatnie pieniądze 
oddała, musieliśmy od Tudreja pożyczać "na życie". 
- Kaczki niech pani odda, zapłacone - warknąłem, gdy 
Prażmowska, sztywna jak kołek, wychodziła już od nas. 
W babę jakby piorun uderzył albo sam diabeł w nią wstąpił. 
Rozwrzeszczała się jak wrora slodoły. 
- Kto tego bandziora wychował - wykrzykiwała. - 


54 


Bikiniarz jaki, chuligan zawszony, cudzych kaczek mu się zachciewa. 
Ja ci dam kaczki, gówniarzu jeden! Do poprawczaka szczeniaku! 
Niedługo jak twój tatuś w więzieniu skończysz! 
Mama wściekłym wzrokiem spojrzała na mnie, myślalem, 
że mnie nim do podłogi przygwoździ. Spokojnie, przytłumionym 
głosem, poprosiła Praimowską, aby się uspokoiła i wyszła z naszego 
domu. Stara zawściekła się jednak, wyzywała nie tylko mnie, alc 
całą naszą rodzinę, od dziesiątego pokolenia poczynając, od 
złodziei, szubrawców, sabotażystów, chrystusowych faryzeuszy i Bóg 
jeden wie, jak jeszcze. Mama otworzyła drzwi od korytarza. 
- Niech pani wyjdzie - powiedziała z naciskiem, twarz 
jej zwęziła się. Gryzła nerwowo wargi, odczekała jeszcze chwileczkę, 
chwyciła Prażmowską za kark, wypchnęła na dwór. Trzasnęła 
drzwiami, podbiegła do mnie i uderzyła mnie w twarz, jeden jedyny 
raz w życiu uderzyła mnie w twarz. Usiadła w kuchni na taborecie, 
zakryła oczy rękami, rozpłakała się. Był to głęboki, bezsilny płacz, 
łzy płynęły jej po policzkach, padały na stół. Przypomniałem sobie 
Tudrejowe słowa, podszedlem do mamy. 
- Mamo, ja już więcej nie będę, naprawdę mamusiu - 
skamlałem, tuląc się do jej mokrej twarzy, falujących piersi, 
drżących rąk. 
- Ja już dłużej nie mogę syneczku - obj«ła mnie mocno, 
przygarnęła do siebie, calowała policzki, oczy, nos. - No, już 
dobrze Andrzeju - westchnęła cicho, z głębi siebie, poprawiła mi 
włosy na czole, głaskała po twarzy. 
Usnąłem w jej ramionach, na jej kolanach, wsłuchując się 
w jej serce, które bilo gdzieś na wysokości mojej głowy. 
Kolejna wpadka wydarzyla się już nazajutrz. Tym razem 
przez konfitury. Robiła je mama Ziutka, chowala w oddzielnej 
spiżarce, do której klucz nosiła zawsze przy sobie. Byly przepyszne. 
Czasami udawało się Ziutkowi i mnie coś niecoś z tych smakołyków 
podwędzić. Uciekaliśmy wtedy nad Drawę, opychając się nimi jak 
trzmiele miodem. Tego dnia mama Ziutka śpieszyła się bardzo do 
kościoła i zostawiła klucz do spiżarni na kredensie w kuchni. Po 
chwili byliśmy już w piwnicy. Najlepsze konfitury stały wysoko na 
półkach. Stanąlem Ziutkowi na plecy, sięgnąłem po słoik. Nic 


55
		

/29.djvu

			mogłem dostać. 
- Zcjdź i stań tutaj - szepnął Ziutck, przesuwając na 
półce parę słoików. - Potrzymam ciebie - rozprostował się, aż 
trzasnęły mu kości. 
Wyciągnąłem się jak struna, ale upatrzonego słoika nie 
mogłem dosięgnąć. Próbowałcm parokrotnie. Nagłe półka, na 
której stałem, ulWała się, łomot, brzęk słoików i butelek, trzask 
łamanego drewna zadudniły po ścianach, ławina kompotów i 
dżemów runęła w dół. Rozlała się bańka śmietany. Takiej 
marmolady z powidłami, sokami i śmietaną to ja w życiu jeszcze 
nie widziałem! Rozpacz i strach. Uciekać? I tak trzeha będzie się 
przyznać. A wtedy ojciec Ziutka chyba nas zabije. 
Wybawienie przyszło nagle i niespodziewanic. Na 
schodkach przed wejściem do piwnicy, drzemał, wygrzewając się 
w słońcu, kot Prażmowskiej, kocur olbrzymi jak byk, leniwy jak 
wół i spasiony jak świnia. Złapałem go, wymazałem całego w 
śmietanie, utytłałem w konfiturach i wypuściłcm przez małutkie 
okienko w spiżarni, specjalnie tłukąc w nim szybę. Ułubieniec pani 
Prażmowskicj hył tak obojętny na swój los i leniwy, że nie uciekł 
nawet daleko. Położył się z powrotcm na schodkach, cierpliwie 
zlizując z sicbie śmietanę i konfitury. Tak zastała go mama Ziutka. 
Ale nas przy tym nie było. Do późnego wieczora łowiliśmy ryby 
nad Drawą i w wodach ruchomego stawu. Nie oglądaliśmy więc 
awantury z pyskówką, gwałtowną jak wioscnna burza, z jaką mama 
Ziutka po wyładowaniu pierwszej furii na kocie ruszyła na 
Prażmowską. 
Wieczorem, gdy z torhami pełnymi ryb cichutko przemy- 
kaliśmy koło Tudrejowego domu, Dziadek wyrósł nagle przed nami, 
rozkaszlał się głośno, odchrząknął niedbale i zamruczał pod wąsem: 
- Mocarny to musiał być kot, coby w spiżarni półkę 
obelWać, taldego spustoszenia narobiwszy. 
A gdy dalej udawaliśmy, że go nie widzimy i nie słyszymy, 
huknął potężnie: 
- Strzełec Chudas i strzelec Cymbergaj! Baczność! 
Obchodził nas wkoło ze cztery razy, w oczy zaglądał, 
wzrokiem jak świdrem w twarz groźnie się wwierca/. 


56 



 


Milczeliśmy, wpatrując się w ziemię. 
- No rak - pokazał na mnie. - Narwiesz ry wiśni i innych 
OWOC?w tyłe; coby z nich mama Ziutka konfitury zrobiła. A ty - 
prZYCisnął ZIUtka Jagą do płotu - w łesie jagód i małin nazbierasz 
coby wam. 
a zimę .z
pasów starczyło. Trzy litry śmietany pospoł
 
wy odkupIcie, tudzlez dziewięć dużych słoików i pięć półlitrowych 
b.u
ełck, pi
lWej jak trzeha półld w piwnicy naprawiwszy. Przepro- 
sIcie wy tez mamę Ziutka i panią Prażmowską, a z ojcem Ziutka, 
coby wam z
 
ocno skóry nie wygarbował, ja sam pogadawszy. 
Był Juz za furtką, zawrócił jednak, znowu stanął przed nami. 
. - Za
omniał ja by - wyjął z kieszeni stary, skórzany 
pugilares, odhczył banknoty. - Toż u was pieniędzy nic ma. Na 
dwa dni ja wam po szesnaście złotych zborguje na dwa i pół procenta 
za każdy dzień, coby wy mogli, to co ja wam nakazał, w terminie 
zalmpić. Od pojutrza dziesięć procent lichwy za jeden dzień zwłoki 
wy mnie płacić będziecie, a w każdą niedzielę na mszy świętej w 
mojej obecności sumę mi się za procenty należącą za dusze 
grzeszników na kościół wpłacać my będziem. 
Odwrócił się, szedł wolniutko ścieżką usypaną żwirem, z 
progu domu zawołał: 
. - No to czołem waszmościom. ł uważajcie wy, coby ksiądz 
za duzo bcz potrzeby na was nie zarobi/. 


5. 


., . B
ło .sobotn.ie popołudnie, zbliżał się czas koszarowej 
Z
lor
l, a Ja ciągle lezałem w łóżku, mama nie pozwalała mi wstać, 
mgdZle z domu wychodzić, trzęsła się nade mną jak zając nad 
kuropatwą. "Musisz dobrze wyzdrowieć" - bez przerwy 
powt

zała. Książek mi różnych naznosiła, z matematyki, fizyki, z 
c
eml1, sam zresztą nie wiem z czego, przez cały okres bym tego 
me przeczytał, do końca roku jednej dziesiątej tego bym się nie 
nauczy!. 
Patrzyłem przez okno. Może drzemałem, może nie. 
Ogromny, szeroki świat roztaczał się przede mną. Cisza, zieleń i 


57
		

/30.djvu

			biel, b!ękit nieba wysoko, mg!a cicha i miękka jak sen, !ąki i pola 
tulą się do ziemi, cieniem kolorów okrywają trawy, w stokrotkach 
i mleczach usypiają echo, pluskiem fal do brzegów Drawy 
podchodzą. Pod oknem koniki polne pi!ują płot, las biegnie za 
horyzont tabunem zielonych drzew, wiatr chmurami po niebie 
turkoce, promieniami zachodzącego słońca jak batem wywija. 
Na podwórku koguty kałuże kurników odganiają. Aza przy 
budzie chłepce resztki dnia, kaczki spod studni wybierają przed- 
wczorajsze gwiazdy, czajki nad !ąką rozwlekają ciszę. Zmierzch za- 
pada. Słońce jak piłka po dachach się toczy, roztrąca wierzchołki 
drzew, śpiewem ptaków trzepoce w czeremchach i bzach, kolorami 
czerwieni w jab!onowym sadzie gra, po srebrnej linii Drawy za 
horyzont odchodzi. 
Zielono pachną łąki, pola śpiewają zapachem zbóż, 
przywo!ują ciszę imionami niebieskiego czasu, kwiatami nucą pieśń 
bieli i światła. J ab!oniowy sad pod okno moje podchodzi, z dyniami 
w ogrodzie w piłkę gra, ze s!onecznikami za s!ońcem goni, jak 
dmuchawiec w niebo marzeniami ulata. 
Krowy ogonami zawracają drogę, wymionami ugniatają 
łąkę, żują ciszę pełną rozbieganych traw, mleko cedzą przez mgłę, 
grzechoty żabich gam po !ąkach echem skaczą. Rzeka drzemie za 
zakrętem lasu, brzegami rozparła się w ziemi, trzciny w popłochu 
uciekają z wody, szmerem przybrzeżnego piasku noc z dnia 
wyp!ukują. 
Go!ębie klaszczą skrzyd!ami snu, rozrzucając po podwórzu 
białe pióra marzeń, bociany klekocą dachami stodó!, konie zwijają 
ulice kołami drabiniastych wozów, potrząsają grzywami wierzb. 
Czas się dzieciństwem wype!nia!, wyz!aca! s!ońcem, 
wysrebrza! księżycem, olbrzymia! gwiazdami. Cisza nieba i cisza 
ziemi. Błękitne chabry nocy. Wo!anie księżyca i gwiazd. Pożar świtu 
i czarne dymy ciemności. Baśniowy sen otwiera! się się we mnie 
nocą, upiększa! świtem, powraca! u!ańską legendą, wo!a! mnie 
pieśnią pomorskich wzgórz, opowiada! baśnią czerwcowego dnia, 
przechodził na drugą stronę historii jak na dru!,": brzeg Drawy, 
otwiera! przede mną podwórko jak ogromną księgę Tudrejowych 
opowieści, pe!ną zgie!ku historycznych bitew, wojennej musztry i 


5H 


, 


ćwiczebnego potu, dziecięcych marze11 i patriotycznych uniesień, 
goryczy koleżeńskich szturchańców i wielkich przyjacielskich 
poświęceń. 
Skrzypnę!y drzwi do pokoju. Mama sta!a nade mną z 
herhatą w ręku. 
- Co ci jest? - przyjrza!a mi się uważnie. - Napij się 
gorącej herbaty i zjedz kanapkę. IdC; na pole, może zdążę przed 
nocą opielić kapustc;. Uważaj na siebie Andrzejku! 
Na!oży!a starą sukienkc;, kromkę chleba ze smalcem 
w!oży!a do koszyka, zaskrzypia!y jej kroki na drewnianej pod!odze, 
między drzewami zamigota!a kolorowa chusta. Mama powoli 
wtopi!a się w ścieżkę wśród !ozin i traw. 
_ Idziesz? - Jerzyk rozp!aszczy! nos o szybę, na migi 
pokazywa!, abym otworzy! okno. - W koszarach zbiórka już się 
zaczę!a. 
Zawaha!em siC;, przecież mamie obieca!em. że będę 
pos!uszny i grzeczny. Chcia!em powiedzieć Jerzykowi, że nic pójdę, 
sldamać, że czuję siC; źle. Nie odezwa!em się jednak. "To już ostatni 
raz" - przyrzekłem sobie. 
W koszarach byli już wszyscy koledzy. Zbiórka kończy!a 
się w!aśnie, ch!opaki szykowali się do musztry. Dziadek Tudrej 
przywita! nas piorunującym wzrokiem, gniewnie zmierzy! od stóp 
do g!owy, brwi zbieg!y mu się w krzaczastą kępę. 
- A ty się po co tu wzią!? - wbi! we mnie siwe, zmrużone 


oczy. 


- Ja, no... tego, ja... przyszedlem na zbiórkc;. 
_ Patrzcie wy jeno, na zbiórke ty przyszedł. I to ma być 
kawalerzysta, szkolony, ćwiczony... 
- No bo... ho ja... wcześniej nic mug!em - opuści!a mnie 
chęć jakiegokolwiek oszukiwania. - Mama nie chcia!a mnie puścić. 
- Mama nie chcia!a go puścić! - szydzi! Tudrej. - A jak 
mama wysz!a, to ty chy!kiem z domu uciekł. Strażniku Koszarowego 
Prawa - zwróci! się do Ziutka - które punkty Regulaminu 
Drawskiej Kawalerii z!ama! Chudas? 
- Punkt trzeci podwójnie - nicpos!uszeństwo względem 
matki i dowódcy, punkt czwarty - bezpodstawna ucieczka z domu, 


59
		

/31.djvu

			punkt szesnasty - spóźnienie się na zbiórkę, punkt sumujący - 
naruszenie czterech punktów koszarowego prawa - wyrecytowal 
Ziutek. 
. - Cz.tery zla, to i kar
 będzie czworaka - wyrokowal 
TudreJ. - Pnmo raz: do Nocy Swiętojańskiej będziesz ty sprzątal 
za mamę cale mieszkanie, primo dwa: codziennie pozmywasz ty 
nac,!,ma, pnm<: trzy: dwa razy w tygodniu, we wtorek i soboli;, 
za
1l1atal ty będziesz podwórze, i to tak, coby ciebie wszyscy widzieli, 
pn
o, cztery: przed każdą niedzielą wyszorujesz ty slawojkę. No i 
k"':l
t
w na lące ty zaraz nazbierasz i z uszanowaniem ty jcszcze 
dZIsiaJ mamę przeprosisz. 
Milczalem. Jcrzyk zaczerwienil się, przestępowal z nogi na 
nogę, okręcał na palcu źylkę, którą wyszperał gdzieś z kieszeni. 
- To jażem go do tego namówi!, jak Boga kocham, jażem. 
, .- 
atrzcie wy jeno? - dziwii się Tudrej. - Ty go do tego 
namowl!. I Jeszcze pana Boga nadaremnie ty wzywasz, jak faryzeusz 
kochasz. Które to punkty naszego regulaminu Strażniku 
Koszarowego Prawa? - dopytywal się Tudrej, mrużąc oczy. 
- 
unkt piąty - namawianie do złego czynu, punkt ósmy 
- wzywamc pana Boga nadaremnie, punkt szesnasty - spóźnienie 
na, zbiórkę, nie doliczony wcześniej naruszony dwukrotnie punkt 
szosty - kradzież golębi i kradzież czereśni w pegeerowskim sadzie, 
punkt sumujący - naruszenie czterech punktów koszarowego 
prawa. 
- Gołębi jażem nie ukradl- zajęczał Jerzyk. - Same do 
mnie przyleciały. 
-:- Punkt siedemnasty - klamanie w celu zatajenia prawdy 
- spokoJme dopowiadał Strażnik Koszarowego Prawa. 
Dziadek gwizdnął przeciągle. 
. - Nazbieral ty jak dziad w torbę. Do jednej winy przyznal 
ty SIę, cukanie jeden, inną klamstwem chcial ty zataić. Jedną karę 
mniejszą ty ode mnie dostaniesz, drugą większą muszę ja tobie 
obmyśleć. Będziesz cztery prima jak Chudas robi!. Gołębie ty jutro 
rano zaraz wypuścisz, niech lecą, skąd przyszly. Jutro też, wracawszy 
ze. szkoly, do kościola ty pójdziesz i wyspowiadasz ty się przed 
kSIędzem dokumentnie, jak na prawdziwego chrześcijanina 


60 


przystało. Parę niedziel ja ciebie już w kościele nie widzial, to i 
szatan w twoją skórę już wlazl i do zlego on ciebie namawia, duszę 
twoją żywcem do piekła na pokuszenie z diablami pędzi. Do 
kapłańskiej pokuty, co tobie ksiądz pewnikiem nie poskąpi, dorzuć 
ty jeszcze od siebie przeczytanie książeczki "Antek", coby ty o życiu 
grzecznych dzieci mial jako takie pojęcie. No i dzisiaj jeszcze w 
świętej wodzie Orawy grzechy swoje po zachodzie slońca ty obmyj. 
Tobie Strażniku Koszarowego Prawa powierzam wykonanie kąpieli. 
Tylko wy nie żalujcie, ulani moi, szarego mydla i piasku do 
wyszorowania jego grzesznego ciała. 
- Obywatelu Marszalku! Czy winy Chudasa i Jażemtego 
wpisane zostaną do Koszarowej Księgi? 
Spojrzałem na Jerzyka. Zbladl, oczy mu się zwęziły, drżaly 
policzki, na twarzy błąkal się placz tłumiony gryzieniem warg. Serce 
mi lomotało, tlukło się w piersiach, jakbym je wrzucil do wirującego 
bębna, zsuwalo się w dó!. Staliśmy na baczność, blagalnie wpatrzeni 
w Tudreja, przygnieceni winą jak zwalonym dachem, gotowi znieść 
każdą karę, aby tylko Tudre.i nie zaliczył naszego czynu do podłych 
i na zawsze nie wyrzucił nas z koszar. Ostami punkt koszarowego 
prawa nakazywał Zwierzchnikowi Koszar, Marszałkowi, Naczel- 
nikowi Janowi Tudrejowi (herbu Ulańska Lanca) na skazanie i 
wyrzucenie z koszar na wsze czasy oraz wymazanie z kawaleryjskiej 
pamięci i tradycji tego, kto prawo koszarowe więcej jak trzy razy 
podle naruszy, matce, ojcu i przyjacielowi przykrość jakąś umyślnie 
uczyni, pozwoli innym uczynić albo w ich slusznej obrome, jak w 
obronie ojczyzny, nie stanic. I tylko wielką "na wieki w dziejach 
Polski i ziemi rodzinnej zachowaną zaslugą" można było winę 
zapisaną w Koszarowej Księdze wymazać i naprawić. 
Koszarowa Księga! Byla dla nas legendą, baśnią, która 
spelniala się wyobraźnią i w której my żyliśmy prawdziwi, stawala 
się cząstką czasu, który mijał, odchodził w przeszlość jak ulańskie 
pulki, ale i trwał w nas jednocześnie pięknem nieodkrytym, na 
kartach Koszarowej Księgi zostawa!. Mogliśmy oglądać ją tylko 
raz w roku, w Noc Świętojańską, wśród trzcin i szuwarów, na 
piaszczystej wysepce Orawy, w plomieniach ogniska, zapisaną 
gwiazdami, wysrebrzoną księżycem. Na tę jedną, jedyną noc, 


61
		

/32.djvu

			Świętojańską Noc, czekaliśmy cały rok. Koszarowa Księga spełniała 
się snem, urealniała marzenia, jaśniała świtem. Pierwszy raz, gdy 
ją zobaczyłem, oczu od niej nie mogłem oderwać. Pachniala 
historią, potem i krwią bohaterów, urzekała tajemnicą 
legendarnych dziejów, zamkniętych w skórzanych okładkach ze 
złotym napisem "DARIUS". Przepięknych kształtów litery, pełne 
wąsów, zakrętasów, zawijasów, kolorów i cieni, wychylały się z 
mroku pożółkłych i poszarzałych stron, dziwnie podobne byly do 
pisma Chłopaczary. Powiedzialem o tym Jerzykowi. I wtedy stalo 
się! Tudrej zagrzmiał jak piorun na niebie, ognisko buchnęło 
iskrami, zasyczały ciemności, zawlekły się dymem, trzciny upadły 
na wodę, rozszumialy się grozą przybrzeżne szuwary. Jakieś cienie 
nadbiegły z wysoka, pędziły przez Drawę, zadudniły falami o brzeg, 
dalckim werblem zagrzmiała ziemia, słyszałem, jak śpiewał piasek 
i kogoś wołały kwiaty i paprocie. 
Koszarowa Księga zamknęła się z trzaskiem. 
- Duchy naszych przodkÓw, wodzów i bohaterów 
narodowych, królów i największych Polaków są wśród nas - 
powiedział Tudrej uroczystym glosem. Wstał. Na ulańskim 
mundurze świeciły ordery gwiazd. - Będą sądzić nasze czyny i 
postępowanie. Ale przed chwilą jakiś tam zwątpił w naszą 
Koszarową Księgę, w jej historyczną moc. w prawdę, którą w niej 
odczytacie. Ten jakiś tam jcst wśród nas. - Surowe oczy starca 
wbiły się we mnie jak sztylety, duchy przodków otoczyly mnie 
ciasnym kolem, w milczeniu patrzyly mi w duszę. Siedziałem jak 
na rozżarzonych węglach, jakby ktoś wielkie ognisko rozpalil mi w 
piersiach. 
- Wiedzieć ja nie chcę, kto on jest - mÓwil dalej. - Zapa- 
miętajcie wy to sobie raz na zawsze! Koszarowa Księga jest 
tajemnicą naszych koszar, nie można jej zdradzić, między sobą o 
niej rozprawiać. Jeżeli jaki tam ją naruszy, wyrzucony on będzic z 
koszar, a imię jego zapomniane zostanie i wymazane na wsze czasy 
z Koszarowej Księgi. 
O pÓłnocy braliśmy Koszarową Księgę do ręki jak 
największą świętość, przyklękaliśmy w milczeniu, całowaliśmy ją w 
skórzaną oprawę jak ksiądz ewangelię, siadaliśmy przy ognisku i 


62 


Strażnik Koszarowego Prawa odczytywal wszystko, co bylo w niej 
w ciągu roku zapisane. . . 
Byla w Koszarowej Księdze historia naszych koszar, rad.osct 
i smutków, naszego niebieskicgo dzieciństwa. Koszarowa KSięga 
miala tysiąc sto jeden czarnych i zielonych stron. Na czarnych 
wpisywane bylo postępowanic podle, ktÓre nie moglo być nawet 
dobrymi uczynkami naprawione oraz pospolitc czyny wys
ępnc, 
które przez pięć nitnagannych uczynków po sobie następuJącyc
: 
byly w Noc Świętojat1ską za zgodą przyjaciół przcz duchy 
IStOru 
uznane za nie byłe, w świętym koszarowym ognILI spalone I przez 
ludzi zapomniane, a tym samym z Koszarowcj Księgi na wsze czasy 
wyjęte tak, by nie mówiły, kto i kiedy pospolitego czynu występnego 
był się dopuścił. 
Na zielonych stronach Koszarowej Księgi odnotowywane 
byly daty naszych ćwiczeń wojskowych i musztr kawalcryjskich, 
ocena i przydatność każdcgo z nas jako żołnierza i oficcra, a w 
szczegÓlności konnika, co to w stałej gotowości do prawego 
postępowania, kawaleryjskiej fantazji i obrOl:y ojczyzny b

 
powinien. Tutaj też umieszczane były legendy o Ziemi .Dra
s
I
J I 
o Pomorzu, wydarzenia wojenne, walki partyzancklc, wlescl. z 
przeszlości Polski oraz inne historyczne 
rzypadki, jak
c 
przodkowie nasi sobie wicrnie z pokolema na pokoleme 
przekazywali. 
Strażnik Koszarowego Prawa wywoływał nasze koszarowe 
pseudonimy. Trzeba było wstać, na baczność odebrać od Str
żnika 
Ognia i Płomieni rozpaloną głownię, jej święty ogień przyłozyć d
 
serca, klękm)ć i w skupieniu wysłuchać czarnych kart KoszaroweJ 
Księgi. Jeżeli postępowania naszcgo nic zaliczono do podłych, 
każdy prosił o surowc i sprawiedliwe osądzenie jego czynów I 
a 
znak oczyszczenia rzucal w płomienie trzymaną w ręku pochodJ1lę, 
mówiąc: 
- Wiem, że pospolitymi czynami występnymi naruszylcm 
koszarowe prawo. Dlatego klękam przcd tobą święty ogniu i ciebie
 
w obccności duchów historii i swoich przyjaciól, o słuszną karę I 
wybaczcnie proszę oraz gorącą przyrzekam poprawę. . 
_ Czy wolny on jest od zła, jakie popclnił? - pytał TudreJ- 


63
		

/33.djvu

			- Tak - odpowiadaliśmy chórem. 
- A jaki był z niego przyjaciel? 
Teraz każdy z nas mówił oddzielnie. Oceniał przyjaciela 
surowo i sprawiedliwie, konkretnie. Co dobrego w nim widział i co 
złego, co najbardziej w nim cenił, co go drażniło i denerwo,",:ało. 
Tudrej słuchał w milczcniu, fajkę z jednego końca ust do drugIego 
przesuwał, medalami przebąkiwał, o coś czasami zapytał, głową 
kiwnął, brwi w zamyśleniu zmarszczył. A kiedy już wszyscy z win 
byliśmy oczyszczeni, nagłą komendą ustawiał nas w szeregu, szablę 
z trzaskiem z pochwy wyjmował, obcasami trzaskał, honory 
wojskowc nam oddawał, jak generał przed nami przechodził. Sam 
każdego z nas teraz oceniał, o każdym dobrze i żle powiedział, 
złym i dobrym przykładem wszystko objaśniał, do kogoś znanego z 
historii Polski nas porównywał. "Uważaj - mówił. - Toż on 
podobnie zaczynał, do tego i tego doszedł, tak i tak skończył". 
Wreszcie wyniki musztry i ĆwiCZelI kawaleryjskich omawiał, postępy 
nasze jako żołIńerzy i oficerów przedstawiał, umicjętności i fantazję 
kawaleryjską zachwalał, leniwość żołnierską ganił, stopnie 
wojskowe rozdawał. 
O północy kazał nam szukać dwóch żołnierskich orzełków, 
z wojskowych rogatywek zdjętych, i koroną i bez, które wcześniej 
w lesie ukrywał i zmyślenie świętojańskimi robaczkami oświetlał. 
- Orzeł w koronie - mówił - to święty znak 
Rzeczypospolitej Polskiej, ojczyzny naszej odwiecznej, jedność i 
trwałość naszego narodu oraz piastowską i .jagiellońską 
niezależność symbolizujący. A orzeł bez korony to godło Polski 
Ludowej, z ruin i zgliszcz powstałej, którą my kochać, czcić i 
szanować musimy, bo jest to teraz ojczyzna nasza, wolna, ale 
lńewolna, niepodległa, ale nieniepodległa, matka matek naszych i 
historia historii naszej, krwią i męczeństwem Polaków znowu od 
lat zlńewalana. 
Dlatego nikt nie mógł powrócić do oguiska, dopóki obu 
orzełków, tych świętojailskich kwiatów paproci, na szczęście dla 
ojczyzny naszej nie odnaleźliśmy. I tylko jeden z nas, któremu 
sprzyjały duchy historii i w jego rękę sfrunął z leśnego poszycia 
orzeł w koronie, zostawał Strażnikiem Koszarowego Prawa, a ten, 


który wśród mchów i paproci odnalazł orła bez korony zostawał 
Strażnikiem Ognia i Płomieni. 
A potem, aż do samego rana, do słonecznego brzasku, do 
pierwszego pielńa baśniowego kura, Tudrej z nami stare pieśni na 
cały las wyśpiewywał, wojenne przygody opowiadał, baślńe i legendy 
jak z rękawa sypał, które bukowy las poszumem pomorskich drzew 
drzewom przekazywał, a Drawa szmerami fal, szeptami trzcin 
upiększała, baśniła świtem, wysrebrzała księżycem i echem 
wędrującej wody, wołaniem zbóż, roztańczeniem nadrzecznych łąk 
do ziemi rodzinnej naszych przodków, przywróconej Polsce, serca 
nasze niosła. 
Ziutek trącił mnie łokciem w bok. 
- Strzelcu Chudas i strzelcu Jażemten, czy winę swoją 
uznajecie? 
- Tak. 
Tudrej wstał. 
- Postępowanie i czyny Jażemtego i Chudasa uznał ja za 
pospolite i jako takie kazal je wpisać do Koszarowej Księgi na 
czarne strony, bo nicposluszeństwem GIń obaj koszarowe prawo 
zJamali. Toż oni nie po kawaleryjsku postąpili. Z małych czynów 
występnych wielkie zło zrodzić się możc, a nic tłumaczonc i nie 
karane rychło przemienia się w podłość. Chudas i Jażemten muszą 
zrozumieć, że nawet dla przyjaźni prawa łamać nie można. 
Niedługo Noc Świętojańska. Ocenim my nasze postępowanie i 
zobaczym my, jak my przysięgę kawaleryjską w tym roku wypełniali. 
Ciemlńało coraz bardziej. Golębie trzepocąc skrzydłami 
spływały do stodoły, obsiadując pod dachem belki i murki. Tudrej 
otworzył szeroko wrota stodoły, odetchnął świszcząco, patrzył na 
dalekie niebo zaciągające się mrokiem i gwiazdami. 
- A o Borujsku wiadomości wy już wszystkie zebrali? - 
zapytał. 
- Tak jest - zameldował Ziutck, bo tylko on, jako Strażnik 
Koszarowego Prawa, mógł na pytania-rozkazy, dotyczące 
wszystkich odpowiadać. 
- Znaczy się, czego wy się dowiedzieli? 


65 


64
		

/34.djvu

			- W Borujsku 1 marca 1945 roku Pierwsza Warszawska 
Brygada Kawalerii odbyła ostatnią na świecie szarżę kawalerii... 
- Tak, tak - przerwał mu Tudrej zadowolony. - Dobrześ 
to ty, cukanie jeden, powiedział. Ostatnia szarża na świecie, ostatnia 
szarża - powtarzał zamyślony, patrząc daleko przed siebie. - Tak. 
W trzydziestym dziewiątym roku my umieli na wroga szarżować, 
szarżami łosy bitew rozstrzygać, innym żołnierzom bojowej otuchy 
w obronie ojczyzny dodawać. Sześć razy we wrześniu tego roku 
ułani na Niemców szarżowali. Pod Wólka Wąglową szarżował 14 
Pułk Ułanów JazIowieckich pod dowództwem pana pułkownika 
Godlewskiego, pod Kałuszynem 11 Pułk Ułanów Legionowych pod 
komendą pana rotmistrza Wrzoska połowę swoich na polu bitwy 
zostawił. A pod Maliszowem i Lubaczowem szarżowały zwycięsko 
dwa pułki ułanów z Nowogrodzkiej Brygady Kawalerii pod 
dowództwem samcgo pana generała Andersa, tego, co to annię 
swoją z Rosji w 1942 1". wyprowadził, zc Stalinem się nie dogadawszy. 
Ale największą szarżę wykonał pod Krojantami już w pierwszym 
dniu wojny 18 Pułk Ułanów Pomorskich pod dowództwem pana 
pułkownika Mastalcrza. 
- To było niedałeko Chojnic, jakieś sto pięćdziesiąt 
kilometrów od Drawska - przerwałem nagle Tudrejowi. Znałem 
losy tej bitwy, ojciec mi często o niej opowiadał, rodzony brat mamy 
tam zginął. - MyŚlnY tam już pIerwszego dnia wojny dużą bitwę z 
Niemcami wygrali. 
Tudrej z uznaniem spojrzał na mnie, oczy mu się zaśmiały. 
- Dobrześ ty to, cukanie jeden, powiedział - zawołał. - 
Wiedzieć wy powinni - rzekł z nieukrywaną radością - jak my to 
zwycięstwo odnosili. Tego dnia wojska Grupy Operacyjnej Czersk 
walczyły cały dzień z Niemcami pod Chojnicami, ale pod wieczór 
zmuszonc zostały do odwrotu. Coby przełamać napór Szwabów, 
właśnie pod Krojantami, ułani pana pułkownika Mastalerza ruszyłi 
do kontrataku. Jak pioruny rzucone w Niemców przelecieli Polacy 
przez ostrzeliwane cekaemami pole, zdobyli niemieckie pozycje, 
rozpoznali położenie hitlerowców i umożliwili wycofanie się z 
okrążenia naszej piechocie. Ale za tę bohaterską szarżę zapłacili 
ułani życiem wielu swoich kolegów, a na polu bitwy zginął pan 


66 


pułkownik MastaIerz, śmiertelnie ugodzony kulami w serce. 
Tudrej umiłkł nagle, głos mu się złamał, drżały ręce, 
oddychał nierówno, świszcząco. W stodole narastał mrok, przcz 
ogromne szpary sączyło się słońce. Na belkach pod dachem 
gruchały gołębie, z podwórka dobiegały rytmiczne uderzenia 
siekiery i suchc trzaski odpadających drew. Zamknąłem oczy. Nagła 
cisza, długa, bolcsna, wyczekująca, grzmiąca łoskotem dalekiego 
echa. Słyszałem w niej huk wystrzałów, stłumiony tętent 
cwałujących koni, świst szabel, ryk dział, chrzęst czołgowych 
gąsienic, nawoływania polskich kawalerzystów, szwargot 
niemieckich żołnierzy. 
Dopiero po chwili doleciały do mnie dalsze słowa Tudreja: 
- Najprawdziwsza kawaleryjska wałka rozegrała się 23 
września pod Krasnobrodem. Była to iście ułańska bitwa na szarże 
pomiędzy polską a niemiecką kawalerią. Nowogrodzka Brygada 
Kawalerii walczyła na Ziemi Lubelskiej. O świcie zaatakowała 
właśnie Krasnobród, skąd w wielkim strachu zaczęli uciekać 
przerażeni hitlerowcy. Zobaczywszy to, rozwinięty w linię, galopem, 
szarżował na Niemców szwadron kawalerii pod dowództwem pana 
porucznika GerIeckiego. Wówczas na pomoc uciekającym 
Szkopom wyskoczyła z klasztoru Najświętszej Matki Boskiej 
Krasnobrodzkiej niemiecka kawaleria. Toż to był prawdziwie 
kawaleryjski widok - rozmarzył się Tudrej. - Szkoda, że ja takiego 
na własne oczy nie oglądał, jako żołnierz wtedy nie waIezyl- dodał 
ze smutkiem. - Polacy od razu rozwinęli się w linię harcowników 
i pogalopowali na Szkopów. No i okazało się naocznie, co wart 
była polska, a co niemiecka kawaleria. Chociaż Niemcy szarżowali 
z góry, znaczy się mieli pod względem impetu przewagę, nasi od 
razu w pył ich roznieśli, jak kuropatwy rozproszyli, do panicznej 
ucieczki zmusiwszy, na lance ich jak nieruchawe niedźwiedzie 
nadziewali, po spasionych karkach szablami młócili. Toż takiej 
kawaleryjskiej bitwy my już nigdy za życia nie zobaczym - 
westchnął z rezygnacją, wąsa kilkakrotnie poszarpując. 
- Właśnie - wypalił Danek.- Brejdak mi mówił, że 
kawaleria to było gówniane wojsko, ona tylko z szablami na 
niemieckie czołgi jak głupia baba z miotłą lecieć umiała. To przez 


67
		

/35.djvu

			kawalerię myśmy wojnę z Niemcami przegrali. 
Tudrej zerwał się, wąsy mu jak ułańskie piki stanęły. 
- Toż ty już całkiem jak parszywa makówka zgłupiał! - 
zawoła/. - Do tego twego brejdaka głupiego jak ośli cap się 
upodobnił! Toż on od małeńkości odmieńcem był, żadnego 
uszanowania dla nikogo nie miał i ciebie, jako widzę, na takicgo 
antychrysta przerobi/. My nigdy nie szarżowałi na niemieckie czołgi 
bez potrzeby! Ino z zaskoczenia uderzali, a jak już do szarży trzeba 
bylo iść, to wtedy, coby nieprzyjacieła rozpoznać, przez picchotę 
się przebić, odwrót naszym osłaniać. Często my wtedy w ogień 
cekaemów wpadali, pole bitwy gęsto trupami zaścielawszy, ale my 
nigdy się nie cofnęli. Bywało i tak, że my niemiecką kolumnę 
pancerną na postoju stojącą z zaskoczenia napadali. Niemców 
nasiekali, bo lotni my i szybcy byli. Pod tym względem Szkopi 
strasznie się nas bali. O naszej walce z Niemcami w on czas dużo 
pisali Włosi, bywszy niemieckimi korespondentami wojennymi na 
froncie, szarże nasze pod niebiosy wynosili, ale i fakty przeinaczali, 
że to niby daremną ofiarę z krwi naszej i życia naszego dla 
przegranej ojczyzny my ponosili. I niemiecka propaganda zaraz to 
przed całym światem dla ośmieszenia Polaków wykrzyczała, że my 
niby jak wariaty z końmi i szablami na niemieckie kolumny 
pancerne lecieli. 
Umilkl nagle, po chwili dopiero powiedział: 
- Toż ten, kto teraz tak samo gada, gorzej od Niemca 
postępuje, kawaleryjskiemu bohaterstwu ubliża, historie; Polski 
przeinacza. Jak ty dalej tak będziesz głupstwa gadał, wiary i dumy 
kawaleryjskiej w sobie nie miał, historię za krętaczami przeinaczał, 
w moją prawdomówność, znaczy się dowódcy twego, nie wierzył, 
kolegom w głowie mącił, to ja ciebie pod sąd koszarowy postawię i 
z naszej kawalerii na zbity pysk wyrzucę. 
Złagodniał nagle, posmutnia/. 
- Ot, takie faryzeusze jak twój brat - powiedział - 
bezbożnic i nie po wojskowemu wychowane, nieprawdę o polskiej 
kawałerii światu rozpowiadają, w uczonych książkach klamstwa 
wypisują, godność kawaleryjską oszczerstwami plugawią, żołnierską 
krew w obronie ojczyzny przelaną szyderstwami znieważają. Nie 


68 


dłatego my w trzydziestym dziewiątym roku wojnę z Niemcami 
przegrali, coby źle i nieprzydatnie dla reszty .wojska kawaleri
 
walczyła, ale dlatego, co myw Polsce inszego wOjska za mało mleh, 
znaczy się lotniczego i pancernego. Toż tylko 10 Brygada Kawalerii 
Zmotoryzowanej pana pułkownika Stanisława Maczka była 
dostatnio wyposażona w broń pancerną i pod tym względem z 
Niemcami równać się mogla. Bo Warszawska Brygada Pancerno- 
Motorowa pana pułkownika Stefana Roweckiego, ta, co to o siłe 
uderzeniowej naszego wojska stanowić miała, nic była dozbrojona, 
mimo że jej dowódca geniałnym wodzem był, co wkrótce w 
podziemnym państwie połskim walczącym z Niemcami jako 
komendant Armii Krajowej czynami potwierdzi/. A mimo tych 
niedoskonałości naszego wojska, my żołnierze, do końca z Hitlerem 
walczyli, ziemi polskiej darmo Szwabom w niewołę nie oddawszy, 
życiem naszym i naszych dowódców za obronę ojczyzny my płaciłi. 
Pod Zambrowem poległ pan pułkownik Litewski z Pierwszego 
Pułku Ułanów, pod Krukicnicami zginął pan pułkownik Skrzynecki, 
a pod Walewicami zabity został pan pułkownik Mikke. W okolicach 
Władypola i Puszczy Kampinoskiej oddali swe życie za ojczyzn
, 
walcząc ramię w ramię ze swymi żołnierzami, pan pułkowmk 
Stachlewski z 25 Pułku Ułanów i pan pułkowmk Królicki z 7 Pułku 
Strzelców Konnych. A pan major Dobrzański, dowódca 110 Pułku 
Ułanów z Rezerwowej Brygady Kawalerii" Wołkowysk", przyjąwszy 
w październiku 1939 roku nazwę: Samodziełny Oddział Kawalerii 
Wojsk Rzeczypospolitej Polskiej, jeszcze w kwietniu 1940 roku, 
niczym Stefan Czarniecki, gromił Niemców na Kielecczyźnie, jak 
prawdziwy zagończyk przed Szkopami uciekał, jak największy 
bohater narodowy z ułańskim honorem i kawaleryjską godnością 
zginą/. 
- No i co z tego! Wojnę i tak żeście przegrali! - zaperzył 
się Danek. .. 
- Żeście przegrali - zasępił się Tudrej. - Zeście przegrah 
- powtórzył smutnie. - Tako o tym powiada
z, jakby ty Polakiem 
nie by!. Wojnę Polska przegrała, ojczyzna nasza przenajświętsza, 
w potrzebie przez nas nie obroniona, wrogowi w bezsile oddana. 
Ty, tak powiadawszy, historii Polski właściwie nie pojmujesz, jadem 


69
		

/36.djvu

			nieprawdy krew bohaterów zatruwasz. -Kiwał smutnie głową, 
drżącymi rękami tytoń do fajki nasypywał, dym, głęboko się 
zaciągnąwszy, długo w ustach smakowa!. Brwi zbiegły mu się w 
krzaczaste kępy nad oczami, nad czymś intensywnie rozmyślał, 
wreszcie rzekł, kiwając głową: 
- Nie miełi my wtedy żadnych szans, znaczy się we 
wrzdniu 1939 roku, mimo że Rydz Śmigły, wódz nasz naczełny, 
pięścią w stół wałił i na cały świat wykrzykiwał, co my to nawet 
guzika nie oddamy... 
- Przecież miełiśmy siłną armię - wtrąciłem niepewnie. 
- Tak - Dziadek ze zrozumieniem pokiwał głową. - 
Mieli my niby czwartą armię w Europie, ale gdzie jej tam z 
niemiecką potęgą równać się było. Toż Niemcy przed wojną 
trzydziestego dziewiątego roku na zbrojenie armii wydali 
sześćdziesiąt razy więcej niż my, mieli trzy miliony żołnierzy, 
szeŚĆset tysie;cy czołgów i samolotów, siedemset pięćdziesiąt tysięcy 
koni, a my... - zawiesił głos. 
- No właśnie - wyrwał się Danek. - Trzeba było nam 
nie z Niemcami, Anglią czy Francją trzymać, alc ze Związkiem 
Radzieckim! 
Tudrej długo patrzył w twarz chłopca, lewego wąsa na palcu 
okręcając. 
- Widzę ja, co ty historii Polski prawdziwie nie poj,)ł, 
wydarzeń wojennych z pierwszych dni wojny nie znawszy - 
powiedział z rezygnacją. - Toż i z Niemcami i z Ruskimi miełi my 
pakty o nieagresji, znaczy się pokojowe przymierze, a przecie we 
wrześniu trzydziestego dziewiątego roku po zmówieniu się z sobą 
najpierw Niemcy na Polskę napadli, a potem 17 września Moskale 
nóż w plecy nam wbili, napadwszy na nas zdradziecko i ziemie 
polskie aż po Narew i San zająwszy. 
- To nieprawda - wykrzyknął Danek. 
- Prawda, cukanie jeden. Prawda. Tylko o tym ten twój 
brejdak nie mówi, może sam nie wie, bo was o tym w szkole nie 
uczą, naród w nieświadomości trzymawszy, chociaż ja jego 
zrozumieć mogę. Toż on tę Polskę, tak jak i moje pokolenie 
przedwojenną kocha, dla niej to wszystko robi, pracujc i dla nicj 


70 


być może umrzeć jest gotów, bo ona dla niego, tak jak tamta Polska 
dla nas. z dna okupacyjnej niewoli i morza narodowej krwi powstała 
i ojczyzną wolności i szczęścia się jawi. 
_ Dziadku... Przecież my razem... z Armią Czerwoną... 
braterstwo broni... - plątał sie; Danek. 
_ Później tak - spokojnie tłumaczyi Tudrej - znaczy się 
od 1943 roku, przez trzy lata przelewali my razem z ruskimi 
żołnierzami krcw od Lenino po Berlin, Szkopów przed sobą 
goniwszy. Ale w 1939 roku Stalin z Hitlerem tajny pakt zawarli, 
ziemic polskie między siebie podzieliwszy i czwartego rozbioru 
Polski dokonawszy. Toż Sowieci więcej od Niemców wtedy ziem 
polskich nachapali, do niewoli ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy 
żołnierzy polskich wziąwszy. Gdyby nie to, mogli my jeszcze długo 
wschodnich rubieży bronić, Niemca na te tereny nie wpuścić, ziem 
tych w niewolę nic oddawszy, a po pozbieraniu się wszystkich 
polskich armii, hitlerowców stąd kontratakować. 
Dziadek umilk!. Zapanowała cisza. Gdzieś w kącie stodoły 
cykał boleśnie świerszcz. samotny jak złamane skrzypce, wyluskując 
z narastającej ciszy wrześniowe dudnienie wojska, rżenie koni, 
chrzęst szabel i karabinów, krzyki i rozpacz walczących żółnierzy. 
Zmierzch smugą ciemności kladł się na ziemie;, szmerem liści otula! 
drzewa i kwiaty, obraz wojny przywoływał w pamięci. 
_ Dziadku? Przecież gdyby nie Związek Radziecki... nie 
Stalin... nie byłoby na świecie socjalizmu, nic wygralibyśmy wojny 
z Niemcami, nic byłoby Polski... - szepnął Jerzyk. 
Tudrej wci,)Ż milczał, dopiero po dłuższej chwili powiedział: 
_ W szkole tak was uczą, ale nieprawdę ty rzekł, po wojnie 
Stalin, Niemców pobiwszy, zgodził się, żeby Polska powstała, 
chociaż więcej w tym było przcbiegłości Polaków niźli 
stalinowskiego zrozumienia Polski... 
- Jak to? - zapytałcm zdziwiony. 
_ Ano, tak cukanie jeden, generał Berling i inni jemu 
podobni udobruchali Stalina, ugadali się z nim, polskie wojsko za 
jego zgodą stworzyli ramię w ramię z Armią Czerwoną walczące, 
chociaż wcześniej generał Anders jedną armię z Rosji wbrew 
Stalinowi wyprowadził, o czym ja już wam wielokrotnie opowiada!. 


7]
		

/37.djvu

			Tak oto stali my si.; sojusznikami Stalina, poslusznymi i grzecznymi, 
moghm my więc o wlasnym państwie ze Stalinem rozmawiać, 
łaskawie go o Polskę upraszać. Inaczej spotkałby nas los Litwy, 
Łotwy, które to państwa przed wojną niepodległymi państwami 
byly, a po wojnie jako republiki do Związku Radzieckiego włączone 
zostały. 
- Dziadku, przecież Stalin to prawdziwy przyjaciel Judzi. 
Ojciec narodów, obrońca pokoju, wyzwoliciel ciemiężonych 
państw... Sam pan kierownik szkoły na apelu to mówił... - 
recytował Danek. 
Tudrcj podniósł się nagle, spojrzał na Danka, ruchem ręki 
nakazał nam wstać. 
Toż ja tobie - powiedział ostro, a my zerwaliśmy się jak 
oparzeni, stojąc na baczność - sto razy już gadał, że nieprawdziwie 
w szkole o tym oni was uczą. Stalin, Hitler - toż to największe 
belzebuby świata. Musz.; ja wam specjalne w tej szczególności 
pogadanie zrobić. Póki co, rozkazuję ja wam: primo raz: coby my 
dzisiaj na ten temat już nie gadawszy i coby wy to jako tajemnicę 
wojskową naszych koszar w milczeniu zachowali, znaczy się z nikim 
o tym wy nie mówili, tylko w koszarach w mojej obecności o tym 
rozmawiać my możem. Wiedzieć wy musicie, że za to, com dzisiaj 
wam ja rzeki, ludzie do więzienia szli. Mimo to uznał ja, że wy to 
powinniście znać, bo mi to moje sumienie żolnierza nakazuje, a 
jako dowódca waszmościów prawdziwe, pierwsze uświadomienie 
historyczne muszę ja wam dać, cobywy swoje powinności względem 
ojczyzny właściwie pojmowali. Ten tylko ojczyznę kochać będzie, 
jej historię uszanuje, kto prawdę o niej znać będzie, nic tylko w 
uczonych księgach spisaną, ale z dziada pradziada ustnie wszystkim 
pokoleniom Polaków przekazywaną. PriIno dwa: odwołuję ja jutro 
koszarowy zwiad do leśnika Jędrzeja z Borujska, gdzie odbyła się 
ostatnia szarża kawalerii na świecie. Więcej wam czasu na poznanie 
historii i zrozumienia kawalerii, jako ja widz.;, potrzeba. 
- A dlaczego? - wyrwał znowu się Danek. 
- Toż ja tobie powtarzawszy nie będę - warknął Tudrej 
- coby ty, bywszy żołnierzem, dowódcy nicpotrzebnych pytań nic 
zadawał i glupich uwag nie robił. Do leśnika Jędrzeja my i tak 


n 


pojechać musim, byle przed świętojallską nocą rozkaz zdążywszy 
wykonać. Jutro, jak na prawdziwych obywateli przystało, bez 
gadania, pójdziemmy stonkę na polach pegeeru zbierać. 
- E tam! - upierał się Danek. - Brejdak mi mówił, że 
ma gdzieś to zbieranie. Niech ci z pegeeru sami zbierają. 
- Ten twój brejdak to na dwie strony już glupi - zaperzył 
się Tudrej. - Toż ja sam na własne oczy widział, jak on w pegeerze 
jako jaki tam zetempowiec do zbierania stonki namawiał, a potem 
jeszcze po całym mieście jak kot z pęcherzem za tym latał. 
- Nie latał, tylko służbowym samochodem jeździł - 
odgryzał się Danek. - Zenuś jest szefem organizacji i jego 
zbieranie stonki nie obowiązuje. 
- Głupiś jak but - mruknął Tudrej. - Ciebie ja chyba z 
kawalerii wyrzucę. Zbieranie stonki pan przewodniczący w 
magistracie wszystkim ludziom nakazał. Toż to tak jakby naczelny 
dowódca w czasie pokoju ważniejsze przed nami na jutro postawił 
zadanie, mój rozkaz w potrzebie zmieniwszy. Znaczy się zbieranie 
stonki to praca dla państwa, nasz pierwszy jutrzejszy obowiązek. 
- Wiem- zgodził się Danek. - Stonka to 
imperialistyczny szkodnik przywieziony specjalnie do Polski z 
Ameryki. Niszczy nasze socjalistyczne kartofle. 
- Powiedział, co wiedział! - zawołał Jerzyk. 
- Nie powiedział, tylko brejdak mi mówił, barania 
mózgownico! Stonkę trzeba niszczyć, nowocześnie z nią walczyć: 
najpierw na kartoflach ją zlokalizować, żadne zbieranie tu nie 
pomoże, potem nawozami po niej. I już po stonce! 
- I po kartoflach - mruknął Tudrej pod nosem. 
- Właśnie! - zawołał Ziutek. - Miczurin się znalazł. 
Rąbnął jak niemowlę w kalesony. 
- Głupiś jak Chłopaczara! Niemowlę nie ma kaleson, tylko 
rajtuzy, o takie pod brodę, ty inteligencki wychowanku! 
- Jakie tam rajtuzy imperialistyczny zarodku. Niemowlę 
chodzi w rajstopach, o takich, sam widziałem. 
- Chyba wtedy, gdy rżnąłeś w nie bez przerwy, a mordę 
pieluszką zatykałeś! 
- Pewnie, wolałem sam sobie ją zatykać, niż z taką 


73
		

/38.djvu

			parszywą gębą za Chłopaczarą cały dzień latać, robotniczego 
wyskrobka udając. 
- Ty chłopski kapitalisto, robotniczego pochodzenia nie 
szanujesz, kułacze poglądy siejesz! 
Tudrej lagą o klepisko stodoły rąbną!. 
- Spokój! - huknąl, aż się stodoła zatrzęsła. - Stonkę 
przywleczono z Amer yki, ale to nie powód, coby wy swoje marne 
koncepta wyluszczali. Mądrości za wiele to u was w łepetynach nie 
ma, a z dowcipcm u niektórych też kiepsko. 
Wstał, rogatywkę na uszy nacisną!. 
- Wodę sodową co po nicktórym ze lba spuścić by 
należało. Toż ja wam już tyle razy powtarzał, jak dokumentnie i 
skutecznie to robić należy. 
- Jak? - szturchaliśmy się łokciami, mrugając do siebie 
łobuzersko. Było to ulubione powiedzenie Dziadka Tudreja, 
świadczące o jego dobrym humorze i znakomitym samopoczuciu. 
- Ot tak! Bierze się jakiegoś tam głupka - Tudrej 
pokazywał na jednego z nas - spuszcza się takiemu portki, w goły 
tyIck rzemieniem się leje, wtedy woda sodowa do głowy podchodzi 
i sama oczami wypływa. Uważajcie, coby ja o to Kutcrnogę nie 
poprosił! On by wam drewnianym kulasem dokumentnie wodę 
sodową z tyłka, niczym z przepełnionego syfonu, do głowy 
przetoczył i ile trzeba z oczu wypuścił. 
Zmarszczył brwi groźnie i zawadiacko, wyćwiczonym 
ruchem rogatywkę na głowie poprawi!. 
- A gdzie wasza kawaleryjska fantazja, ułani z Bożej łaski! 
No to czołem waszmościom! Może do jutra jaki tam z was choć o 
drobinę zmądrzeje. 


6. 


Balon siedział na gruzach oparty plecami o mul. Brudnymi 
rękami wyciągał z kieszeni ziarenka słonecznika, rozpoławiał je w 
zębach, smakował językiem, drobne serduszka gromadził za 
dziąsłami, wypychając policzki, łupiny wypluwał przed siebie. 


74 


Nagromadzone w ustach ziarenka rozgryzal, kłapiąc szczękami jak 
imadłem, rozkoszował się słodkim, przegniłym smakiem. 
Dochodziła godzina siódma. Ludzie wracali z kościoła. 
Czyżby Student nie przyszedł. To niemożliwe! To on przybił wczoraj 
wieczorem na drzewie przed domem paczkę sportów z 
osiemnastoma papierosami. Był to znak, że właśme o szóstej mają 
tutaj się spotkać. Od dawna tak robili i Student nigdy nie zawiódł. 
Spóźniał się wprawdzie piętnaście minut, specjalnie to robił, miejsce 
spotkania obserwował, jak kot obchodzi!, 
- Studencki kwadrans wszystkich obowiązuje, nawet 
takich dżentelmenów jak my - dodawał, klepiąc go po ramieniu. 
Balon sięgnął po papierosa. Przypalał go niedbale, 
zaciągając się dymem, podobnie jak robił to Student. Imponował 
mu tamten. Był kimś, wiele znaczył wśród jego kumpli, posłuch 
miał straszny, wszyscy przed nim jak pajace ze strachu skakali. Był 
od niego tylko o osiem lat starszy, a ile osiągną!. Podstawówki nie 
skońezy!, po dwa albo i trzy lata każdą klasę kiblowa!. Potem gdzieś 
przepadł, na parę lat z Drawska wyjechał, podobno w poprawczaku 
siedział, chociaż sam opowiadał, źe w Krakowie ekonomię 
studiował, a w wolnych chwilach między wykładami to nawet Nową 
Hutę z błota wyciągał- Był jeszcze dzieckiem, gdy Kurzepa z 
sierocińca go wzięła, matką chciała mu być, zamordowaną przez 
Niemców rodzinę zastąpić. Ale Student by! kimś, nikogo nad sobą 
nie uznawał, dom czy sierociniec za jedno miał- Wojna go 
wychowała, to i mu matki nie było potrzeba, za nic Kurzepę mial, 
doił ją strasznie, z pieniędzy strzygł, z domu wszystko wynosił, za 
bezcen kiziorom sprzedawa!. Nie bał się Kurzepy, chłopakom 
opowiadał, że z nią śpi, kicdyś za cycki przy nim ją złapał, na kozetkę 
jak szmatę rzucił... Wtedy on, Balon, uciekł, zwiał jak szczeniak, 
do dzisiaj nie może sobie tego darować. Student później drwił z 
niego, ale nikomu o tym nie powiedział, może nie chciał, może 
zapomnia!. Kurzepa też nigdy nikomu o tym nie mówiła, na 
Studenta nic złego nie rozpowiadała. Taki był Student. I taki Balon 
chciał być. Student był nie z tych, co lubili ryzykować, on wolał 
kraść cudzymi rękami, innych do wiatru wystawiać, własny tyłek za 
czyjeś sicdzenie chować, w cudze piersi się bić. Cwany był, do 


75
		

/39.djvu

			komenderowania smykałkę miał, skok nieźle potrafił zaplanować, 
pijaka w ciemnym kącie oskubać. niewinnego przechodnia z waluty 
wyczyścić, sklep "na sucho" obrobić, gliniarza w ucieczce z/,'Ubić. 
Dolą uczciwie z chłopakami się dzielił, połowę dła szefa brał, drugą 
połową po połowie z nimi się rozłamywał, szubrawskiego słowa 
nigdy nie skopał, chociaż niektórym pacanom za chlapanie mordą 
niezłe manto już spuścił. Miał Student takich swoich goryli, 
zakapiorów szcmranych, z sobą ich zawsze przywozil, kupą wszl(dzie 
łazili, kto im tam mógł podskoczyć albo zaszurać. Za zlotówkę 
mogli człowicka zabić, zmaltretować, jak szmelc do jeziora wrzucić, 
a potem jakby nigdy nic z kolesiami w knajpie popijać. Balon też 
chciałby tak postępować, ogromnym szmalem na wszystkie strony 
rzucać, przed dziewczynami się afiszować, takich kumpli mieć, a 
nie jakichś tam maminsynków zastraszonych, po atamańsku i 
chachlacku przewodzić im, rozkazywać jak basza, posłuch żelazny 
trzymać. 
Dużo mu jeszcze do Studenta brak, gdyby byl taki jak on, 
nie przestraszylby się wtedy Kurzepy, nigdy gołej baby nie widzial, 
a ona zupelnie nieźle wyglądała, cycki twarde jak pięści, biodra 
okrągłe jak dynie, siedzenie jak pęknil(ta balia, mógłby ze 
Studentem niczły numer odstawić, pokazalby Studentowi, co on, 
Balon, potrafi, na co go stać. Niech mu się jeszcze raz coś takiego 
przytrafi, jakaś baba w drogę mu wlezie, pokaże chłopakom, jak to 
się robi, jak on z kobietami postępuje. 
- Sam jesteś? - Student wyszedł nagle zza gruzów. 
- Sam, bo co? - odburknął Balon. 
- Coś taki opryskliwy, przyjacielu? - Student poczęstował 
go papierosem. - Zhardziałeś stary. Uczciwemu człowiekowi 
niegrzecznie odpowiadasz. 
- E tam - Student zawsze onieśmielał Balona. - Tylko 
myślałem, że już nie przyjdziesz. 
- To źle BaJon - drwił Studcnt. - W naszej robocie nie 
może tak być. Musisz wierzyć we mnie. Gdybym nie przyszedł, 
uprzedziłbym ciebie. 
Przypalił papierosa zapalniczką. Parę razy popstrykał nią, 
zapalając i gasząc płomień. 


76 


_ Fajna, co? - podrzucił zap.alniczkę w górę: 
Amerykańska. Podprowadzilem ją facetowI w pociągu. Masz, jest 
twoja. . ł' N' . I 
Balon wyciągnął rękę, ale w połowie zatrzyma ją.. le lIna 
. . d a Student j 'eszcze nikomu niczego za darmo me dal. 
plemę zy, . . 
- Ile chcesz za nią? - zapytal mepewme. 
_ Coś ty Balon, od przyjacie
a nie b.iorę. ... . '. 
Balon uważnie oglądal zapalmczkę, mgdy takiq me WIdział. 
Podobała mu się. . 
_ Fajna - powiedział z uznamem. - Na długo 
przyjcchaleś? 
Student rozglądnął sil( dookoła. 
- To zależy od ciebie. 
- Ode mnie? - zdziwil się Balon. 
_ Tak. Od ciehie - powtórzył Student. 
- Picujesz! . _ 
Student wyjął zza pazuchy butelkę willa I dwa blaszane 
kieliszki. . . . .. .. r 
_ Napij się. Zagraniczne. Byle kto takiego dZIsiaj me plj
. 
Balon Iyknął od razu. Zabulgotało mu w gardle, zakrztusił 
się, rozkaszlał. Odchrząknął, splunął przezzębr . . 
- Nie piłem w kieliszku - usprawledhwlał Się. 
Student uśmiechnąl się. . 
_ Bo pijesz po chamsku. Wina nie wali się jak czyścIOchy 
_ cedził alkohol przez zl(by. - Patrz, o tak, po troszeczku. No, 
sztachnij sil( jeszcze raz - wypił swoje wino do dna, n
lał ':' o
a 
kieliszki. - Mam dla ciebie robotę Balon. Jak 
Ię J?owledzle,. me 
b dziesz kiblował w Drawsku do końca życia, kapltahstą zostamesz, 
w\iałych rękawiczkach po świecie będzies
 jeździł
 w 
oloro,:,y
h 
dziewczynach jak w ulęgałkach przebierał, plCmędzlIlI jak 
kamieniami rzuca!. 
- Fansolisz? . . 
_ Wiem, co mówię Balon. Tylko mordę w kubeł I sza. Nie 
pożałujesz tego. 
- Czego? . . . , 
_ No powiedzmy - Student cedził słowa - ze pkIegos 


77
		

/40.djvu

			faceta interesują gruzy 
 Drawsku, no, może nie wszystkie. 
- Gm
? LudzIe stamtąd już wszystko wynieśli. 
- .G1UPIS Balon jak but. Facet przyjeżdża nie wiadomo 
skąd, płacI gm.bą forsę, to za co, kapujesz? On bez powodu to robi? 
- Co ja mam robić? 
Wypili prosto z butelki, zapalili papierosy. 
- No, zaczynasz .mówić jak człowiek z naszego fachu. 
Prz
s
ukas
 z :h1opakaml gruzy w miejscu, gdzie ci pokażę. Tam 
gdzles musI byc zawalony korytarz. 
- Ile za to dostanę? 
. . - C?j Balon. 
alon! Myślałem, żeś mądrzejszy. Facet zjawia 

Ię wcogmto, 
apujesz,. po kryjomu, płaci każdą forsę, a ty się 
j
szcze 
ytasz, Ile dostamesz. Zostaw to mnie. Krzywdy ci jak dot d 
me zrobIłem. ą 
Balon 
ie od
owiedzial. Myślał nad czymś intensywnie. 
--: To me lepIej sypnąć go na milicję i samemu wsz y stko 
zagarnąc. 
Student skrzywił się pogardliwie. 
. -Ma.sz łeb. 
i.e od parady, BaJon. A wJ.jazd za granicę? 
Kto 
I pom
z
? MIlICJa, co? Gliniarze ci zaraz pięknie za wszystko 
podzIękują I j
szcze się z tobą tym wszystkim podzielą, prawda? 
Zostaw to mme !3aJon!.A sam weź paru chłopaków z twej paki i do 
robot
. Tylko mc Im me mów. Szukacie złomu i już. Teraz dużo 
n
gus
w s
ka złomu na gruzach. Daję ci cztery dni czasu. SzmaJu 
me pozałuję. 


7. 


. Raz w tygodniu, w niedzielne popołudnie, na lące za 
Tudrejową stodołą, odbywała się nasza kawaleryjska musztra 

r.:yprowadzał na nią Dzia.dek kasztankę, pięknego konia. któC; 
jes
cze podobno w ka.waleni służył i którego Szałarnacha z wielką 
troską hOdow
l, oddając go Tudrejowi na nasze ułańskie potrzeby. 
s . . TUdrej. dlugo po grzbiecie kasztankę głaskał, po bokach i 
ZYJ pieszczotlIwIe poldepywał, do ucha coś jej szeptał, cukier w 


78 


kostkach podtykał, w chrapy zaglądal, owsem karmił, specjalne 
siano po łąkach kazał nam zbierać, obrok według ułańskiej 
receptury przyrządzał. 
Po "ojcowskim doglądnięciu" konia Tudrej długi i 
dokumentny wykład, jak po ułańsku na kasztance jeździć naJeży, 
nam robił. 
- Z fantazją i bez strachu musisz ty na koniu siedzieć - 
mówił. - Konia za przyjaciela mieć, z szablą w dłoni, odwagą w 
sercu i okrzykiem na ustach do boju przed siebie pędzić. 
Sto Tazy nam to wszystko powtaTzał, każdy szczegół 
osobiście sprawdzał, niczego nie popuścił, jak prawdziwych ułanów 
musztrował. 
- Chcesz ty konnikiem zostać. do wybrańców królowej 
broni należeć - nakazywał - wszystko ty musisz, cukanie jeden, 
umieć, przed niczym ty drżeć nie możesz, nikogo się nie bać. Ty 
musisz miłość do Polski z mlekiem matki w kolysce wyssać, śmiercią 
jak ostatnim lachmanem gardzić, dyscyplinę żołnierską we krwi 
wlasnej nosić. tradycje ulańskich pułków jak pacierz umieć, swoje 
miejsce w kawaleryjskim zakonie znać, kawaleryjską fantazją 
blyszczeć, dowódców i przełożonych jak własnych rodziców i Pana 
Boga słuchać, pułkowych kolegów za największych przyjaciół 
uważać, w potrzebie ich nie opuszczać, choćby przyszło za nich jak 
za ojczyznę życie własne poświęcić. 
I zaraz dodawał: 
- Mądrym' ty musisz być, uczciwym, sprawiedliwym ty 
stawać się musisz. Toż to się wszystko z mądrości bierze, mądrością 
się staje. Mądrość jest silniejsza niż siła. 
Kazał nam następnie po kilkanaście razy wskakiwać na 
konia i zeskakiwać, lruchtem iść, kłusować i galopować, na miejscu 
kasztankę osadzić, pod brzuch jej się chować, do karku przylegać. 
- Do natarcia marsz! - wołał. - Chodem na 
nieprzyjaciela ruszaj! Lanca na udo! Szahla do boju! - 
wykrzykiwał. - Huraaa!!! - wrzeszczał i nam jak opętanym drzeć 
się kazał. - Szykiem zwartym w cwał przechodź! Lance do boju! 
Szable w dłoń! - rozkazywał. - Szarżuj z impctem! Po ułańsku 
uderzaj! 


79
		

/41.djvu

			I sam pokazywał, jak cięcie nieprzyjaciela odparować, jak 
się zasłaniać i fartowne uniki robić, jak we wroga uderzać, od góry 
albo od dołu ciąć, nagłym dziobnięciem Szkopa płatnąć, szablą na 
lewo i prawo młócić. Marszem w szyku ubezpieczeniowym iść nam 
kaza\. 
- Rozwijaj się ławą w prawo! - wrzeszczał. - W galopie 
szyk przyjmuj! Idź równo! Uwaźaj, bo zaraz zrolujesz! Przechyl 
się, przechyl! - wymachiwał rękami. - Ryka i szabla wyciągnięta 
na wprost! 
Szałamacha obserwował nas z boku, głową na wszystkie 
strony obracał, jakieś ulańskie komendy wydawał, zrywał się, biegł 
za nami, oczy rękami zasłaniał, na zwalonej wierzbie jak na kobyle 
okrakiem siadał, gałęzie jak końską grzywę w rękach trzymaI, 
cwałował na drzewie za nami, aź mu tyłek od pnia odskakiwa\. 
Tudrej CO chwilę kasztankę osadzał, cukier jej pod chrapy 
podtykał, poklepywał przyjaźnie, to źle, a to dobrze robisz - 
oceniał. Denerwował się strasznie, chwalił nas głośno i ganił, bił 
brawo i pięścią nad głową gniewnie wymachiwał. 
- Skacz no ty teraz, skacz! - woła\.- Na co ty czeka], w 
szpicy ty jest! Tyle razy ja tobic powtarzał, źe ułan do ataku jedzie 
konno, jak wicher pędzi, tym wroga zaskakuje, a walczy pieszo. 
Źle, źle - sapa\. - Pięć razy by ciebie Szkop jaki jak Źyd śledzia 
na widelcu wypatroszył! Taaak! Tak! Wodze ty trzymaj krótko! Ty]ek 
tobie od siodła jak piłka odskakiwać nie może. No teraz! Śmiało 
na niego! Od ucha tnij! Do walki pieszej gotuj się! Ojej! Ojej! - 
jęcza\. - Gówno z ciebie nie ułan. 
A gdy nam coś wychodziło, wykrzykiwał radośnie: 
- Zuch! Zuch z ciebie! Małojec jaki! Ułan prawdziwy! Z 
tobą tylko na nieprzyjaciela chodzić, Szkopów po karkach tłuc, z 
ułanami szabelkami brzękać, ostrogami dzwonić, piosenki 
żołnierskie dziewuchom śpiewać, żurawiejki układać. 
Ogromnie z nas kontent na konia wskakiwał, ułańską 
polówkę na oczy wciskał, z szablą uniesioną do góry, z okrzykiem: 
"Lance do boju! Szable w dłoń!" ruszał z kopyta, przelatywał koło 
nas jak wiatr, konia nagle osadzał, zawracal, przed siebie gnał, jakby 
mu z pięćdziesiąt lat ubyło. Coś pięknego w nim było i w kasztance, 


80 


oczu od nich nie można było odetwać, gdy tak galopowali po łące, 
wyrzucając spod kopyt ziemię, trawę i kwiaty. Tudrej w biegu z 
kasztanki zeskakiwdł, w rowie się czaił, konia obok siebie czułym 
ruchem ukladał, i znowu cwałował przez łąkę i ugór, wśród krzaków 
i drzew, rowy z wodą jak na skrzydlatym rumaku przelatywał, jak 
ptak nad nimi fruwał, pod brzuchem konia się chował, w 
strzemionach unosił, barwy ułańskich pulków przywoływał, ułanów 
po imicniu wołał. do wachmistrza coś krzyczał, galopem po łące 
tętnił, kasztankę nagłe wśród drzew osadzał. 
- Do walki pieszej z koni! - krzyczał. - Ty jestcś 
koniowodem! - rozkazywał jednenm z nas. 
Zziajany, zasapany, koniec musztry ogłaszał, obok 
Szałamachy na zwałonym pniu siadał, ździcbełko odpoczą\. onuce 
na krzakach suszył, fajkę w zamyśleniu kurzył, o swojcj żołnierce 
opowiadał: co w swojej sekcji robił, do jakiego plutonu należał, w 
jakim szwadronie walczyl, o barwach 2 Pulku Strzclców Konnych 
godzinami prawił, o proporczyku szmaragdowo-amarantowym, 
co po środku chabrowy pasek miał, ze łzami w oczach wspomina\. 
Liniowym był, pod komcndą samego wachmistrza Kuszeli 
służy\. W jego szwadronie były 4 plutony liniowe, stu dwudziestu 
chłopów niczym malowanych, silnych jak tur, najodważnicjszych z 
odważnych, za sobą w ogień i śmierć gotowych skoczyć. Tacy to 
byli polscy ułani, różnc mieli zadania, normalne obowiązki, 
kaźdemu żolnierzowi przypisane, do walki kawaleryjskiej z szarżą 
byJi przeznaczeni, spieszeni za picchotę bić się mieli. Na 
rozpoznanie wroga chodzili, swoim wojskom ubezpieczali skrzydła, 
osłaniali odwrót. Taka to była Tudrejowa żołnierka. Tak na dobre 
to ona się dopiero od Pilsudskiego zaczyła, bo tej za cara to i 
wspominać nie warto. 
Wołyńska Brygada Kawalerii, znaczy się jego brygada, pod 
dowÓdztwem pana pulkownika Filipowicza już picrwszego września 
do naj cięższych walk w obronie ojczyzny stanęła, z honorem i 
poświęceniem za Polskę walczyła. Drugiego dnia wojny pod Mokrą 
z 4 Dywizją Panccrn'! Hitlera, zakut'! w żelazo, śmiertelnie się 
zwarła, Niemców na leb i szyję pobiła, w pył rozniosła. Garstka 
Polaków przeciwko Niemcom stanęła, 3 Pułk UłanÓw,ich pułk, 


81
		

/42.djvu

			dywizjony i szwadrony wsparcia. O każde drzewo, o krzaczek 
najmniejszy, o grudkę ziemi naszej, o ziarenko polskiego piasku 
przez caly dzień toczyla się walka. Pięć razy przebrzydle Hitlery na 
nich szli, jak okiem sięgnąć tylko niemieckie czołgi i czołgi, a za 
czołgami aż rojno było od niemieckiej piechoty. Ale pan pułkownik 
Filipowicz żolnierz nie byle jaki, wódz jak się patrzy, konnik 
największy z największych, wiedział, jak Szkopów bić. Gdyby 
wszyscy dowódcy byli jak on, jcgo w sztabie sluchali, nigdy by polski 
żolnierz wrześniowego poniżenia nie zaznal, goryczy Idęski nie 
doświadczył, żadnej bitwy nie przegra!. Toż pan pułkownik 
Filipowicz pod Mokrą od śmierci ich wszystkich wywabił, gdyby 
nie on, to wszyscy Polacy by tam już ziemię gryźli, nawct żołnier- 
skiego pochówku nie mieli. Niemcy by ich czolgami rozjeździli, 
dzialami roznieśli. 
W poludnie Szkopi ich tak przydusili, że on, Tudrej, myślal, 
że to już koniec, że wszystko stracone, ojczyzna znowu zaprzepa- 
szczona na wieki. Szkopy pod polanę podeszli, tor kolejowy zdobyli, 
z paru metrów w oczy im śmiercią zaglądali. Wtedy Tudrej wieczne 
odpoczywanie zaczął odmawiać, znakiem krzyża świętego ze 
światem się żegnał, wymówieniem Bożego imienia żonę 
przypominał. Ale co tam Bogu z takiej modlitwy, więcej w niej 
było nienawiści do SzkopÓw niż Panajezusowej miłości. Zaklął 
przeto szpetnie Tudrej w ostatniej godzinie życia, przyrzekł sobie, 
że skóry swojej Szwabom darmo nie odda, ile będzie mógł, 
niemieckich psubratów natłucze, innym łatwiej będzie zwycięstwo 
odnieść. Wachmistrz Kuszela chyba tak samo myślał, papierosa za 
papierosem kurzyl, szczęki mu jak młyńskie koła Imały, 
przekleństwa jcno zębami mel!, szablą w ręku jak błyskawicą na 
wszystkie strony robił. Wtedy właśnie pan pułkownik pokazał 
Szkopom, co potrafi, jak się wroga zwycięża. Pułk Tudreja z 21 
dywizjonem pancernym do niespodziewanego kontrataku wysłał, 
wtedy właśnie, kiedy Szkopi pewni już byli zwycięstwa, a Tudrej 
swoje wieczne odpoczywanie klepał. Ruszyli Polacy jak burza, jak 
zatraceńcy ostatni, jak desperaci bez życia, byle tylko hitlerowskich 
psubratów dopaść, bagnetami na strzępy roznieść, na cztery strony 
świata rozpędzić. Wspierały Polaków dwa pociągi pancerne, siła 


to była ogromna, gdyby kawaleria w takiej nowoczesności wojennej 
miała wsparcie Niemcy by nawet stu metrów po polskiej ziemi nie 
uszli. Z lasu prażył do Niemców drugi dywizjon artylerii konnej. I 
Szkopi stanęli, jakby im kto olowiu w hajdawary nasypał. Może 
jak tak pędzących przed siebic Polaków zobaczyli, to śmierć własną 
jeszcze za życia ujrzeli, wzięli nogi za pas, aż im się portki ze strachu 
zbejcowały. Czołgi niemieckie najeżdżały na czołgi, jak marmoladę 
gniotły niemiccką piechotę. Szkop do Szkopa strzelał, Szwab 
Szwaba w zaślepieniu zabijał. Miło było takie zwycięstwo już we 
wrześniu na własne oczy oglądać. Pan pułkownik Filipowicz z naszą 
i Bożą pomocą tego dokonał. 
Tu Tudrej opowieść swoją przerwał, zębami zgrzytał, 
przedwojennych pułkowników i generałów za pohańbienie ojczyzny 
wyklinał, od czci i wiary odsądzał, wrześniowych kolegów 
przywoływał. Na baczność wtedy musieliśmy stać, w mundury 
wojskowe się ubrać, karabiny po kawaleryjsku trzymać, znicz 
ogniska zapalić. Tudrej imiona i nazwiska żołnierzy września z 
Szałamachą na przemian wymawiał, do apelu poleglych wzywał, 
strzelawkami salwę honorową robić nam kazał. 
Do opowieści swojej powraca!. 
- W kraju było niedobrze - mówi!. - Szkopi pod 
Warszawę podchodzili. Napatrzył się ja na mękę i ból, ludzkiego 
nieszczęścia nawidział, człowieczej rozpaczy i tragedii naoglądał. 
Normalna to rzecz, żołnierska, na wojnie żolnierzowi ginąć, 
wrogowi śmierć zadawać, nieprzyjaciela podstępem podejść, ale 
coby dzieci mordować, ludzi czołgami rozjeżdżać, kobiety nie 
uszanować, bomby na cywilną ludność z samolotów rzucać. Dlatego 
każdy do boju się rwał, coby jak najszybciej tych psubratów z kraju 
wypędzić, a niejednemu z nas, to i marzyło się Szkopów aż do 
Berlina pogonić. A Niemcy kłamstwo za kłamstwem, tak nam się 
wtedy wydawało - zastrzegał się Tudrej - na całą Europę 
wyszwargotywowali, że Armia Poznań zdziesiątkowana, Armia 
Łódź rozbita i że Wołyńs}<:a Brygada Kawalerii przestała istnieć, że 
to oni zwyciężyli pod Mokrą. 
Serce człowickowi stawalo, nie ze strachu jakiego, ino ze 
złości, co gniewem wzbierała. 


82 


83
		

/43.djvu

			- Jak to? - zaperzali się chłopcy. - Kto kogo pod Mokrą 
pobił? Kto kogo zwyciężył? Jeszcze to hitlerowskie ścieIWo na polu 
leży, a Fryce światu propagande robią, w żywe oczy z daleka nam 
plują. I każdy tylko zębami zgrzytał, za szable i karabiny w gniewie 
chwytał, granaty bezsilnie w dłoni zaciskał. 
Widział to i słyszal pan major Łęczyński, zastępca dowódcy 
pułku, chłop morowy, do rany go przyłóż, z niejednych wojennych 
tarapatów siebie i ułanów salwujący. 
- Z rozkazem dowódcy do was przychodzę - powiedział. 
- Poprowadzc; was na nocny wypad na Szkopów. Pokażemy 
Niemcom, że Wołyńska Brygada Kawalerii wciąż walczy i zwycięża. 
Sześćdziesięciu mi potrzeba. Więcej nie mogę wziąć. 
-Wyruszyli my nocą - ciągną! swoją opowieść Tudrej. 
Słuchaliśmy go z zapartym tchem, czas wojny wyobraźnią 
przywołując. Słyszeliśmy, jak jęczy w jego słowach skIWawiona 
ziemia, wycukana bombami, jak o pomoc wołały sady i ogrody, 
czuliśmy ból stratowanych kwiatów, połamanych strumieni, 
okaleczonych rzek, zrozpaczonych domów. - Bagnety my na 
czarno okopcili sadzą - mówił Tudrej. - Załadowali my amunicję, 
granaty my po kieszeniach pochowali. Linię frontu dawno my juź 
minęli, a Niemca jak nie było, tak nie ma. Choćby paru psubratów 
dOIWać, kulami w ślepia im plunąć, ze skancerowaną mordą do 
Berlina odesłać, coby Hitler zobaczył, żc z Polakami niełatwo, że 
na Polskę ręki bezkarnie podnosić nie można. Doszli my juź do 
Kamieńska, dwadzieścia kilometrów w ciemnicy przeszli. Tutaj z 
daleka zaśmierdziało Szkopami. Zaatakowali my od razu. 
Rozpoczęło się piekło. Niemcy wyskakiwali w galotach, spali 
Hitlery, jakby sobie na wycieczkę do Polski przyjechali. Nie broniłi 
się długo, karabinami na oślep jak cepami machali. Gdzie im tam 
do walki wręcz z Polakami siC; brać, żołnierskiego fachtunku jak 
my oni nie umieli. Padali jak wieprze, jak szczury się po kątach 
chowali. A my tylko karabinami na wszystkie strony robili, z biodra 
do Szkopów wygarniali, od dołu my ich szturchali i dziobali, na 
bagnety jak susz nawlekali. Każdy z nas za pięciu się bił, za 
dziesięciu Szkopów tłukł, za dwudziestu krzywdy ojczyzny mścił. 
- Wołyńska Brygada Kawalerii tego dokonała, sam pan 


84 


pułkownik Filipowicz gratulacje mi składał, tę rękę ściskał - 
kończył Tudrej i na Szałamachę z dumą spoglądał. , 
_ Tak. Tak - przytakiwał mu Kuternoga, cos tam 
uzupełniał, pokazywał na migi, o coś z Tudrejem się sp.rzeczał. . 
Ginęły w mroku ich słowa, łąkową skargą szumIał pobhs.kl 
zagajnik, szemrały nadbrzeżne trzciny, krzaki i szuwary PO?C
o
zJł
 
do nas gromadą zieleni, przykucnęły wśród brzóz, stulet?le 
wlerkl 
cieniem układały się do snu wieczornego, szeptała do mme wilgotna 
ziemia: 
Takie są dzieje twojej ojczyzny. Tacy jak oni musieli dl
 
ojczyzny krew swoją przelewać, o niepod
egłość i w
lność Pols.k
 
przcz całe życie walczyć, żeby Polska zyła, tac
 j
k Tudrej 
 
Szałamacha przez sto dwadzicścia tr
y l
ta mu.sle
1 dl
 Polsk
 
umierać, kark swój pod batogiem do Zlemlprzegm.ac, kaIdanamI 
brzęczeć. To oni, dziadowie i ojcowie was
, ?d?ah wa
l Polsk
, 
przywrócili ją marzeniem wolności, nadz.ICJę 
ak sło
ce w. mą 
tchnęli. Powierzyli ją w wasze ręce skrwawIoną l poran
oną, mną 
niż była, ale wciąż polską, z Piastów zrodzo
ą, Jaglellon,aml 
potężną. Dzisiaj Polska już krwi swoich 
ów am łez 
at
k.' cor

 
i żon nie potrzebuje, żeby być wolną i mepodległą ?lcZYjeJ kIWI I 
łez już Polsce nie potrzeba. Wy musicie kraj nasz z wm'p
.zeklętych 
uwolnić chwalebne i niechwalebne blizny przeszłoscl za swoJe 
uznać, skrytobójcze rany Polaków odważnie po
azać, poznać ich 
ból i gorycz zrozumieć, w duszy swego pokolema dla potomnych 
przechować, spalić ogniem miłości, żarem serdecznej 
adumy w 
sercu zagoić, iskrą nadziei bramy świata Polsce ot
or
y
. . . 
Polska znowu jest - mówiła ziemia - najwazmejsze, ze 
jest, tak jak była w 966 i w 1918 roku, w roku 1795 i 
 roku 1944. 
Polska nie może być przez jakiś czas, przez lat 8
9.am przez lat 21. 
Polska musi być zawsze, musi być wiecznie, WCI
 nasza .1 zav.:s
e 
nasza, polska polskością minionych dziejów i wIelka wlelkoSClą 
polskiego czasu. . . . ,. . 
Wy dla niej dzisiaj nie musIcIe umlera
, 
eby .Polska był
 
Polską wy nie musicie o Polskę się bić, wy m
s.lcle dZIsiaj dla 
I
j 
się uczyć, jutro pracować, a pojutrze potęg
 Jej włas
ą mądro
c
ą 
pomnażać, codzienną pracą umarniać, polskI czas sWOJą obecnosClą 


85
		

/44.djvu

			zwielokrotniać. A jeżeli Polska stawać się będzie inna, znowu 
prywatą i egoizmem skażona, glupotą spętana, waśniami jak murem 
podzielona, intrygami zatruta, w falszywych proroków wierząca, 
jeżeli nie będzie to Polska Kościuszki i Piłsudskiego, Żeromskiego 
i Mickiewicza, twoja i moja Polska, nie szablą i karabinem, ale 
trudem wlasnych rąk, myślą odważną, prawym działaniem, słowem 
rozważnym jej polskość macie przywracać, żeby prawo zawsze w 
niej było prawem, sprawiedliwość sprawiedliwością i żeby Polska 
stawała się Polską. 
Wy tak macie w swojej ojczyźnie żyć, pracować, bawić się i 
w niej wlodarzyć, aby o dostatnią, sprawiedliwą i niepodlegIą Polskę 
żadne polskie pokolenie nie musialo się nigdy już upominać. 
Wy macie ojczyznę pracą i nauką odbudowywać, miłością 
swoją upiększać, troską serdeczną pielęgnować, narodową 
godnością upolszczać, czynić ją wielką wśród narodów Europy i 
świata. 
Slowa ziemi plątaly się w skłębionej mgle, szeptem 
łąkowych traw i kwiatów wśród bagien zacichały, mrokiem 
zmierzchu trzepotały wśród łozin i szuwarów, ginęły w mokradłach 
i rozlewiskach, serdecznym echem krzyczaly wśród drzew i 
zabudowań, ciszą nocy ubaśniały księżyc, srebrem marzeń 
sprowadzały gwiazdy do jeziora. 
Spór z Kuternogą o wojenne dzieje Tudrej pociągnięciem 
bimberku z manierki zakańczał, wąsami jak szczudłami ruszał, a 
odetchnąwszy głęboko, jakąś piosenkę nucić zaczynał. 
- Śpiewajcie chłopaki ze mną - wołał. Najpierw to: 
"Czerwone maki na Monte Cassino", potem "Szumi dokoła las", 
"Dziś do ciebie przyjść nie mogę" pierwszy intonował. "Nie rzucim 
ziemi skąd nasz ród" i "Marsz, marsz Polonia" na cały głos 
wyśpiewywaJ. Kuternoga mu grubym głosem wtórował, manierkę 
z gorzałką pod nos podtykał, w bok łokciem go trącał, nas do 
śpiewania szturchańcami zachęcał, aż wszyscy razem, pełnym 
głosem, całym sobą Tudrejową piosenkę podchwytywaliśmy. 
Nagle Tudrej ruchem ręki pieśń naszą przerywał, pod boki 
się brał, przytupywał siarczyście, wąsa zawadiacko podkręcał, w 
dłonie po kozacku klaskał, żurawiejką w ostatnie słowa naszej 


piosenki wchodził: 


Cienki w pasie, tęga glowa, 
To jest ulan z Hrubieszowa. 
Szałamacha na to tylko oczami łypał, bialkami jak 
lusterkami błyskał, drewnianą nogą z łoskotem o ziemię walił, o 
drzewo tłukł, Tudrcja w kozackich podskokach obtańcowywal, 
skocznymi podrygami okrążał i na cały głos ryczał: 
Hej! dziewczęta w górę kiecki! 
Jedzie ulan jazIowiecki. 
A Tudrcj odśpiewywał mu natychmiast: 
A kto wroga krwią zbroczony? 
To piytnasly pulk czerwony. 
Szałamacha gniewnie glową do tylu rzucał, przystawał, pod 
boki się brał, zdrową nogą jak koń wierzgal, porywał kogoś z nas w 
szaleńczy taniec, obok Tudreja przytupując przelatywał, nad 
ogniskiem gardlowym głosem wirował: 
Mają dupy jak z mosiądza, 
To ulani są z Gmdziądza. 
Tudrcj mu drogę zalatywał, od ogniska odpychal, ostatnie 
slowa przyśpiewki wojowniczym basem zagłuszał: 
W boju krepkij, w miru slawnyj, 
Dwadcac trelij prawoslawnyj. 
Przekrzykiwał go Szałamacha: 
Kto w SuwalkaclJ robi dzieci? 
Szwoleżerów to pulk trzeci. 


Tudrej nie dawał za wygraną: 


Zawsze dzielni, zawsze zmmi, 
KreclJowieccy to ulmJi. 


86 


87
		

/45.djvu

			Kut
rnoga nie śpiewał, ale ryczał, jakby kopę jajek na 
surowo wypił: 


8. 


rzeka radości i rzeka smutku, rzeka mojego dzieciflstwa. 
Jerzyk czekał już na mnie, łapał ryby na kaczym bagnie, 
nad samym brzegiem Drawy, wśród trzcin i tataraku, traw większycb 
od niego, wikliny tak gęstej, ŻC wąż tamtędy by się nie prześlizgnął. 
Straszne tu było odludzie, dzikie i nicdostępne, bulgotało 
bczdennymi głębiami czarnej jak smoła wody, otwierało się 
skompami mułów, wybucbało otchłaniami mazi i błota, zaciągało 
bezkresną mgłą. Nikt tędy nie cbodził, od początku świata noga 
ludzka IU cbyba nie stanęła, rybacy i myśliwi z daleka to miejsce 
omijali. Drawa topielców tutaj znosiła. Rucbomy staw rano 
przesuwał się aż do brzóz, cofał się nagle wieczorem, mieliznę 
złotcgo pisku odsłaniał, błyskał promieniami zacbodzącego słońca, 
światłem księżyca rozlewał się po uroczysku, ogniskami świetlików 
po kępacb skakał, a wodę miaf taką czystą, że można się bylo w 
niej jak w lustrze przeglądać. Dna stawu nie bylu widać, taka tam 
była głębia. 
Ryby brafy przecudnie, żerowały przed zmierzchem. 
Spławiki sprężyście zanurzafy się w wodę, wyciągaliśmy jazie, płocie 
i klenic. Piękne to było łapanie, oczy wpatrzone w rzekę, 
nicrucbome sprężenie ciała, przesunięcie ręki do przodu, skok 
spławika pud wodę, pudcięcie, drżcme naprężonej żyłki, wygięcie 
leszczynowegu kija. krótkie mocowanie się z rybą, srebrne błyski 
w głębinie, szaleńczy tanicc żywego srebra na żyłce. 
I nagle nic, jakby siekicrą uciął, żadnego brania, nawet 
naj mniejszego szturchnięcia. 
- Zrób głębuki grunt - szepnął Jerzyk. 
Przcsunąłem spławik do gÓl)'. Zarzuciłem, korck miękko 
osiadł na wudzie, kręcił się, plynął w dół rzeki. Nawet nie drgnął. 
Jcrzyk odłożył wędkę. Przeszedł kilkanaście kroków wzdłuż 
brzegu, wrócił, uważnic obserwując rzekę. Położył palec na ustach, 
przywołał mnie skinieniem ręki, nakazał milczenie. 
- Co tam? - zapytałem cichutko. 
- Szczupaki - odpowiedział bezgłośnie. 
Zniknął wśród pobliskich krzaków, a gdy pojawił się znowu, 
trzymał w ręku niedługi jesionowy kij, na koflCU którego zwisał 
kawałek grubej żyłki z trzybakową kotwicą. Była to słynna 


Mina dUl11na, a leb pusty, 
To jest pulk ulanńw szósty. 
_. I tak .rąb
łi w si
bie żurawiejkami, przekrzykiwali się 
spl
wem, docmah sobie p.lOsenkami, a jedna była od drugiej pięk- 

Ie!sza. TudreJowe powazne, za serce cbwytające; Szałamacbowe 
smICszne, ru
as
ne, cbi
botem perlistym okraszone, a kłócili się 
p
z
 
m .0baJ .s
arczyścI.e, do oczu sobie skakali, po plecach się 
plęscra
1 wahh. 
Ilkh .gwałtownie, spór gorzałką zapijając. 

reszcI
 :;;rzybyl.1 l:ł
m P?d okicnko" albo "Rozkwitały pąki 
bl.ałycb .I?Z zgodme splewah, kasztance owsa w worku przy pysku 
wleszah l prowadząc sicbie wzajemnie "Stoi ułan na widecie" 
m
uczeli, ale w wersji tak nieprzyzwoitej, że nawet dla takicb 
dZiewcząt jak Cbłopaczara nie można jej bylo powtarzeć. 


. Szedłcm nad Drawę i to było naj piękniejsze. Nic piękniej- 
s
ego me mogło już być. Na ryby szcdłem, szukałem Jerzyka, myś
y 
Się zawsze nad rzeką spotykali. 
.Bardzo lubię przed siebie iść, nigdzie się nie śpieszyć, po 
h!kacb l p
lach .
Ię włóczyć, na krzaki i drzewa patrzeć, po niebie 
za ptak
ml g?mc, motyle wśród kwiatów sobą rozpędzać, bosymi 
st
p

m po wrlgotn.cj ziemi ,s:orować. A potem cicbutko nad Drawą 
USląSC,. 
 trawę SIę zapasc, w trzciny scbować, wędkę daleko 
zarzucI c: czarną głębię .w
dy oczami przenikać, w rzekę się 
wsł
chac, sz
erem trzcm I tataraku serce upajać, wilgotnym 
powiewem WIatru oddychać. 
. 
raw.a płynęła tędy już dawno. bardzo dawno, pamiętał ją 

zIadek I DZiadek dziadka, czyli była to stara rzeka, mądra rzeka, 
piękna rzeka'"szeroka rzeka. Tudrej opowiadał nam o różnych 
rzekach, o WiSie, ° Bugu, o Odrze, ° Niemnie. Ale ja kochałem 
tylko Drawę. Dla mnie to była rzeka rzek, rzcka nieba i rzeka ziemi, 


88 


89
		

/46.djvu

			s
cz
pakówka Jerzyka, której mu zazdrościliśmy i na której, jak 
11lk
 mny, łapa! Jerzyk szczupaki, i to jakie szczupaki! Wycinaliśmy 
takie same kije, kupowaliśmy taką samą żyłkę, w tym samym 
sklepie, taką samą kotwicę, kiełbiki zakładaliśmy na żyłce łapane 
w tym samym miejscu, ale nigdy nie dorównaliśmy Jerzykowi w 
!owieniu szczupaków. On zawsze mial ich kilka, a ja jak złapałem 
Jednego, dwa, to było już coś. 
Jerzyk twierdzi!, że jego szczupakówka jest zaczarowana 
że nikt jej nie może dotykać, ajuż na pewno drugi rybak. Kij trzeb
 
o pó!nocy.wyciąć sto kil
metrów stąd na wiejskim cmentarzu, tępym 
scyzorykiem na groble samobójcy, żyłkę zaraz po kupieniu 
zamoczyć na całą noc w jeziorze, w miejscu, w którym utopiła się 
młoda dziewczyna. 
- Musi to być szachrajka - stwierdza! stanowczo. - 
Koniecznie szachrajka. 
A ja chciał Ch!opaczaJ:ze dokuczyć, to zaraz dodawał 
uśmiechając się łobuzersko: ' 
- Tylko nie taka wielka jak Chłopaczara. 
Jerzyk stararmie założy! kiełbika na kotwicę, sprawdził 
zaczep!enie, pstryknął go w ogon, zacz	
			

/47.djvu

			polami, zaczepiając skrzydłami o bruzdy i miedze. Pachniało mułem 
i tatarakiem, łąka odurzala wonią trawy i mgły. 
Patrzyliśmy w płynącą rzekę. Jerzyk zobaczy! go pierwszy. 
Szczupaka, o którym w Drawsku rybacy opowiadali legendy. Stal 
przy szuwarach, warował przy piaszczystym dnie, na mieliźnie 
ruchomego stawu, wygrzewał się w ostatnich promieniach słońca, 
wyglądal jak potężna kłoda rzucona do wody. Na piasku pod jego 
brzuchem woda delikatnie drżała, marszczyła się mrokiem, mącona 
niewidziałnymi ruchami płetw, falowała cieniem brzóz opadających 
gałęziami do stawu, wirowała zielonymi warkoczami zielska. Był 
naszym wrogiem i przyjacielem zarazem. Chcieliśmy go złapać, tak 
jak rybak zamierza pochwycić wymarzoną rybę i ocalić 
jednocześnie, tak jak przyjaciel pragnie ocalić życie swojego 
prZ}jaciela. 
Patrzyliśmy na niego z zachwytem, na potężne piękno, które 
w nim wzbierało, na srebrne lance pletw, na strzeliste tarczc 
oskrzeli, na złote migi słońca odbite od łusek. 
Długo na niego czekaliśmy, tyle dni i tygodni minęło od 
chwili, gdy pierwszy raz zobaczyliśmy go na mieliźnie ruchomego 
stawu i gdy normalne oczko jak nitkę nam porwał. Bo jego można 
było złapać tylko na oczko, na żywca on nawet patrzeć nie chciał. 
Założyliśmy na niego dwa oczka ze stalowego drutu, spccjalnie je 
zrobliśmy, na innych szczupakach wyćwiczyli. Podcszliśmy go od 
zawietrznej, nawct nic drgnąl, nic poruszył się, wciąż trwał 
nieruchomy na dnie stawu, w miejscu, gdzie woda łagodnie 
schodzila w głębinę. Szarpnęliśmy jak na komendę, zakotlowało 
się, jakby ktoś granat z karbidcm wrzucil nagle do wody. 
Ciągnąłem z całych sil, do góry, w dół, przez głowę, 
szarpałem na boki. Szczupak odwrócił się tyłem do nas, parł na 
środek ruchomego stawu, leb trzyma! przy dnie, jak rakieta 
wyskakiwał nad powierzchnię jego potężny ogon, fontanny wody 
laly się na nas. Zaparliśmy się nogami o kępy traw, ciągnęliśmy 
oczka na ślepo, byle tylko wyci	
			

/48.djvu

			9. 


dodatku. Na przerwie Chłopaczara postukała się w czoło, wyzwała 
nas od idiotów i błaznów i to takich, jakich jeszcze w tej szkole nie 
było, z tym, że większym idiotą ode mnie jest Jerzyk, ja zaś błaznem 
głupszym od niego. No to żeśmy dorwali ją w szatni, w kąciku 
umiejętnie przycisnęli, poszturchali troszeczkę, rozumu gdzie 
trzeba poszukali, po męsku wytłumaczyli, że jej głupota jest 
dwukrotnie większa od naszej. Dwie zielone żaby za błuzkę jej od 
razu wpuściłem. Nie pisnęła nawet, skubana jaka! Wicrzgnęła 
nogami jak jałówka, odepchnęła mnie tak mocno, że leciałem przed 
siebie jak latawiec na urwanym sznurku, lądując, ku memu 
przerażeniu, w opiekuńczych ramionach pani Kowalskiej. 
- Co się tu dzicje? - zapytała nasza wychowawczyni, 
przytrzymując mnie za ramię. 
Stanęliśmy z Jerzykiem z pokornie zwieszonymi głowami, 
potulni i cisi, jak baranki niewinni. 
_ Pytałam was o coś - powiedziała z naciskiem pani 
Kowalska. 
Jerzyk zaniemówił, jakby mu na zawsze mowę odjęło. 
_ Wyglądałeś jak cymbał - skomentował później i z 
obrzydzeniem spłunął na ziemię. 
Chciałem coś powiedzieć, skłamać, że to nie my, że to... 
Chłopaczara, zacząłem się jąkać, plątać, szepetławić, jak przygłup 
jaki pokwękiwać. Chłopaczara wygrzebała się z kąta, stanęła obok 
nas. Wbiła we mnie roziskrzone, świecące oczka. Uśmiechnąłem 
się do niej od ucha do ucha, najserdeczniej jak tyłko umiałem. Ale 
zanim cokolwiek zrozumiałego jęknąłem, Chłopaczara wsadziła 
mi w rozdziawioną gębę zieloną żabę. Pani stłumiła śmiech, Jerzyk 
parsknął .jak zdziwiony źrebak, zarechotał, jakby mu ktoś język w 
sztachety wsadził, zamilkł nagle, zakrztusił się obrzydliwic, żabę 
na korytarz wypluwając. Wszyscy troje: ja pierwszy, Jerzyk za mną, 
Chłopaczara na końcu pomaszerowaliśmy z panią Kowalską do 
pokoju nauczycielskiego. Trucia było co niemiara. Najpierw pani 
Kowalska o potrzebie dobrego wychowania mowę palnęła, wstydząc 
nas i do naszego sumienia się odwołując. Potem kierownik swoje 
dołożył, ględził i ZWidził, o dobrych i złych Połakach z pół godziny 
bez przerwy mówił, o walce klas przemówienie wygłosił, jakby 


jednocześnie. Głos mi odjęło. A on stał, spokojnie wachlował 
płctwami, poruszał nimi niedbałe, jakby od niechcenia, sycił się 
zemstą, napawał moim przerażeniem. Rzuciłem się do ucieczki, 
upadłem, zanurzając się cały pod wodę, zerwałem się znowu, i 
znowu upadłem, Jerzyk stał obok, wrzeszczał też jakby go ktoś ze 
skóry obdzierał, walił rękami w wodę, trząsł się jak galarcta. Wtcdy 
szczupak ruszył, wolno, wolniutko płynął w moim kierunku, nie 
śpieszył się, pewny był swego zwycięstwa. Oczu od niego nie 
mogłem oderwać, nogi odpływały spode mnie, sztywnialy jak kołki. 
Zamknąłem oczy. Ale on przemknął obok mnie, woda zimnym 
chłodem zafalowała mi koło nóg. Myślałem, że zaatakujc Jerzyka. 
Minął i jego, wielki cicń sunął przez piasek, zniknął w zielsku za 
czarną otchłanią zakrętu. 
Nie spotkaliśmy go nigdy więcej. Może złapał go jakiś 
kłusownik, może zdcchł ze starości, wyniósł się gdzieś daleko stąd, 
do innej rzeki albo do innego jeziora odpłynął. 


Zbliżał siC;; koniec roku szkołnego. Coraz więcej i częściej 
pytali nas nauczyciele, utrwalali materiał z czwartego okresu, robili 
nie zapowiedziane powtórki i nagłe klasówki. Nikomu z moich 
kolcgów nie groziła dwója z żadnego przedmiotu, więc życiem 
szkoły, a nawet naszej klasy, nie bardzo żeśmy się przejmowali. 
Dla nas istniały tylko koszary, kawaleria i Dziadek Tudrej. Odbęb- 
nialiśmy lekcje jak można bylo najszybciej, starając si<; jak najmniej 
czasu poświęcać na naukę czy odrabianie pracy domowej. Ganił 
nas za to Tudrej i do solidnej nauki zapędzał. 
_ Piątki samc musicie mieć - nakazywał.- Nauką, pracą 
i żołnierską służbą najpełnicj miłość do ojczyzny wyrazić można. 
Po wyzdrowieniu zabrałem się więc do nauki. Nawet nieźle 
mi szło, czwÓra z matmy, piona z historii i polaka. Wpadłem przcz 
Chłopaczarc;;. Na fizyce podpowiadałem Jerzykowi, Chlopaczara 
zresztą tcż, ona dobrze, ja lepicj nie mówić. Alc Jerzyk nie posluchał 
jej, wybrał oczywiście mnie. I dostał balona. Z wykrzyknikIem w 


94 


95
		

/49.djvu

			zwycięstwo nad kapitalizmem tylko od nas zależało na koniec 
gadkę o jed
ostcc i kolektywie palnąl, naci szkodliwoś
ią naszego 
postępowama ubolewał. 
C?statni baje.r pani Kowalska wstawiła. Mieliśmy 
n
tychmlast przc.pl,-OSIĆ Chlopaczarę i na zgodę poclać jej rękę. 
Diabeł by chętmej sIęgnął po relikwię świętą niż my po clloń 
Chłopa czary. Ociągaliśmy się, czekając, który z nas zrobi to 
ple

zy. 
e Chłopaczara, wyci
,gnęła do mnie rękę, dygnl(la przed 
namI jakby jednego z nas clo tańca zapraszała, powiedziala głośno: 
"Przepraszam", i śmiejąc sil( zniknl(la w drzwiach pokoju 
nauczycielskiego. . 
Naz
jutrz, zaraz na pierwszej lekcji, kierownik szkoly 

ołał mn
e z klasy, zaprowaclził do swojego gabinetu, w wielkim 
skorzanym fotclu usiąść mi kazaJ. 
. .Był u nie?o 
enuś,. brat Danka, chlopakz naszej ulicy, który 
mgdy SIl( z namI me bawIł. Po skończeniu ogólniaka nosił dalej 
czerwony kr
wat, nowiutką warszawą po Drawsku jeździl, z 
dZlewczynanu po parku za rączkę się prowadzał. 
- Masz taki stary rower, prawda? - zapytał. 
- Tak. To mój i Jerzyka - wyjąkałem. 
. Miałem rzeczywiście wspólnie z Jerzykiem rower, skJaclak, 
prze


wny rower, 

órego wszyscy nam zazdrościli. Sami go 
zroblhsmy, z p:
eroznych części złożyli, wszystkie żeśmy na 
stry
hac
 znalezh, z gruzów i śmietników pościągali, za paczkę 
paplerosow ze skupu złomu ocl stróża wycyganili. Dwa tygoclnie 
wszystko to .clo kupy skladaliśmy, skręcali i pasowali, aż każda część 
za
kocz
la Jak trzeba: polska rama, niemieckie pedaly, angielski 
łancuch l ruska kIerownica pasowaly clo siebie jak ulał. 
_ - To świetnie! - nie pozwolił mi clojść do glosu. - 
Bęclzlesz startował w wyścigu. 
- Ja w wyścigu? - zdziwilem się. 
- Tak, koniecznie ty. W wyścigu na cześć socjalistycznego 
wychowania młodzieży... 
- Ale ja... 
. - Prz
stań z tym ja! - wykrzyknął. - Masz jechać i już. 
BędzIesz ZWYCIęZCą tego wyścigu, rozumiesz? 


- Dlaczego ja? - dopytywałem się. - Są lepsi ode mnie. 
Wstał zniecierpliwiony. 
- Nie twoja to sprawa, zrozumiałeś. Ty masz pedałować 
ile sił w nogach, żeby wszyscy widzieli, że ci na tym zwycięstwie 
bardzo zależy. Po wyścigu, jak będziesz stał na pudle, uclzielisz jako 
zwycięzca wyścigu wywiadu dla prasy. Dziennikarzowi, takiemu 
młodemu z mikrofonem, pokażę ci go, jak zapyta ciebie o twoich 
rodziców, to powiesz, że twój ojciec siedzi w więzieniu za sabotaż, 
a ty jako zwycięzca, potępiasz takich jak on sabotażystów. Wygrałeś 
ten wyścig, żeby pokazać, że drawska młodzież... 
Krew uderzyla mi do głowy, nie słyszałem, co mówil dalej, 
z pięściami do niego skoczylem. 
- Nigdy tego nie zrobię! 
Kierownik chwycił mnie za ramię, wcisnął w fotel. 
- Zrobisz, bo ja ci każę, kierownik szkoły. Za wczorajsze 
rozrabianie stopień tobie ze sprawowania obniżę, ze szkoły wyrzucę. 
Szarpnąłem się. Trzymał mnie mocno, wbijając palce pod 
kość obojczyka. Zabolało nieznośnie. Coś clo mnie jeszcze mówili, 
przekonywali, klepali po plecach, nowiutką półwyścigówkę w 
nagrodę obiecywali. 
- Zobaczysz, nikt takiej jeszcze w Drawsku nie ma - 
powtarzali bez końca. 
Skoczylem do drzwi, jak szalony pędziłem przez szkolny 
korytarz, po kilka schodków od razu przeskakiwałem, ocknąłem 
się dopiero nad Drawą. Bezgłośnie kołysały się karłowate wierzby, 
cieniami podpierały brzegi, cisza odurzała mrokiem i przy- 
gnębieniem, szemrała wodą, kołysała się lekko na trzcinach, z mgły 
nad łąkami wysnuwał się smutek i sen. Daleki turkot pociągu, galop 
wagonów po szynach. Jedziemy na Zachód, do Drawska. Mama, 
babcia i ja. "Zobaczycie, jak tutaj jest pięknie" - pisał ojciec 
codziennie do CheIma, a z jego listów do mamy sypaly się kwiaty, 
pachniało odzyskaną ziemią. W Lublinie przesiadka. Na dworcu 
tłok, tłumy ludzi szturmują wagony. Spod ogromnych tłumoków i 
tobołów nie widać mamy i babci. Trzymam się kurczowo mamy za 
rękę, ktoś bez przerwy szturcha mnie i potrąca. Babka odważnie 
pcha się do przodu, łokciami i pięściami toruje nam drogę, pcha 


96 


97
		

/50.djvu

			się do pierwszej klasy, pierwszy raz w życiu wykupiła tę pierwszą 
klasę, po pańsku jechać chciała, a tu taki tłok, tłum ogromny... 
- Co za bydło się pcha! - krzyczy babka na cały gtos. - 
Nie widzicie chamy, ze to pierwsza klasa... 
Podnosi się nieopisany jazgot i wrzask, wymyślają babce 
od burżujów i dupogolców, ale ona nie daje za wygraną, pcha się 
dalej do przodu, jest już przy drzwiach, wpada jak taran do wagonu, 
zostawiając za drzwiami tylną część falbanowej sukni. Sunę za jej 
wielkimi majtkami - sza
ymi, do kolan, ktoś podnosi mnie w górę, 
wciska do przedziału. Smiech, chichot i wrzask, przedmiotem 
dowcipów i złośliwości jest babka, a właściwic jej majtki, "takie 
duże, barchanowe i mechłate..." Babka nie wytrzymuje, wali w gębę 
najbardziej dokuczającego jej faceta, pijanego, zarośniętego, 
gruboskórnego. Znowu w przedziale rozróba, wrzaski i krzyki. Ale 
babcia spokojnie siada koto okna, rozwija jeden znajmniejszych 
tobołków, kroi drobno słoninę, tamie chłeb, częstuje wszystkich, w 
tym spoliczkowanego przed chwilą mężczyznę. 
Jedziemy bardzo długo, trzy dni. Na stacjach ludzie siedzą, 
leżą i śpią na peronach, kilka osób podróżuje na dachu na
zego 
wagonu. Na polach i łąkach zielono, kolorowo, przed oczami 
przemykają oblepione ludźmi wagony, uciekające do tyłu drzewa i 
słupy, cwałujące naprzeciw pociągu tabuny lasów, wynurzające się 
nagle i niespodziewanie brunatne plamy zawałisk i gruzów. 
Przyjeżdżamy do Drawska. Na dworcu czeka ojciec i 
Dziadek Tudrej. Tato okradkiem ociera łzy, bierze mnie na ręce, 
podnosi wysoko. Dziadek Tudrej drżącymi rękami ugniata tytoń w 
fajce, pociąg gwiżdże przeraźliwie, spod kół wyrzuca ogromne 
pierzyny pary, z łoskotem przetaczają się oblepione ludźmi wagony. 
Babka dyplomatycznie rozgląda się dookoła, cmoka z niedowie- 
rzaniem, kręci głową. Wychodzimy przed dworzec, wszędzie pełno 
gruzów, w dużej odległości od siebie stoją niewielkie, parterowe 
domki. 
- Gdzie będziemy mieszkać? - pyta mama jakimś dziw- 
nym, niepewnym głosem. 
- W mieście, to kawałek stąd - odpowiada ojciec i mruga 
do mnie porozumiewawczo. Tudrej sadza mnie na ramiona i 


cwałując jak koń, pozostawia wszystkich daleko w tyle. 
Głośny, szyderczy chichot wyrwał mnie z odrętwienia. Ktoś 
stał nade mną. Spojrzałem w górę. Był to BaIon, ręce trzymat w 
kieszeniach, za nim tłoczyli się chłopaki z jego bandy, parli na mnie 
złowrogą gromadą, zawistnie zacieśniając koto i spychając mnie 
do rzeki. Nie miałem szans ucieczki, zrozumiałem to od razu, strach 
sparaliżowat mi nogi, ręce mi całkowicie odjęło, wszystko we mnie 
zamarto, zrobiło się wiotkie jak trawa, falowało jak trzcina. 
Wiedziałem, jak oni biją, paru chłopaków już tak załatwili, 
zmaltretowaIi, ledwie żywych wypuścili. 
_ To co chłopaki? Bijem od razu, czy najpierw pogadamy? 
_ Balon wyjąl ręce z kieszeni, splunął pod nogi, wolno zaczął 
zataczać rękawy. 
Zatrzymali się jak na komendę. Czułem ich oddechy, 
niektórzy śmierdzieli cebulą, papierosami i winem, jakimś mułem 
i smarem. Rozglądnąłem się dookoła, szukając możliwości ucieczki. 
Zauważyli moje spojrzenie. 
_ Widzicie! Ogląda się, chce dostać po ryju, tylko nie wie 
od kogo. 
Naparli na mnie, wzięli pod ręce, poprowadzili w pobliskie 
gruzy. Ktoś kopnął mnie w plecy, potem w tyłek, inny uderzył w 
ucho. Spadły mi okulary. Balon stanął na nie, spojrzał triumfaInie 
na chłopaków, nogą zaczął wgniatać je w ziemię jak niedopałek 
papierosa. 
_ W porządku chłopaki - powiedział. - Odsuńcie się 
trochę. 
Bagnetem podniósł mi brodę, zimne ostrze dotknęło krtani. 
Poczułem ulgę. On ciągle patrzyl mi w twarz, z szyderczym 
uśmiechem, wyzywająco. Coś niedobrego, nienormalnego było w 
jego oczach i wzroku. Nagle uderzył mnie w brzuch, aż dech mi 
zaparto. 
_ My zawsze tak zaczynamy! - machnąl do kogoś ręką. 
_ Brać go! - odwrócił się, poszedl za odłamek muru sterczący 
na wysokości pierwszego piętra. 
Wykręcili mi ręce, aź chrobotnęly w stawach, poprowadzili 
za Balonem. Weszliśmy w chaszcze, minęliśmy na pół powalone 


98 


99
		

/51.djvu

			piwnice. Stąd nie było widać nawet dachów pobłiskich domów, z 
ulicy nie dochodziły żadne odgłosy. Był to najbardziej zburzony 
fragment miasta, nie odgruzowany od zakończenia wojny, na 
murach i ruinach widać było napisy "min nie ma". 
Z grupki wyszedł mały, piegowaty chłopiec. Nazywali go 
Prokuratorem. Nie znałem go. Niedawno przyjechał ze Wschodu, 
zachowywał się inaczej niż pozostałi, zaciągał po lwowsku. 
- Z rozkazu naszego komandira, Balona Pierwszego, będę 
ciebie przesłuchiwał. Masz mówić prawdę i odpowiadać na moje 
pytania. 
Milczałem. 
- Wiesz, po coś tu przyszedł? 
Znowu milczałem. Wróbel przeleciał nad nami, usiadł na 
gałęzi dzikiego bzu, rozkołysał się, świergoląc i kwiląc wesoło, 
nastroszył pióra, zatrzepotał skrzydłami, odleciał. 
- Sam jesteś? 
- Sam, nie widzisz tego. 
Rąbnął mnie w twarz. Stanął przede mną okrakiem, założył 
ręce do tyłu. 
- Odpowiadaj grzecznie - warknął. 
Milczałem. Znowu mi przylał. Uderzenie krótkie, celne, 
mierzone. Krew popłynęła mi z wargi, która spuchła od razu i 
stwardniała. 
- Będziesz mówił, czy nie? 
Wzruszyłem ramionami. 
Prokurator bezradnie odwrócił się do Balona. Nadrabiając 
miną, powiedział: 
- W szkole taki rozmowny, a tu gadać z porządnymi ludźmi 
nie chce. Bohater ze stodoły! A może by go tak pokrzywami po 
gębie przejechać. 
Kilku chłopców oddaliło się w zarośla, bagnetami wycinali 
pokrzywy. Balon podszedł do mnie. 
- Będziesz mówił czy nie, i tak od nas w pierdol dostaniesz. 
My bijemy dla przyjemności. Sami decydujemy, kogo bić, za co i 
ile. A dowody tworzymy sami. Jak dostaniesz, do wszystkiego się 
przyznasz. 


100 


Milczałem, krew płynęła m
 z ust,. zliZJ';'ałe
 j
 językiem, 
a oni ciągle znosili pokrzywy i rzucah u mOIch stop, mektore parzyły 
minogi. 
_ Zostawcie to - mruknął Balon. - Pokrzywy są dobre, 
żeby dziewczynom dupy wyparzać. Kim był ten facct w stodole?- 
zapytał niespodziewanie. . . 
- Nie wiem - odpowIedziałem zaskoczony. 
Prokurator stanął między mną a Balonem. . 
_ Toś ty taki! Panu komandirowi niegrzeczme 
odpowiadasz. . 'ł 
Balon przesunął papierosa w kąt ust, strzepnąl pOpIO , 
wsadził ręce do kieszeni. 
_ Puśćcie go - rozkaz al trzymającym mnie chłopcom. 
Powiedzial do mnie: . 
_ Będziesz bił się z jednym z nas, my leJe
 do zdechu, do 
śmierci klinicznej, a ty jak chcesz. Kto na ochotmka? 
Zglosiło się paru. Balon sam dOk?nal wyboru. Ws.k-;z
ł n: 
Boksera. Był to niski, muskularny chłopiec, najlepszy "plęSCIarz 
w ich grupie. Znalem go ze szkoly,. ojcie
 j.ego byl m
sar
em, 
pracowal w wędliniarni. Bokser z.amIast.
slązek przynosił meraz 
do szkoły cały tornister kiełbasy I szynki I z Balonem na wagary 
chodzili. . . 
Balon kazał się wszystkim odsunąć, wyznaczyi miejsce 
walki, wskazując cztery wystające odlamy m
ru. . . 
Krążyliśmy wokół siebie, z rękami .rozc
apl
rzonYfo1ll, 
przychyleni do przodu, czając się i strasząc wzaJem
le. Kilka mo
ch 
nieśmiałych ciosów i zamachów nie trafiło go am w głowę am w 
piersi. On dopadł mnie pierwszy, 
ilni
 uderzył w twa
, pot
m w 
ucho i w nos. Czulcm,jak sztywnieje mi pohczek, puchme powieka; 
zasłaniając zupełnie oko. Z nosa płynęła krew, chciałem 
ytrzec 
ją rękawem koszuli, ale dołożył mi znowu ze dwa razy, 
z glow
 
odskoczyła mi do tyłu. Oddał
m na o.ślep, raz, drugi, trzecI, 
poprawiłem z prawej. Trafiłem, Jem
 te
 kr.ew chlupn
ła z nosa, 
.ekła znad ucha. Staliśmy naprzecIw sIebIe, dysząc 1 sapIąc, z 


ciśniętymi pięściami, nie tamując nawet krwi, która kapała pod 
nogi. 


101
		

/52.djvu

			- Dolóż mu! W ryja go! - wolali jeden przez drugiego. 
Balon stal z boku, z drwiącym uśmiechem na twarzy, z 
ogniem w oczach. Poczulem się jak zaszczuty pies, samotny i 
bezbronny, któremu na chwilę tylko przediużono życie, żeby 
rozkoszować się jego przerażeniem i strachem. 
Pierwszy uderzyl Bokser. Zamachnąl się niby ręką, mial 
wyćwiczony ten ruch, nie trafił celowo, potężnym kopniakiem w 
piersi zwalii mnie z nóg. Rzucil się na mnie, instynktownie 
przekręcilem się w bok, runąl calym cialem na ziemię. Próbowal 
uczepić się moich nóg, ale odskoczylem zręcmie, wymierzając mu 
kopniaka w plecy. Polecial parę metrów do przodu, uderzyl w mur. 
Nie ponowilem ataku. Skoczył do mnie z pięściami i nogami. Krótka 
wymiana ciosów, pięściami trafial częściej i mocniej, czulem, że 
slabnę, a jednocześnie zrozumialem, że mogę go zwyciężyć tylko 
nogami. Mialem dluższe nogi od niego, silne, żylaste, jeździlem 
dużo na rowerze. Odskoczyłem do tylu, unikając bezpośredniego 
starcia, zamarkowalem uderzenie pięścią, blyskawicznie kopnąlem 
raz, drugi, trzeci. Teraz on par! na mnie na oślep, był chyba 
zamroczony, a ja ciągle cofalem się, zadając uderzenia nogami. 
Bokser zacząl slaniać się i zataczać. Zapanowala cisza, 
straszna cisza, patrzyli na mnie zdziwieni, zaskoczeni, z nienawiścią 
i sympatią jednocześnie. Kopnąlem jeszcze raz, poprawilem pięścią. 
Bokser nie reagowal, zakręcil się wokól siebie jak bąk. Stalem 
wpatrzony w niego, gotowy odeprzeć atak, ale on powoli zaczął 
osuwać się na ziemię. 
- O key! - wykrzyknął Balon, podszedl do Boksera, 
poklepal go po policzkach, zajrzal do oka. - Nic mu nie będzie. 
- Odwrócil się tylem do niego, twarzą do mnie. 
- Wygraleś - powiedział. 
Milczalem, trzymając się za ucho. Wciągnąłem krew nosem, 
slodki, mdły smak wypelnił mi usta, charknąłem, wyplulem garść 
krwi i zęba. 
- Dobra robota - mruknąl Balon. - Gdzieś się tego 
nauczył? 
Nie odpowiedziałem. Chcialo mi się plakać, drżaly mi ręce 
i nogi, huczala glowa, jakby trzaskaly w niej pioruny i zamarzała 


102 


krew. Pomyślałem przez chwilę, że tak naprawd
 to nie biłem się 
. . ki m wśród nas zy ch chłopaków uchodziłem za slabeusza. 
Jeszczezm,. . 
Ziutek Witek - to byli mocarze, ale Ja... . 
, Balon rozglądał się dookoła, długo przypalał papierosa, 
obserwował mnie z boku. 
- Sztachnij się! 
Zaprzeczyłem ruchem głowy. Paru chłopców podeszło do 
nas. _ . 
_ No sztachnij się - powtórzył prawie przyjazn
e. 
_ Coś ty Balon - przede mną stanął .mały, piegowaty 
chłopiec. _ Z nim trzeba o tak! - uderzył mme w twarz. - My 
sobie z nim teraz pohulamy. . 
Balon skoczył do niego, twarz miał dziką, w oczach palIly 
się iskrzące ogniki. . 
_ Brać go! - wskazał na meg
 nap
stn
ka. . . 
Chwycili go pod ręce, przegięli do Ziemi, przyprowadzIli 
do Balona. 
_ Oddaj mu - rozkazał mi Balon. . 
W oczach piegusa zobaczyłem strac
. Spo!rzał,e.m na 
Balona, patrzył na nas wzrokiem władczym, cos złego I zloslIwego 
czailo się w jego wzroku. 
podszedłem do Balona, spojrzałem mu w ?czy: kropnąłem 
w ę b ę . Dłu g ie oooo! rozległo się w gruzach. Nlektorzy chłopcy 
go g . . bl " r . d as 
odeszli parę kroków do tyłu, mm z Izy I S.lę o n .- . 
Staliśmy naprzeciw siebie, mierząc Się wz.rokl.em. 
Czekałem. Sprężyłem się znowu, Balon żuł papierosa, miętosił go 
w ustach, roześmiał się dziko, nienaturalnie. . 
_ Z nami już kwita - podszedł do plegu
a, uderzył go. w 
twarz P otem w brzuch. - I z wami też. Ja tu wymierzam sprawle- 
, k ł . żeb y b y ło wesolo 
dl' - ć A teraz chłopaki - ws aza na mme - . 
IWOS . _' d . krzywami po dupie. 
i po naszemu, rozebrac tego gnoja. o n
ga, I po 
Nie bronilem się nawet, me miałem siły. 


lm
		

/53.djvu

			LO. 


Nie zrozumieliśmy. Patrzyliśmy na niego zdziwieni, ale 
niecierpliwie machnąl ręką, nakazując nam odejście od niego. J
kaś 
babina, owinięta chustą czarną jak noc, 

Iunęla z ob:
ydzemem 
na chodnik, upadła na kolana. aż ziemI jęknęła, kOSCIastą rękę 
wzniosła do góry, drugą z różańcem na
 gło.wą złowrogo ';Y
a
 
chiwała. Przeklinała nas słowami zgoła mebozyml, pomsty meblOs 
na nas wzywając. Szałamacha stał z rozd-:iawioną gybą, szcz

zył 
spróchniale zęby, z nieukrywaną sytysfakgą patr:ył, j
k zaczęhsm
 
uciekać. Biegliśmy nad Drawę, w biegu zdejmując koszule l 
spodenki, rzuciliśmy je w trawę, wskoczyliśmy do wody. 
Nazajutrz wracałem ze szkoły, szedłem sam. Byłem 
przygnębiony, załamany. W szkole.b
ła pr

z
 m
ie aw
n
ura. 
Kierownik kazał pani Kowalskiej ob-ł-łlZ
c mI stoFlen z
 
sprawowania i przenieść mni
 do podst
wowkI w Z
oclencu. Pa
1 
KowaJska na to się nie zgodzIła, straszme go zwymyslała.w pokoJu 
nauczycielskim, ich kłótnię, aż na korytarzu 
yło słychac. 
_ To dobry chłopiec - krzyczała pam Kowalska. - Czego 
chce pan od niego?! .' 
_ Paszoł won z takim ze szkoły I za drzwI! - wrzeszczał 
kierownik. - On się mnie, kicrownika szkoły, nie słucha! Szkoły 
reprezentować nie chce! Sabotażystów nie potypia! w.r
g klas0';Y'" 
_ O ile wiem - głos pani KowaJskIej był JUZ s
oko!ny, 
nawet łagodny - nie ma on w klasie żadnych wrogo
, j
st 
chłopcem raczej lubianym przez wszystkich, nawet przez mektore 
dziewczęta... .' l 
_ Pani! Pani!... Uważaj pani! Ze swoją mam
slą, a ?O z 
księdzem ale nie ze mną, kierownikiem szkoły, moze pam t
k 
gadać... ja was ze szkoły wyrzucę. Wy jesteście klasowo me 
uświadomieni... .., 
_ Nie boję się pańskich pogróżck. Spełmam tyl
o. SW?j 
nauczycielski obowiązek, broniąc ucznia, któremu dZIeje SIę 
krzywda. d . 
Zatrzymałem się na moście, pokruszyłem do wo y.me 
zjedzone w szkole śniadanie. Bez tr
du rozróżniał?m podpłYW
jącc 
do pokarmu brzany, płocie i kleme. Nagle ktos zlapał mme za 
kołnierz, chyba razem ze skórą na plecach. To Szałamacha, 


Dzwony kościoła tańczyły po niebie. J amroz znowu w nich 
graniem szerokim duszę otwierał, melodią słonecznych blasków 
wiatrom powierzał, polom i łąkom we władanie oddawał. Echo 
ich dźwięków słonecznikami wybuchało w ogrodach, nutami 
srebrzystych brzóz zalegało nad horyzontem, śmigami jaskółek 
płynęł? przez jabłoniowy sad i podwórze, skowronkami biło wysoko 
w błękIt, cykaniem świerszczy zanikało przy ziemi. Wokół kościoła 
ch.odziła procesja. Owinięte chustami baby wpatrywały się w 
kSIędza, poruszały bezzębnymI wargami, kościastymi rękami 
prze
uwały paciorki różańców. Szałamacha na przedzie dźwigał 
krzyz, pod baJdachimem niesionym przez czterech staruszków szedł 
ksiądz. 
Pobiegliśmy pod kościół. Ziutek przyczaił się za rogiem 
plebanii, wrzasnął na cały głos: 
- Szałamacha krzyżem macha! Szałamacha krzyżem 
macha! 
Kuternodze oczy nabiegły krwią, czerwono błyskały z 
daJeka, coś mamrotał pod nosem, byliśmy pewni, że klął, na procesji 
strasznie przeklinał. Wyszliśmy zza rogu, bezczelnie pokazując mu 
się na oczy, żeby go jeszcze bardziej rozdrażnić. Przecież nic nam 
nie zrobi, krzyża na procesji nie rzuci. 
Szałamacha nie wytrzymał nerwowo, rozgłądnął się 
dookoła, zasyczał przez nie szczelne zęby: 
- Uciekajcie gówniarze, no szybko, bo wam nogi z tyłka 
powyrywam!. 
PokazaIem mu terefere kuku, Jerzyk zagrał na nosie i 
brodzie, Ziutek język na pół metra wywaJił. Kuternoga dyskretnie 
zrobił to samo, jak koń gniewnie rzucił głową do przodu, drewnianą 
nogą z łoskotem po bruku pociągnął, żylastą pięścią z daleka nam 
tylko pogroził. 
- Ideał sięgnął bruku - powiedział wesoło człowiek w 
skórzanym płaszczu, stojący za nami w mroku klatki schodowej, 
obojętnie i bez żadnego wyrazu twarzy przyglądający się całemu 
zdarzeniu. 


105 


104
		

/54.djvu

			wyszczerzał gęhę w nieszczerym uśmiechu, wykrzywiał podziobaną 
twarz, prostował kabłąkowate płecy, potrząsal mną jak makówką. 
- No i co Chudas! Wet za wet. Mówiłem, że ci nogi z tyłka 
powyrywam - syczał przez nieszczelne zęby. 
Szarpnąłem się raz, dwa razy, na próżno. Zbladłem, zrobiło 
mi się gorąco i zimno jednocześnie. Zacząłem wrzeszczeć jak 
opętany, ale Kuternoga nic sobie z mego wrzasku nie robił, odwrócił 
mnie twarzą w kierunku kościoła, po czym wymierzył potężnego 
kopniaka w tyłek. Puścił mnie nagle, silnie pchnąwszy przed siebie. 
Od razu uciekłem. Nogi odzyskały świeżość i zwinność. 
- Powiedz teraz tamtym gówniarzom, jak pan Szałamacha 
karze niewiernych - doleciały do mnie jego ospowate słowa. 
Przed domem jeszcze raz obmacałem tyłek, bo wydawało 
mi się, że od tego kopniaka coś w nim zachrzęściło i pękło. 
Usiadłem na kamieniu i wgniotłem pośladki w jego powierzchnię. 
W porządku. Nawet mocno nic bołało. Mama nie powinna niczego 
zauważyć. 
- Gdzie ty się znowu włóczyłeś! Jedz szybko_ Idziemy do 
krawca - zawołała, gdy mnie tylko w progu zobaczyła. 
Po drodzc powiedziałem jej o tym wyścigu. Popatrzyła na 
mnic uważnie, uśmiechnęła sir;;, oczy jej zwilgotniały, serdecznie 
roztargała mi włosy na głowie. 
- Dobrze zrobiłeś, syneczku - szepnęła. 
Zatrzymałiśmy się przed kamienicą z pruskiego muru, przy 
szyłdzie "Roman Szczygieł. Krawiec". Szczygieł był kolegą ojca, 
starym kawaJerem, bez przerwy wyciągał tatę "na malutki spacerek 
po Drawsku", który zawsze kończył się odpoczynkiem w gospodzie, 
fundowanym przez ojca. Mama się o to często z tatem kłóciła. 
Weszliśmy do domu Szczygła. Krawiec kręcił się wokół 
jakicjś kobiety, przysiadał, kucał, prostował się, przechyłał do tyłu, 
zdejmował i zakładał okulary. 
- Co pani chce, ja tu sam widzę, tu nie ma niczego źle 
skrojonego. 
- Ależ proszę pana, rękawy są za krótkie. 
- Co rękawy? Jakie rękawy? - pociągnął materiał w dół, 
aż fastryga na ramionach puściła. - Pani chce, żcby były długie. 


O! Już są długie. W sam raz! Do paluszkó
 jaśnie 
ani sir;;gają. . 
_ No tak, takie już mogą być - kobIeta spojrzała na swoją 
dłoń, dotknr;;ła lewą ręką prawego ramienia. - A wystarczy 
materiału na szef? . 
_ Czemu ma nie wystarczyć? To pani kupowała matenał 
nie ja. Moja w tym głowa, żeby dla pani materiał
 W?'starczy
o. 
_ Nie mogę sir;; zapiąć - kobieta z przerazemem spOJrzała 
w łustro. . 
_ Po co by miała pani się zapiąć. To druga mmra.Jaka 
ełegancka kobieta się teraz zapina. Taka garsonka, 
ak
 plęk1
a 
garsonka! Takiej garsonki nie trzeba zapinać. Ona mUSI byc plękme 
uszyta. 
_ Ciśnie mnie pod pachami, niech pan zobaczy. . 
_ Co panią ciśnie? Jak może panią cisnąć. .Tam me n: a 
materiału, tam jest duża dziura na rękaw. .Za
az ją absołutme 
poszerzę. Ojej! To nie jest b
ąd! 
ł
d byłbY,JakJa bym skrOił ma- 
teriał nie tak, jak jaśnie pam sohle zyczyła. . . 
_ Jak pan tu podetnie - pokazała palcem - to cały załcJet 
pójdzie w górę i będzie za krótki. .... 
_ Czemu ma być za krótki? Kto to pam powle
zlał? Pam 
chce długi. to będzie długi. Ja to zrobię spe
jalni
 dl
 pam. !3r
us:ek 
ma pani większy niż tydzień temu. Moze, 
aJ Bog, co
 Sl
 tam 
przytrafiło. Piersi jak młode dyme podrosły, Jak ko",:alsk.lC. miechy 
się pod materiałem unoszą. No, żakiecik jest długi! Ojej! Po co 
pani taka długa garsonka! , . . 
_ Proszę pani - zwrócił się do mamy. - Nałoz pam 
e 
garsonke, niech szanowna pani zobaczy, że ona jest pierwszorzędmc 
uszyta, specjalnie dla tej pani skroj
na. . 
- Mam inną figurę - bromła Się mama. , . 
_ Jaką inną figurę! Jak ja panią proszę. to proszę. Zał
z 
pani te garsonke, niech szanowna pani na własn
 oczy zobaczy
 z
 
dwie takie figury w jej garsonkę wlezą. to ona Jest dobrze, ojej. 
bardzo dobrze uszyta. 
- Ależ panie Szczygieł-.. 
_ Czemuż zaraz panie Szczygieł! - zdjął z kobiety 
materiał, kredą pozaznaczał na nim jakieś kropki i kreski. - No, 


106 


107
		

/55.djvu

			niech pani pr
jdzie za tydzień. Nie, niech pani się łaskawie do 
mm
 pofatyguje w sobotę, ja pani na niedziele garsonke cymes 
uS
J
. To b

zie .piękn
 ąarsonka. Do kościoła będzie pani mogła 
w mej chodzlc. NIkt takIej garsonki w Drawsku oje J ' co J . a m' . 
na et S '" '. ' J , OWlę, 
. w w zczeClme me będzIe mIal. Dwieście złotych jaśnie pani 
Jeszcze za dodatki płaci. 
- Prze
ież dałam już panu załiczkę na dodatki. 
-:- 
zy Ja za dużo od pani chce brać? Czy ja już pani 
?ar
onkI 
Ie us'!ł? Dłaczego pieniędzy od pani nie miałbym brać 
Jak Ja 

tIS dr
zej guziki i podszewkę dla jaśnie pani specjałnie :ł 
KoszalIme kuplI. 
Kobieta otworzył
 torebkę, podała mu pieniądze. 
- Pro.szę, 
yl
o, n
ech pan na sobotę uszyje. 
- DZlęk
Ję 
asn
e s.zanownej pani. Co nie ma być na 
sobo
ę. Ja to pam ?blecuJę: 
e
ym tak jutra nie doczekał, jak nic 
będzIe .na sobotę. 

gnam Jasme panią, rączki całuję, klientka już 
na mme 
zek
. ,OJeJ! J
k ja 
og!em pozwolić - zwrócił się do 
mamy - zcb
 Jasme p
m z dZIeckiem tak długo na mnie czekała. 
- NIe szkodzI - uśmiechn ę ła si ę ma ma - M ,' . 
'ł' . oJ mąz 
zosta
1 u pana matenał na garnitur dla siebie. Chciałabym teraz 
no, w
e pan, zamiast dla niego - zawahała się - uszyć syno 
 
ubram
 na z.akończ.enie roku szkolnego, a z tego materiału: 
zostame, moze zro
Iłby pan ze dwie pary krótkich spodenek. On 
teraz tak szybko rWIe wszystko - dodała z troską. 
Szczygieł usiadł za stołem. 
c . , . -Ja T?ogę.us
ć szano
nej pani z tego materiału wszystko, 
o Jasme pa
l.soble zyczy. Ja !estem krawiec, pani jest klient, mój 
pan. C,:emuz Ja m.a
 wszystkIego pani nie uszyć. To jest dla mnie 
d
bry,mter
s. Ojej! .00 końca roku ja już terminu nie mam, 
kiIentow du
o w kolejce czeka, sama jaśnie pani widziała. 
. :- MIał pan uszyć mężowi garnitur na 20 czerwca To 
przeClez tylko zamiana. . 
- Jaka, tam.zamiana? Dla pani zamiana, dla mnie wielki 
kł.op?£. .Ja 
am. męza na koniec kolejki przesunąłem, on teraz w 
WIęZIemu siedzI, to po CO mu nowy garnitur. 
Mama zbladła. Rozejrzała się po pracowni Szczygła. 


108 


Pobiegłem wzrokiem za jej spojrzenicm. Ciasno tu było, brudno i 
nieprzyjemnie. 
_ Męża mego niech pan zostawi w spokoju - zatrzymała 
wzrok na leżącej na stole garsonce. - W takim razie proszę oddać 
mi materiał i zwrócić zaliczkę męża, którą pan wziął razem z 
materiałem. Ktoś inny uszyje mi to ubranie. 
_ Szanowna pani chyba żartuje. Jak ja pani mogę ten ma- 
teriał dać, jak ja go już pokroił, cymes na pani męża wyciął. Musi 
pani poczekać, aż małżonek szanownej jaśnie pani świeże powietrze 
zobaczy. A pieniędzy żadnych od niego nie mam, on pani nakłamał. 
Ojej! On chyba słusznie w więzieniu siedzi. 
Mama zamrugotała powiekami, wargi jej drżały, twarz 
poczerwieniała. 
Wstała, usiadła, znowu wstała... 
- Jak pan może! 
_ Czemu jak pan może? Żeby ja jutro słoneczka na niebie 
nie zobaczył, żeby mnie psy w kościele w czasie mszy świętej na 
pani oczach wytarmosili, jak ja pani pieniądze mam. 
_ Gdzie jest ten materiał? - mama z trudem panowała 
nad sobą. . 
_ Ojej! Nie trzeba się tak denerwować. Mąż jaśnie pani 
nie jest wart takiej urody - położył na stole pokrojone kawałki 
materiału. - To jest materia!. Ty chłopiec stań tu, miarę będziemy 
brać. 
Mama chwyciła materiał i rzuciła nim w Szczygła. 
_ Co pan będzie ze mnie wariata robił! Sama kupowałam 
ten materiał i wiem, jak on wyglądał! - dyszała gniewnie. 
Szczygieł stał z wytrzeszczonymi oczami, z jego głowy i 
ramion zsuwały się kawałki granatowej popeliny. Mama 
odepchnęła go, podbiegła do okna, otworzyła starą, zniszczoną 
szafę. Na górnej półce w niesamowitym bałaganie, wśród słoików, 
butelek po piwie i wódce, puszek i przeróżnych klamotów leżał 
materiał ojca, zarzucony naprędce skrawkami szmat. 
_ To jest mój materiał - krzyczała mama, potrząsając 
materiałem pod nosem Szczygła. Chwyciła mnie za rękę: 
_ Chodżmy stąd! - trzasnęła drzwiami. 


109
		

/56.djvu

			Była u Szczygła . 
odzyskała. Jeszcze parę razy, ale pieniędzy nie 
= 
ry na takich nie ma - powicdziała kiedyś do Tudre'. 
no - przytaknął Dziadck _ N' Ja. 
naszemu, ale szubrawiec Z ni ' . . Iby to gada po 
, , ego memały C' t . 
siebie dodał i na t y m si ę , . - os am Jeszcze od 
, rozmowa skonczyła. 
ByIJasny, czerwcowy k S I"' 
Przed kamienicą Szc zyg ła st a r ł ane , Z d lsmy z Jerzykiem do szkoły. 
, ' a groma a ludzi. 
- G
wn
arzeria to jakaś zrobiła. 
- Gowmarzeria. nie gówn" . 
partacz cholerny, larzena, zasłuzył sobie na to 
- Porządny by tego' b-ł' " 
na drugiego człowieka miał. me zro I, zeby me Wiem, jaką złość 
- Mordę takiemu tł ' 
bawił! s uc, zeby się więcej w pisatiela nie 
- E tam! Ktoś złość na niego 'ł ' , 
Okupacj
l


e na 
urach pisali. mla , to I napisał. Mało to za 
OJ ty Boze! Tak człowieka obrazić. 
- Dohrze mu tak! Z nicgo taki k " . 
naparstek. raWlec, Jak z zajęczej dupy 
- Dlaczego? T k' . 
_ J l " a lon, pame, krawiec jak każden in szy 
a )ym takiemu c t b'l . 
wypisał, co można, a czego 
i:' o zro l , rzemieniem na dupie 
- 
'7

ie bos
ie! Co się teraz na świecie dzieje 
- IICJI na takich nie ma, czy co? ' 
Szczygieł wyszedł przed d 
schodowej. Patrzył w nas k ' om, Stał w drzwiach klatki 
'd ' zym lerunku przymru zy ' ł N , 
WI ac byIo z daleka, SRoman SRA ' ł s , ,oczy. apls 
T . ł gIe, ZUBrawlec 
rącI em Jerzyka łokciem Kiwn ł gI , 
Wyszliśmy z grupki stojących I d 'D ' ą O\,:ąyrzytakująco, 
się za siebie, Przed dom 
 Zl. gl 0plero na moscle obejrzeliśmy 
przechodnie. em zczy a gromadzili się wciąż nowi 


110 


11, 


Dziadek Tudrej spiął konia, poklepał kasztankę po karku, 
zatańczyła lekko, wesoło, łeb w bok odrzuciła, 
_ Gotowe _ zawołał Tudrej, wyprostował się w siodle, 
uniósł rękę do góry. 
Wyglądał przepięknie, naj prawdziwszy kawalerzysta, 
konnik Drawskiego pojczierza, malowany ułan, rycerz dziecięcej 
wyobraźni. 
Słońce wisialo nad horyzontem, toczyło się wzdluż rzeki, 
ale jeszcze dojrzałym świtem nie wyszło zza lasu, czerwienią barwiło 
niebo, łąkom i polom przydawało blasków i kolorów, w 
jabłoniowym sadzie kąpało się w rosie, parskało chłodem, cieniami 
trzepotało w bzach i czeremchach. 
_ Za mną, na Borujsko, naprzód! - zawołał Tudrej, 
ściągnął cugle, puścił, ukłuł kasztankę ostrogami, aż przysiadła na 
zadach, tanecznym galopem ruszyła z kopyta, 
Zadudniła ziemia na drodze, mignęła w słońcu Tudrejowa 
rogatyWka, błysnęła uniesiona wysoko szabla, 
Nacisnęliśmy mocno pedały rowerów, zachrzęściły napięte 
łańcuchy, zasyczały opony na piasku, pochyliliśmy tułowia do 
przodu, sprężyście pracowały kolana, glowy dotykały kierownicy. 
Migotały przydrożne drzewa, rozłożyste wikliny grały gałęziami na 
szprychach, łąki przed nami się otwierały, pola od oczu odsuwały, 
smagaly wiatrem po twarzy i nogach. Aza przed nami ogonem 
popędzała drogę, wierzby na boki rozganiała, radosnym 
szczekaniem świt - ponad krajobraz - wyciągając z jeziora, 
Zatrzymaliśmy siC( w Gudowie. Jezioro cicho pluskało o 
brzeg, piaszczystą mielizną do nóg podchodziło, dławiło zapachem 
trzcin i tataraku, mrugało promieniami słońca, marszczyło się 
cieniem na wodnej głębinie, 
_ Ale wy jesteście punktualni - wołał do nas leśniczy 
Jędrzej, Szedł ku nam, szeroko rozJdadając ramiona, zapach lasu 
niósł w sobie, siłę dębu i brzozy serdeczną pokorę. Witał się z nami 
wyłewnie, szarmancko, Odwrócił się w stronę leśniczówki, zawołał 
wesoło: 


111
		

/57.djvu

			- Olu, chodź no tu szybko! Oni już są. Musimy jechać' 
k aczy mi omal nic wylazły z twarzy. Śmiei ą c sip mach
i ąc 
szero o ręka' k k . ,y" 
CI ł mi, przcs a uJąc z nogi na nogę prz y bie g ła 
1 opaczara. ' 
. - CI.lyba się znacie - puścił oko do Dziadka T d . _ 
fla 
est mOJą przyjaciółką, bez niej zupełnie bym w tejUul:
 
udz
ach z,apomniał. 
 I zaraz dodał: - Biorę dwie 
soby 
 
płymcmy łodką. Ty Jame - zwrócił się do Tudreja - przez leśne 
dukty z resztą to,:"arzystwa pojedziesz do Borujska. To niedaleko 
stąd. Spotkamy SIę koło jeziora, przy starym wyrębie lasu. 

I
opaczara podeszła do Dziadka Tudreja. o C zy mś ze sob ą 
rozmawIalI. . 
d . I - "Pojadę z nimi" - pomyślałem i szybko P odszedłem 
omCl. 
:::: 
 
 kim jedziesz? :- zapytał Tudrej. 
. me to wszystko Jedno - odpowiedziałem niedbale 
me patrząc na Chłopaczarę. ' 
- To dobrze - powiedział Tudre J ' - p . d . 
Jerzykiem łódką. . oJe Zlesz ty z 
Machnął przed siebie ręką, kierunek jazdy pokazał R ł- 
od razu, wchłonęła ich leśna głusza. . uszy I 
" Leśni

 Jędrzej zwinnie prowadził łódkę wzdłuż brzegu 
Je
lO

, uw
zme obserwował przybrzeżne zarośla i trzciny 
ws uc IWał SIę w odglosy lasu. Woda chlupała leniwie o wysoki
 
burty, poddawała s
ę wiosłom posłusznie, tworzyła za łodzi 

m
rszczone f
lamI kręgi i zakola, mieniła się odcieniami czern( 
zakwIt
ła zleIemą wodorostów, iskrzyła srebrem spłoszonych ryb' 
przerazała bezdenną glębią. ' 
- Pięknie tu - szepnął Jerzyk. 
. - Tak.- od
owiedział leśniczy. - Cieszę się, że wam si 
t
taJ .podob
, ze tę ZIemię, jak ja, pokochaliście. Przecież to nasz
 

lemI
 
odzm
a, ta
a mała ojczyzna, jak ją niektórzy nazywają 
ez 
leJ człowIe
 n
e mógłby żyć i pracować normalnie, do nie 
 
będzIe przez całe zycIe tęsknił. Wiecie J 'ak byłem t k . . ak J 
d '. ' a lJ wy, a nawet 

zo starszy, 
lezda
ałem sobie z tego zupełnie sprawy. Po rostu 
me zastanawIałem Się nigdy nad tym. Julian Tuwim, wielki 
Olski 


poeta i patriota, napisał w jednym ze swoich wierszy, i to mi się 
bardzo podobało, bo najpełniej wyraziło wlaśnic moje uczucia i 
roZll1yślania na ten temat, że przepłynąl wszystkie morza i oceany, 
był prawie na wszystkich kontynentach, widział najbogatsze krajc 
świata, ale wtedy dopicro najboleśniej zrozumial, że jego ojczyzną 
jest małe, brudne podwórze w Łodzi, na którym się bawił i 
wychowywał, na którym już nie był tyle lat i do którego tak ogromnie 
zatęskni!. Miejsce urodzenia, szary świat naszych codziennych 
zabaw, te nieciekawe podwórka, brudnc uliczki, pełne gruzów 
zaułki, osnute mglą łąki, poorane pola, mroczne lasy - to właśnie 
nasza mała ojczyzna. Tutaj zaczyna się prawdziwa Polska i 
prawdziwa miłość do Polski. Jeżeli nie pokochacic swojcj małej 
ojczyzny, nigdy naprawdę nie pokochacie Polski. 
Milczeliśmy, słuchaj,!c dziwnych słów leśniczego. Za łódką 
woda rozchodziła się srebrnymi kręgami po jeziorze. Polska to my 
_ szeptały trzciny. - To ta woda i las bicgnący gromadą zicleni 
wzdłuż samotnych brzcgów, i błękit utkany rybitwą jak wieczorne 
niebo gwiazdami, i ta cisza przelewaj»ca się pluskaniem ryb ze 
srebrnego kielicha wodnej toni, i ten piasek złotą mielizną 
odpędzający trawy od jeziora. Twoja mała ojczyzna to my - 
powtarzały fale. - To szept wiatru rozpostarty w skrzydłach twych 
gołębi, to lot ptaków na wędrownym niebie, echa przeszłości 
wracające w ciszę jak czlowiek w ziemię, to Drawa powodzią 
kwiatów płynąca przez ląki i ogrody, głębią ruchomego stawu 
przybliżająca oceany świata, to krajobraz pomorski powtarzany w 
tobie każdym świtem od nowa, każdą nocą do końca, każdym 
słowem do krwi zapomnienia, aż morze będzie wołać, piasek drogą 
znaczyć, aż uwięzione echo z mroku gwiazd powróci, zza rozkopanej 
ziemi słońcem prawdy błyśnie. 
_ Pan tak zawsze wypływa na jezioro? - dobiegł mnie 
glos Jerzyka. 
_ Nie tylko na jezioro - odpowiedział leśniczy, wzrokiem 
za rybitwą pogoni!. - Lasy, łąki, pola, rzeki, wrzosowiska i bagna 
to moja praca. Nie umiałbym żyć w mieście, nawet w tak małym 
jak nasze Drawsko. Moim życiem jest las, przez tyle lat poznałem 
go jak siebie samego, srałem się jego cząstką, niezbędną do jego i 


112 


113
		

/58.djvu

			m
g
 ży
ia. Znam tu wszystkie zwierzc;:ta i rośliny, każdy centymetr 
tej ZiemI. - Rozma
l się, rozgadał. - Ludzie tworzą narody, 
drzewa tw
r
ą las, takte leśne społeczeństwo, które ma swoje prawa, 
obowiązki I przywileje, często bardzo okrutne ale zawsze 
spr
:-viedliwe. Tutaj nikt nikogo bez potrzeby nie krzywdzi i nie 
zabija. Las czuje i żyje jak człowiek, wymaga wielkiego frasunku 
prmo:dziwej p:zyjaźni i 
rozumienia, może nawet większego nit 
ludzie. Czło
lek moze Się sam obronić, krzyczeć, jak dzieje mu się 
krzywda, UCiec, a las... - zawiesił głos, zamyślił się, posmutniał. 
-: 
toś 
1Usi o .niego dbać, przed ludźmi go chronić, ratować przed 
smler.:c.lą. Kazde drzewo ma swoje życie, długie lub krótkie, 
szczęshwe alb
 nieszczęśliwe. Ktoś, kto się wdziera do tego świata, 
czy chce go msz.czyć czy naprawiać, narusza odwieczne prawa 
przyrody. My tez jesteśmy tu intruzami. Zwierzęta bacznie nas 
obs
rw.u}ą, .nie wiedzą przecież, czy jesteśmy ich wrogami czy 
przyjacIOłml, po co tu przybyliśmy. 
Przez cl1\
ilę wpatrywał się w przybrzeżne szuwary. 
- Patrzcie, o tam, na trzcinie siedzi ptaszek- pokazał 
ręką. - Widzicie go? 
- Nie. 
Podał mi lornetkę. 
- Nie rób gwałtownych ruchów i nie rozmawiajmy głośno. 
Patrz! Trzcin? stoją nieruchorno, swobodnie poddają się 
P?dm
cho
 ":'Iatru, przechylają wzdłuż fali. Ale jedna porusza się 
me
o 
na
zej, jest mniej ruchliwa, cięższa. To na niej siedzi malutki 
trzciniak I nas obserwuje. W zależności od tego, co zrobimy, narobi 
ogron:n
go wrzasku i ucieknie albo zostanie na miejscu i będzie 
spokojme polował na owady, które są jego ulubionym przysmakiem. 
. - Szkoda, że jażem nie zabrał szczupakówy, można by 
mezłego szczupaka wyciągnąć - rozmarzył się Jerzyk. 
- Czem
.n.ie - od
owiedzialleśnik. - Dzisiaj nie mamy 
czasu, ale,wpadmjcle d
 mme któregoś dnia, możemy sobie trochę 
sz
z
pak
w. rze

ścle I.'0łapać. Wiem - popatrzył na Jerzyka 
- z
 jest
 .medosclgłym nustrzem w łowieniu ryb. To przyjemność 
zmlerzyc Się z takim rybakiem jak ty. Od wielu lat poluję tutaj na 
szczupaka olbrzyma, niepodzielnego władcę tych wód, który pożera 


nie tylko na surowo ryby w pomidorowym sosie, ale za j
dnym 
rozwarciem paszczy połyka stado kaczek, a nawet ludzIOm z 
pastwiska porywa owce i jagnięta.. .' 
_ Takiego szczupaka me ma - odcląl SIC;: Jerzyk: - 
Wprawdzie złapałem niedawno takieg?, 
tóry na śniadanie pozarł 
na twardo rekina, ale to było wczoraj I meprawda. ... 
_ Trudno- wesoło odpowiedział Jc;:drzej. - Jezeh me 
wierzycie, będę musiał dalej sam na niego polować. 
Odłożył wiosła, spojrzał na słońce, zatrzymał wzrok na 
niedalekim drzewie. 
_ Spójrzcie tam chłopcy, na tę olchę, co stoi nad zatoczką. 
A może sami już coś zauważyliście? .., 
Wzruszyliśmy ramionami. Drzewo jak wiele Innych w tym 
lesie. 
Uśmiechnął się. . 
_ A nie zastanowiło was, że zrobiło się nagle tak cicho, 
jakby wszystkie ptaki straciły nagle ochotę 
o,śpiewu: Widzicie
 
schowały s
ę kac
ki i 
rko
, przepadły .g?zles krąkw
e, gęgały I 
czernice, me ma zadnej rybitwy. Jak sądzIcie, dlaczego. 
I nie czekając na odpowiedź dodał: 
_ Bo tam na jednej z gałęzi, siedzi sobie jastrzą
 - 
uważnie zlustrował drzewo i przybrzeżne zarośla. - To bło

lak 
stawowy, silny i potężny ptak, podobny ba
dziej do sowy 
IZ d
 
jastrzębia. Żywi się rybami, płazami, ptakami, dlatego narobił tutaj 
takiego spustoszenia. Parę razy podszedł
m go .tak bhsko, mimo 
że ptak to bardzo ostrożny j gnieździ Się w medo
tępnyc
1 dla 
człowiekach miejscach, że mógłbym go ręką dotknąc. Ma plękn
 
ciemno-brązowe upierzenie, głowę rdzawo-żółtą, skrz
dł
 I 
ogon szare, lotki czarne. W przeci
ieństwie do s,,?ch krewnlakow 
jastrzębi: krótkoszpona gadożera, jastrzębia gołę
tarza, myszołowa 
czy orła bielika buduje gniazdo n
e na wysokich drzewach czy 
niedostępnych skałach, ale na ziemi. . . 
_ To orzel jest jastrzębiem? - zapytałem zdzlwl
my. 
_ Tak. Wszystkie orły należą do rodziny jastrzębI. I orzeł 
przedni, i orzeł carski, orlik gr
bo?zioby te
. 
_ A jak odróżnia pan, jakle to ptaki? 


114 


115
		

/59.djvu

			,. -: 
Ia IU,dzi 
asu, tak
ch jak ja, to prosta sprawa. 
Rozr?zmame ?rl.ow n
e wchodzI zupełnie w grę, bo tych ptaków 
prawie .zupeh
Ie J
z 
IC ma. Niestety, czlowiek je zniszczył. Orla 
przedmego me wIdzIalem po wojnie w tych stronach wcale. A 
szkoda, bo to królewski ptak, przez Polskę przecież do majestatu 
narodowego godła wyniesiony. Gdzież więc jak nie u nas w Polsce 
ptak 
cn powinien być 
olny, bezpieczny, jak nigdzie indziej 
c
romony. :'Ied.alcko stąd Jest natomiast gniazdo orla bielika. który 
n
estety, tez gllue na naszych oczach właśnie za sprawą człowieka, 
mszczącego tak bczmyślnie i niepotrzebnie jego środowisko 
nat.uralnc, przyrodę. Jeżeli ludzie nie zmienią swego stosunku do 
zW.lerząt,. ptaków i roślin, to już niedługo wyginą nawet 
naJPosp
htsze wróble - westchnął głęboko, machnął ręką z 
rezy
aCJą. - Alc pytaliście mnie, jak odróżniam ptaki od siebie. 
T? mc trudne
o. Ptaki i zwierzęta tworzą rodziny, do których należy 

Ielc g
tunk?w bardzo do siebie podobnych. Prawie wszystkie 
J
strzębl
 mają 
balwienie ciemno-brązowe, haczykowate dzioby, 
sl.lnc nog
, potęzne szpony. Są też pewne różnice. Czasami jest to 
bl
ly prą
ek nad okiem, jak u jaslrzębia gołębiarza czy prążkowate 
upl.erzeme ogona u trzmielojada. Ptaki odróżniać można nawet w 
locie. .Myszołó,: zwy
zajny ma ogon krótki, ale szeroki, jastrząb 
goł
bIa
 długi I wąski, a kania ruda też długi i wąski, ale na końcu 
wygięty Jak widły. Z kolei kanię rudą od czarnej można wlaśnie 
odróżnić po płytszym wycięciu tych wideł na ogo
ie. 
. .- Jak pan się tego nauczył? - zapytał Jerzyk z 
medowlerzaniem. 
. - Ni
 musiałem się tcgo uczyć. Samo przyszło. W czasie 
SW01
h wyd.rowek po lasach czy jeziorach spotykam wielu różnych 

takow
 zwIerząt, owadów, roślin. Osobniki chore, zranione przez 
lIl
e z:"Ierzc.:ta, okaleczone przez kłusowników, młode, pozbawione 

pl
kl ro
ZICÓW, cz
li taki, którc same nie utrzymałyby się przy 
zyClU, zabI

am 
Io slebi
, poznaję je, leczę, a potem wypuszczam 
na wolno
c. Wiele z mch tak przyzwyczaja się do mnie, że 
przychodzI z powrotem, odwiedza mnie, a nawet zostaje na zawsze. 
Zebr
łoby się z nich na niemały ogród zoologiczny. Zabijam tylko 
te ZWIerzęta, które nie mają żadnych szans przeżycia, a ich dalsza 


choroba, na przykład, zarażałaby inne, tworząc łańcuch życia i 
śmierci. 
_ ProSZy pana, dlaczego niektóre jaskółki robią gniazda 
w piachu? - przypomniałem sobie jaskółki gnieżdżące się na 
wyrobisku piasku. 
_ To brzegówki z rodziny jaskółek. A dlaczcgo właśnie 
tam? No cóż, ptaki budują gniazda w miejscach, które 
instynktownie uznają za bczpieczne i które są dostosowane do ich 
warunków życia, możliwości maskowania się, obselwacji otoczenia, 
swobodnej ucieczki. Dlatego przy budowaniu gniazd wykazują one 
wiele pomysłowości, sprytu, inteligencji, a nawet znajomości praw 
fizycznych. Brzegówka drąży swoje gniazdo w postaci korytarza o 
długości do 60 cm zakończonego komorą łęgową, którą wyściela 
piórami, sianem i w które składa około sześciu jajeczek. Błotniak 
stawowy, jak już wam mówiłem, buduje gniazdo na ziemi, w 
miejscach zupełnie niedostępnych, na dużej otwartej przestrzeni. 
Malutki łelek kozodój składa dwa jajeczka bezpośrednio na ziemi 
i wysiaduje je przez trzy tygodnie. Dzięki swemu upierzeniu jest 
jednak tak zamaskowany, że prędzej można na niego wejść, niż go 
zobaczyć. Bardzo starannie na łąkach i polach maskuje swoje 
gniazdo skowronek. Wszędobylskie piecuszki jakby od niechcenia 
narzucają na gniazda wysuszone trawy. Pokrzywki i makolągwy 
ukrywają swe gniazda w krzakach i krzewach, a kozówka i trzciniak 
przyczepiają je do trzcinowych łodyżek. Wielkim domem dla 
ptaków są drzewa. Najwyżej zakładają gniazda ptaki drapieżne, 
na przykład niektóre jastrzębie. Gniazda znajdują się także na 
niższych gałęziach drzew i to w ściśle określonych miejscach 
wybieranych przez ptaki. Wilga swoje zielone gniazdo. zrobione z 
trawy i mchu, leciutkie jak puch, przymocowuje do najcicńszych 
gałązek, a mysikróliki pod spodem gałęzi. N a kOllCU zaś gałęzi 
umieszcza swoje gniazdo szczygieł, a właściwic pani szczygłowa, 
bo samiec nie buduje gniazda, znosi tylko materiał. Ptaki 
zamieszkują także dziuple, w których żyją setki ich gatunków, ale 
1:ylko dzięcioły pracowicie je wydłubują. Pozostałe ptaki zasiedlają 
dziuple opuszczone przez dzięcioly albo je stamtąd po prostu 
wypędzają. Spośród tych wszystkich ptaków jedynie kowalik dba o 


116 


117
		

/60.djvu

			dziuplę jako tako, oblepiając jej otwór błotem i gliną i dostosowując 
do swojej wielkości. Zupelnie inaczej rohią swoje gniazda ptaki 
w
dne. Perkozy na przykład z wodnych roślin budują wielkie 
gn
azda bezpośrednio na wodzie i pływają w nich jak w warownych 
tWIer
zach. Jeden tylko ptak nie buduje gniazda i nie troszczy się 
o swoJe potomstwo. Chyba wiecie jaki? 
- T
k, (O ku
uł
a, ale dlaczego? - wyrwało się Jerzykowi. 
. . - NIe potrafię CI na to odpowiedzieć przyjacielu, bo sam 
me WIem. Ma to na pewno swoje głębokie uzasadnienie w 
przyrodzie, bo tutaj tak bez potrzeby nic się nie dzieje. Może ma 
to .związ
k z konie
znością zachowania lub ograniczenia gatunku, 
z Jego h
:ebn
ścIą,.z)a
ił:łś nieodkrytym prawem przyrody. 
WIęks,ZC;s
 ptako,:" gmezdzI SIę raz w roku, ale są i takie, które robią 
t
 częscleJ, szpaki na przykład dwa razy, wróble - trzy, a sierpówka 
az 
ztery r
zy. .Sowy mogą zupełnie zaniechać w danym roku 
wyslad
wam.a pIskląt lub robić to dwa razy w zależności od liczby 
gryzom, 

h po prost
 pokarmu w rejonie ich żerowania. A myszy 
mogą mlec cztery mioty rocznie, nawet po czterdzieści sztuk 
potomstwa w każdym. Widzicie więc, jak mądrze i skutecznie 
pr
roda sama to wszystko reguluje. AJe wróćmy do kukułki. Okres 
wysladywania)ej u p
ak.ów poprzedzają gody. Ptaki nawołują się 
wt

y, z
l
caJą do siebie, świergolą i pimpolą, jak tylko umieją 
ł.łaJ!)lę
meJ, lączą się w pary na rok, na przykład sowy, albo na całe 
zycie, Jak robią t? bociany, łabędzie, wrony czy gęsi. Ile piękna jest 
v.: tych s
w0ł:zcmach. Słyszeliście na pewno o zalotach głuszców i 
cIetrzewI, o Ich wspaniałym upierzeniu i ubarwieniu o tokowaniu 
od świtu . do. brzasku, o krektaniu, szlifowaniu, cZ:; wspaniałych 
,:"alkach, Jakie samce głuszców toczą między sobą. A przecież zaloty 
lllnych ptaków są równie piękne, a może jeszcze piękniejsze. Ptaki 
drapicżne wzbijają się wysoko w niebo, kołują z rozpostartymi 
sze
oko skrzydłami, zawisają nieruchomo wśród chmur, dotykają 
słonca, by nagle niczym piorun runąć w dół prosto na patrzącą z 
dołu p
ttnerk.
. 
 zn?wwzlatują w górę, zataczają koła w powietrzu, 
opad
Ją, wzbijają Się w błękit, krążą szeroko po niebie. A jakże 
cz
le.1 zal?tnie .z
chowuje się malutki brzęczyk. Lata wokół samicy, 
wysplewuJe najPiękniej jak tylko potrafi, opada na ziemię, kręci 


się wokół swej pani, wierci i nadskakuje jej, przytu.puje sia
czy
cie, 
przebiera nóżkami tak, jakby chciał wszystkie klejnoty z ZIemi dla 
niej wygrzebać. Albo sowa. Wzlatuje spiralą nad drzewa, 
natychmiast opada w dół, uderza skrzydlami pod brzuchem, 
pohukuje zawadiacko, partnerce bez przerwy do .u
h
 coś s
ep

 
tylko w ciemności migają i świecą, jak czarodziejskie ogme, Jej 
wielkie, okrągłe oczy. Natomiast elegancki i szarmancki dudek 
przynosi swej wybrance dary godowe, przeróżn
 żucz
i: 
wyszukiwane specjalnie w krowich odchodach, ktore są J
J 
ulubionym przysmakiem. W czasie zalotów nie zawsze zachowuJ
 
się jak dżentelmen. Szczególnie w chwili zagrożenia potrafi 
wypuścić "ciekłego bąka" o tak nieprzyjemnym zapachu, sto razy 
gorszym od tchórza, że skutecznie odstrasza nim z
skocz?ny

 
zupełnie wrogów. Partnerka przyjmuje to jak
 przejaw. wielkiej 
odwagi i bezinteresownego bohaterstwa. Inaczej wyglądają gody u 
kukułki. Jej zaloty niczym szczególnym się nie wyróżniają. AJe 
kukulka jest jednym z nielicznych ptaków na świecie, .które
o 
samice mają kilku partnerów. Samce wytyczają w lesie SWOJe 
terytoria, groźnie i zazdrośnie je strzegąc. Tylko samice mogą do 
nich przylatywać. Pod tym względem kukułka jest ptakiem bardzo 
nierządnym i rozpustnym, czego nie mogą jej darować. 
o 
najcnotliwsze panny w naszej okolicy. Kukułka podrz.uca j
J
 
przeważnie do gniazd małych ptaków wróblowatych, najchętme
 
tych, które ją wychowały. Nie hrakuje jej przy tym sp
ytu I 
bezczelności. Najpierw wypłasza ptaki z gniazda, wyrzuca Jedno 
jajeczko i w to miejsce podrzuca swoje, składając je bezp
śr
dmo 
do gniazda lub przynosząc w dziobie po uprzednim złozemu na 
ziemi. Od teuo momentu nie interesuje się nim już wcale. Kukulka 
potrafi w te
 sposób podrzucić aż 22 jaja, upraw!ają
 
en swój 
proceder prawie przez półtora miesiąca. Z ptakow :ZYJących 
 
Polsce tylko kuropatwa składa tyle jaj. Niektóre pta
1 wyrzu
aJ
 
ze swoich gniazd kukulczego podrzutka. Podczas mOich ?łuw ch I 
ciekawych obserwacji zdarzało się to wielokrotnie, a sa
l ':"ldzIał
m 
na własne oczy, jak pewien szczygieł zbierał kukułcze jaja I robił z 
nich jajecznicę z jagodami. 
Parsknęliśmy śmiechem. Leśniczy mówił dalej: 


118 


119
		

/61.djvu

			- W trzynast
m dniu przychodzi na świat kukułcze pisklę. 

yrzu
a od razu z gmazda przybrane rodzeństwo albo niewyklutc 
jeszcze jajeczka. Przez trzy tygodnic każe się karmić, poić i zabawiać 
bez p.rze
y. Najlepsze posiłki przyjmuje na gałęziach drzcw, w 
?obllZU ?1l1azda, gdzie bardzo lubi przebywać. A jakie jest wybredne 
I 
ap
sne. By
e czego nie jada. Pewien szpak kupił nawet od 
dZięcIOła 
pcCJalną bryczkę i woził nią aż do Drawska swoją 
kukułczą con, na ryz w ogrodowym sosic, chrząszcze w czekoladzic, 
a na dcscr k
pował u 
załamachy lody i chałwę rozpuszczaną w 
soku pamarancznwym I chłodzoną w porannej rosie. 
, DopłY':al
śmy do brzcgu. Z pobliskiej skarpy las schodził 
w 
oł, otacz
ł Jezioro .ciemnym półkolem, stroił się promieniami 
s
onca, mlcmł barwami brązu, zieleni i czerni, drzewa rzucały długie 
cleme na wodę, kołysały mielizną jak statkicm. 
Wiatr szedł od brzegu, szumiał oddechami lasu, szumem 
d
zew zagłuszał dalekie zaśpiewy ptaków, szmerem liści opowiadał 
CIS
ę, p.owiększa! jezioro wyobraźnią, marszczył głębinę wody, 

ustał 
Ię. łagodme na wzniesieniu fal, trzepotał skrzydłami ważek 
I m
tyh
 zeglował echem, chłodną wilgocią otulał twarz, pachniał 
trzcmą I tatarakiem, orzeźwiał wonią leśnego runa, nadbrzeżnych 
traw. 


daleka zagadał leśniczy. 
_ Ano - skromnie odparł Tudrej - toż las dla mnie, jako i 
dla ciebie Jędrzeju, nie żadna nowina. Ja się w lesie wychowal, z 
lasem jak z bratem obeznał, jak z żoną zżył, przed wrogiem zawsze 
ja schronienia w nim szuka!. Dopiero teraz, na psa urok - splunął 
na ziemię - na stare lata ja się lasowi sprzeniewierzył, miastowych 
wygód zażywawszy. 
Leśniczy roześmiał się głośno: 
_ Jakich wy tam, Janie, wygód zażywacie - powiedział. 
_ Dom wasz hardziej do kwatery żołnierskiej podobny, a i rygor 
w nim kawaleryjski jak w wojsku trzymacie, a jeszcze tych 
chłopaków, jak widzę, do niego - i słusznie - sposobicie. 
_ Ty mnie leśniczy morałów nie praw - huknął Dziadek 
Tudrej. - Nie po to ja tu ciebie do Borujska braI, coby ty mnic 
dyrdymały pochwalne wyplatał. O bitwie pod Borujskiem miał ty 
nam opowiadać, tak i mów, jak ci bylo przez ludzi nakazane. 
_ Rzeczywiście - ukorzył się Jędrzej.- Przepraszam. Jak 
mogłem coś podohnego zrobić! Czy mogę w takim razie zaczynać? 
- Toż my tylko na to czekamy - mruknąl Dziadek, udając 
srodze zagniewanego. 
Leśnik Jędrzej ręką pokazał na jary i wąwozy, łąkę dłonią 
jak księgę wojny otworzył, pole jak rulon papieru rozwinął, czas 
tamten przywracał, sobą opowiada!. Drzewa z mroku nadeszły, w 
milezeniu otoczyły ognisko, olehy przysiadły na zamroczonym 
zboczu, nad wodą przykucnęły łozy i leszczyny. 
_ Wiem chłopcy - mówił Jędrzej - że jcsteście w 
wojskowości obeznani i historię wielu polskich bitew znacie może 
lepiej ode mnie. Posłuchajcie i mojej opowieści o bitwie pod 
Borujskiem, a właściwie o walkach, którc tutaj, na tym skrawku 
ziemi, przez półtora miesiąca, w lutym i marcu 1945 roku, toczyła 
wspólnie z żołnierzami radzieckimi l Armia Wojska Polskiego. 
Byłem świadkiem tamtych wydarzeń, poniekąd nawet ich 
uczestnikiem. Ale wszystko po kolei. Był rok 1945. Rozpoczęła się 
słynna, roztrzygająca łosy wojny ofensywa styczniowa. Ze zdobytej 
Warszawy przez Bydgoszcz, przeszło czterysto kilometrowym 
marszem, ruszyły na Pomorze wojska radzieckie i polskie i już pod 


Wysoko na skarpie płonęło ognisko. 
- O! ?ni już są - wesoło powiedział Jędrzej. - A jednak 
nas wyprzedzIli. Musieliśmy się strasznie zagadać. 
We

liśmy 
 l.as, minęliśmy porośnięty krzakami jar, 
prz.eskoczylismy zasieki z kolezastego drutu i niezbyt głęboki już, 
wOjenny ?
Op, zarośnięty trawą i chwastem, bliznę po wojnie na 

om
rsk
ej ZiemI. Dopiero po chwili dotarliśmy do ogniska, mimo 
ze z łodkl droga do skarpy wydawała się niedaleka. 
. 
udrej dorzucił drew do ogniska. Buchnęły wysoko 
płomlcme, chmarą złotych iskier wystrzeliły w niebo, dymem 
zasnuły 
as, s
ugą cieni biegły przez jczioro, ciszę wplątywały w 
szuwary I 
rzclllY. Zapach wody i tataraku powiewem łąki do ognia 
podchodzi!, pokłonem trawy rany ziemi odsłaniał. 
. - 
usicie wy, Janie, dobrze znać ten las, że tak szybko i 
bezpleczme sWOIch kawalerzystów tu przyprowadziliście - już z 


120 


121
		

/62.djvu

			koniec stycznia stanęły na naszej pomorskiej ziemi. Dła Połaków 
żyjących w niemieckiej niewołi, przywiezionych do majątków 
niemieckich grafów i baronów na katorżnicze roboty, oznaczało 
to wyzwołenie oraz długo oczekiwany powrót tych ziem do Połski. 
Uderzenie naszych wojsk było dła Niemców druzgocące. 
Wytworzyły się dwa fronty, z których jeden po zaciętych i krwawych 
walkach dotarł aż do Odry, drugi zaś stanął na Pomorzu Gdańskim. 
Między tymi frontami pozostał jednak 150 kilometrowy pas 
niemieckich umocnień, nie zdobyty przez Połaków, naszpikowany 
setkami stalowych i betonowych bunkrów i schronów, tysiącymi 
stanowisk maszynowych i dział, polami minowymi i szachownicami 
pancerfaustów. Był to Wał Pomorski, Pommerstellung, jak nazywali 
go hitlerowcy, ostatnia nadzieja Niemców na powstrzymanie 
naszych armii i odniesienie ostatecznego zwycięstwa. [ właśnie 
przełamanie obrony niemieckiej w tym miejscu, to znaczy w rejonie 
Mirosławca, Drawska, Złocicńca i Borujska powierzono I Armii 
Wojska Połskiego. Już] lutego rozgorzały tutaj krwawe i zacięte 
boje O każdy metr tej prastarej, piastowskiej ziemi. Polacy szybko 
zdobyli Złotów, Jastrów, Podgaje. 10 lutego, w sobotnią noc, w 
rękach polskich żołnierzy byl już Mirosławiec, a w dzień później 
położone zaledwie 4 kilometry stąd Nowe Laski. Wydawalo się, że 
to już koniec wojny, że po zwycięstwo wystarczy tylko ręką sięgnąć, 
że nigdy już niemiecka noga na tej ziemi nie stanie. Czy wiecie, co 
ja wtedy przeżywałem, widząc tak blisko zielone, polskie mundury, 
orzełki na rogatywkach, czołgi z polskimi napisami, słysząc okrzyki 
i nawoływania poJskich żołnierzy, nie znanych nam przecież, a już 
tak bliskich, serdecznych. oczekiwanych. Ale nie było nam dane 
tak szybko cieszyć się wyzwoleniem i wolnością. Właśnie tu, pod 
Borujskiem, na najbardziej umocnionej pozycji Wału Pomorskiego, 
czyli na tak zwanej pozycji ryglowej, załamała się ofensywa wojsk 
polskich. Ponawiane wielokrotnie ataki i szturmy na Borujsko nie 
przynosiły rezultatu, a brawurowe natarcia Polaków kończyły się 
niepowodzenianli i klęską. Już 11 lutego, jak dzisiaj to widzę, bylo 
to w niedzielę, po kilkugodzinnych walkach i zdobyciu Nowych 
Lasek, polscy żołnierze wdarli się nawet do pierwszych zabudowań 
Borujska. Ale na próżno! Niemcy, wyparci z Nowych Lasek, 


wysadzili w powietrze znajdujące sif( tam lotnisko j wszystkimi 
wycofanynli siłami obsadzili właśnie Borujsko. Zginęła wtedy cała 
kompania Polaków z trzeciego batalionu, która jako pierwsza 
dotarła tutaj, do Borujska. W tydzień później, 19 lutego, w 
poniedziałek, znowu szturm na Borujsko, i znowu bezskuteczny, 
okupiony ogromnymi stratami. Czułem i ja wtedy gorycz 
niewykonanego rozkazu, bom starał się choć w niewielkim stopniu 
pomóc szturmującym Borujsko Polakom. W tym czasie parę razy 
przedostawałem się, przeważnie w nocy, do naszych, różne 
żołnierskie oddając im usługi i spełniając swój patriotyczny, 
obywatelski obowiązek. Zaprzyjaźniłem się nawet z wieloma 
zwiadowcanli, a w brygadzie kawalerii, która ku memu zdziwieniu 
i radości zarazem, wchodziła w skład naszego wojska, odnalazłem 
także swego dawnego przyjaciela, z którym jeszcze przed wojną 
służyłem w 6 Pułku Ułanów Kaniowskich w Stanisławowie. 
- To pan też był kawalerzystą? - zapytał niespodziewanie 
Danek. 
- Tak - odpowiedział spokojnie Jędrzej. 
Widać było, że zmagał się ze wspomnieniami, które 
powróciły wojenną przeszłością i bólem serdecznej troski rzeźhiły 
jego ogorzałą twarz. Opanował się jednak, powrócił do swojej 
opowieści. 
- Trzeci szturm na Borujsko wyznaczono na dzień 1 marca. 
Wał Pomorski musiał być koniecznie zdobyty, gdyż przedłużający 
się pobyt Niemców na tym odcinku stawał się groźny dla frontu. 
Zablokowana była przecież droga wojsk polskich na Kołobrzeg, 
tędy też podążały niemieckie posiłki z rozbitych hitlerowskich armii 
na Berlin. Szturm ten był długo i starannie przygotowywany. 
Dowództwo nasze postanowiło pancernym klinem wbić się w 
hitlerowskie umocnienia, a w powstały w ten sposób wyłom w 
niemieckiej obronie runąć miała piechota. Po półgodzinnym 
artyleryjskim i lotniczym przygotowaniu, o godzinie dziewiątej, 
ruszyła do boju polska piechota. Widziałem to natarcie. Ale i ono 
się załanlało. Nie powiodło się też dwukrotne w tym dniu natarcie 
na Żabin, gdzie drugi batalion czołgów został doszczętnie rozbity 
przez Niemców. O godzinie czwartej po południu, po ponownym 


122 


123
		

/63.djvu

			ostrzale artyleryjskim, ruszył kolejny atak na Borujsko, ale i on, 
chociaż był prowadzony zmasowaną nawałą czołgów z desantem 
piechoty i działami pancernymi, zaczął się załamywać. Jak zapalki 
płom,;ły polskie czołgi, wsiąkała w ziemię żołnierska krew. 
Nadchodzil decydujący moment bitwy. To natarcie nie moglo 
stanąć. Należało za wszelką cenę unieszkodliwić ziejące ogniem 
niemieckie bunkry i schrony, zniszczyć pole pancerfaustów, 
zlikwidować pojedyńczych snajperów. ] wiecie kto to zrobil, 
zwycięstwo wojskom polskim zapewnił? Dokonała tego 
Warszawska Brygada Kawalerii. Kiedy wydawala się, że nic już nie 
uratuje Polaków, że Niemcy do nogi wybiją polską piechotę i 
zniszczą polskie czołgi, ruszyła na nich polska kawaleria, 180 
ochotników wybranych z różnych kawaleryjskich szwadronów. 
Prowadził ich na głównym odcinku uderzenia porucznik Zbigniew 
Starak, dowódca szwadronu 2 pułku ułanów. prawe skrzydło w tym 
szaleńczym ataku rozwijał porucznik Mieczyslaw Spisacki, dowódca 
2 szwadronu 3 Pułku Ułanów. Ukryci w lasku przed torami widziełi 
oni całe pole bitwy, plonące czołgi, przylegającą do ziemi i ginącą 
piechotę, i tę ogromną, ziejącą ogniem i smiercią przestrzeń, którą 
w szaleńczej szarży musieli zdobyć. I zdobyłi, nie tracąc żadnego 
żołnierza! O tam - leśniczy drżącą rękę wyciągnął przed siebie. 
- Tamtędy sunęły polskie czołgi z piechotą, a stamtąd ruszyła 
polska kawaleria, w ostatniej szarży przez historię jak wicher 
przemknęla. 
Zamknąlem oczy. Krajobraz wojny w sobie otworzylem. 
Marzec, rok czterdziesty piąty. Widzę ich, polską kawalerię ukrytą 
wśród drzew jak na dłoni oglądam. Porucznik Starak stoi na linii 
glównego uderzenia, 180 ulanów, kawaleryjskich harcowników, 
żołnierzy z krwi i kości, konników wrześniowych pułków z połowy 
świata pozbieranych, na rozkaz dowódcy czeka. 
Ryknęła artyleryjska nawała. Zadrżały ziemia i niebo. Słupy 
ognia i dymu, śniegu, lodu, ziemi i chmur, wystrzeliły w górę, 
rozerwały się tumanami piekielnego huku, opadly w dól, kładły 
się na niemieckie pozycje porażającym walce pocisków, omiatały 
Borujsko płomieniami pożarów, kipiały bulgotem wybuchów i 
wstrząsów. Drżały wody jeziora, łamaly się jak splątane kije wąwozy 


i jary, droga uciekała przed siebie, tor kolejowy rozryw
1 horyzont 
na strzępy lasów i póL Łąka powiewała białą chorągwią lotms
a, 
połe modliło się do wnętrza ziemi i.lufy ni
znanej, zapatrzone] w 
niebo, w serce polskich żołnierzy ml
rzą
eJ.. ., . _ 
Z czeluści ognia i krwi, z głębmy ZYCIa I smlerCl, po
ad ryk 
dział i moździcrzy, wzbiły się polskie samoloty, krązą na
 
Borujskiem niby piastowskie orły, bły
ka
ą bialo-
er,:onY
l1 
szachownicami. Idą pod wiatr, na zachod Idą, smugi raklct nad 
nimi smuui rakiet pod nimi, na ziemi wolności hłysk. 
, I t
n okrzyk nadziei, zawolanie zwycięstwa, hura bo.lesne 
jak przekleństwo Śmierci, krzyk gor
ki.iak razo.wiec 
 przydr
zn
go 
pola, cierpki jak piolun w przedsmlert.elne] ram
, b?les
y !a
 
wspomnienia rodzinnego domu, zrY"':a Się pon
d Ziemię, wiruje I 
wyje, huraganem wrzasku uderza w CiSZę P?d mebem. por
a do 
walki. Z setek strzeleckich rowów, z okopow I wnęk, zza grudek 
ziemi i gałązek krzaków, zza kwiatów pr
e
iśnicgów, z. us
h
y
h 
traw, mchów i paproci, powstaje jak mickiewiczowski mSClclel 
polska piechota, do natar
ia z impete
. rusza, p,rze na wro

 
gniewem własnej śmierci. Zoł
ierz
 są jllZ za 
gorzen:, wtoplh 
si y wjar, bryzgami zjemi uleCleh wmebo, smugami dymu I kurzawą 
śniegu przez śmierć zasłonięci. .. .' 
Widzę ich znowu, jakbym z mml do araku rusza.1. .PI
ty 
ułk 
atakuje Borujsko, żołnierze pochylili się nisko, pols
lcj zlen;l.sl
 
ukłonili, nieznanym kulom drogę do serca zamknęli, szc
ęsCle I 
śmierć porwali ze sobą. Trzysta metrów wojen
ego 
ola jednym 
skokiem zdobyli, hitlerowcom spod luf wydarli, kolejny skrawe
 
ojczystej ziemi Polsce oddał i, między jedną a d

g
 ku
ą zdobyli. 
Stu polskich żołnierzy na tym skrawku pomorskie] ziemi za Polskę 
poległo, krwią serdeczną krwawiło
 z
emię okaleczoną bon:baml 
jak rodzoną matk y do piersi tulilo, 
z Się pla
e
, spopl
lal. otwierała 
ciemność. Tylko serce śpiewało gwiezdną plesn Zwycięstwa, echem 
powtarzało imię rodzinnego progu, sło,"'a:-łzy, ,,:szeptywało w 
zamarzniętą ziemię: dlaczego w mOj
j Ojczyzm
 tak gorz,

 
smakowała wolność i tak krwawo wschodzlla zawsze mepodleglo
e. 
Zza lasu wyjechały czołgi, ruszyly do ataku, 14 polsklel
 
czołgów z desantem, ubezpieczonych skrzydłami, z samochodami 


124 


125
		

/64.djvu

			pancernymi, wspartych ogniem artylerii sunie na Niemców. Ryczą 
pancern
 olbrzymy, chrzęszczą naprężone gąsienice, groźnie 
kolyszą Się luty, stalowe cielska dyszą gorącem silników, żelaznym 
pancerzem otulają czolgistów. Napięte twarze we wlazach, z 
uch
l?nych luk błyszczą czujne, rozbieganc źrenice. Biegnie ziemia 
w wIzjerze celow
i

, uciekają do tyłu przerażone drzewa, skaczą 

okl
dc:we w
kazmkl, chropawo wołają hełmofony, zapach prochu 
I krwi, 
Ierpki smak życia i gorzki smak śmierci, zmęczone oko na 
celowmku. 
Czołgi posuwają się przestankami, waJą z dział i karabinów 
maszynowych, za nimi skokami idzie piechota, żołnierze pędzą 
przez po
a barona von Griinberga, omijają wąwozy i jary, przelatują 
obok po
edynczy
h drzew, omijają zabitych i rannych, zielonymi 
plamamI mundurow -czerwonymi plamami krwi w śnieżną ziemię 
wtulony
h: Przed polskimi czołgami wzniesienie, za polskimi 
czołgaml.plecho
a. Las się śmi
rcią otwiera, wąwozem jak czarną 
chorągwią powiewa, str
elaJącymi ścianami bunkrów drogę 
po,:"r.otu . zamyka. Po
skie czołgi łamią niemiecką obronę, 
r
zJe
dza
ą faszystowskie okopy, miażdżą, niszczą, tratują działa i 
m
mleckle m
ź
zierze, wgniatają w ziemię i śnieg, rozbijają 
gmazda karabmow maszynowych i szachownice hitlerowskich 
pancerfaustów. 
. Ale 
o 
orujska. jeszcze daleko, do ostatecznego 

clęstwa meblisko, 
hoclaż wieś stąd jak na wyciągniętą rękę, 
na je


 sko
 tyl

, na jeden zryw maszyn i ludzi. Zwijają się polscy 
czołgls
l, zmlema!ą pozycje, śrubowym ruchem idą do przodu, 
zygzakl
m okręcają .pole, walą z dZiał i karabinów maszynowych, 
od sił
 Ich ud.e
ema, od szybkości i zwinności maszyn, od ich 
?d,:"ag
, c
lnoscl pokładowych kul, skuteczności ognia zależy ich 
ZYCI
, zycie kolegów i przyjaciół z piechoty, moje życie od nich 
zalezy. 
.. Ale cz
łgi grzezną na podmokłej, rozgrzanej ziemi, boksują 
w s
legu, lodzie, trawach i krwi, grzebią gąsienicami w bagnistej 
ma
. Ryczą rozgrzane silniki, mdleją ręce na dźwigniach sprzęgieł, 
tamec kul 

 pancerzu, serce podchodzi do gardła, tylko oczy wciąż 
patrzą czujme, szukają niewidzialnego wroga, w błysku wystrzałów 


126 


odnajdują nadzieję zwycięstwa, między kulami drogi do Polski 
wypatrują. . . 
Niemiecki ogień pokrywa pole przed nami, nachodzI 
a 
nas, biegnie setkami kul i pocisków przez czołgi, dop
d
 pols
l
j 
piechoty, uderza centymetr po centymetrze, bije kr
ującyml Się 
seriami. Z niewidzialnych dział i moździerzy, z przeciwpancernych 
luf, z tysięcy okopanych w ziemi pancerfaustó
, z 
amaskowa
yc
 
bunkrów i schronów, zza kolczastych zaslekow, parowow I 
wzniesień, z gruzów Drang nach Osten, z ruin Raum ?hne Volk 
tworzą oszołomieni klęską hitlcrowscy nadludzie zaporę 
milionowych pocisków, granatów i kul. .. 
Widzę siebie. Stoję na lizjerze lasu wśród polskich ułanow, 
obok Dziadka Tudreja i porucznika Staraka. Konie pod nami się 
rwą, ziemia drży, las ucieka, pole bitwy odsłania. Ułani patrzą przed 
siebie, na śmiertelny i krwawy bój spoglądają. Każdy tylk
 sza
lę 
w dłoni mocno ściska, karabin na plecach poprawia, chleb I ClIkier 
koniowi pod pysk podtyka, uspokaja go, czule do niego przemawia. 
Słowa Mazurka Dąbrowskiego pobrzmiewają nam w sercach, 
melodia pieśnią tęsknoty powraca, zapachem rodzinnego domu 
dławi, krwią nowe dzieje ojczyzny w historii Europy i świata 
zapisuje, echem minionych wieków imię Polski powtarza. 
"Jeszcze Polska nie zginęła 
Póki my żyjemY.n. " 
Tak. Polska nigdy nie zginęła i nie zginie. Ona żyła w 
martwych ciałach żołnierzy, spełniała się w grobachjej bohater
, 
w powstańczych i partyzanckich mogiłach, w bolesnym trn:am
 
polskiego życia, w matczynym bólu się odradzała, w zapo
maneJ 
śmierci nieznanego żołnierza tragedią wolności drogę do oJczyzny 
znaczyła, brzozowymi krzyżami matkom i żonom polskim si
 śniła, 
w sercach Połaków niepodległością jak sztandarem powiewała, 
krwią się upolszczała, ojczyżniała łzami, aż szwadronami połskiej 
kawalerii na pomorską ziemię wróciła. Była, gdy jej nie było, zyła 
w nas, w tobie żyła i żyła we mnie, żyla w żywych i żyła w umarłych. 
Przez wieki broniła jej polska kawaleria, koniem i szablą drogę 
nieprzyjacielowi do Połski zagradzała, dalekich rubieży strzegła, 


127
		

/65.djvu

			imię ojczyzny po świccie wielkimi wiktoriami sławiła. 

orucznik Starak unosi szablę do góry. Spod lasu polska 
kawalella na wroga uderza, polscy ułani do boju ruszają. Idą 
szyklcm..zv.: aItym , pI:zechodzą w .tmc
t, pędzą kłusem, cwałują, 
lOZSypUJą SIę w..tyraherę, rozlewają w smiertelną szarżę, skrzydła 
do ataku lOzwI
aJą szeroko. J
k huragan mijają polskie czołgi, 
ponad p<;,ls
ą plcchotą Jak pt.akl przelatują, dopadają niemieckiej 
oblO.ny. Smeg spod. kopy
 uCieka, ubarwiona krwią ziemia, nicbo 
koluJe nad głowami, wzgorze za wąwóz się chowa. 
. . Porucznik. Starak pędzi na przedzie, galopuje karierem 
Ul:OSI SIę 
 strzemIOnach, szablą młyńce nad głową robi, na lewo i 
plawo tllle, I:a wroga .ułanów prowadzi, mnie za sobą do hoju 
p0ł-Y"':a, ZJeml w locIe n
e 
otykamy. Kawaleria Niemców pokotem 
kładzIe, pa
ce
faustmkow do ziemi przygniata, hitlerowskim 
cekae.m
m s.mlertcJną mowę odbiera, szwabskim działom ze 
zdumle
la Wiatrem lufy zatyka, germańskim nadludziom ochotę 
do walki odbIera P rzeraż a " . k 
'. ' . wOjowmczym plę nem, do panicznej 
uCIeczkI zł:łusza, polskIm czołgom i polskiej piechocie po 
faszy
towsklch trupach dro
ę do Borujska otwiera. Ułani są już w 
B
I uJsku, do w.alki wręcz z Niemcami stają. Za każdy dom, za każde 
dIZ
v.:0' za. kazdy centymetr ojczystej ziemi leje się polska krew 
mOJ	
			

/66.djvu

			rany tylko rozdrapywać. 
_ Bardzo pana proszę - nalega! major - niech pan mówi, 
cokolwiek pan wie. To może być bardzo ważne dla śledztwa, które 
prowadzę - zachęcał. 
_ Dobrze, ale to długa historia. Chłopców może nie 
interesować. Skończyłem właśnie opowiadać im o bitwie pod 
Borujskiem, niech więc wracają do domu, a my chodźmy do mnie, 
porozmawiamy o tym w leśniczówce. 
_ Zostaniem my tutaj - roztrzygnął Tudrej. - Znam ja 
twoją historię Jędrzeju, ty o 'niej mnie już opowiada!. Toż skoro 
pan major nalega, opowiedz ty ją. Moi ułani chętnie ciebie 
wysłuchają. 
_ Niech pan mówi, nam się nie śpieszy. Tak, Tak! - 
wolaliśmy jeden przez drugiego. 
_ Jeżeli tak, to chętnie - Jędrzej zamyślił się chwilę, 
milczał, widać bylo, że zmaga się z sobą, coś we wnętrzu swym 
łamie, z serca boleśnie wydźwiga, z piersi oddechem wyzwala. 
_ Znalem kiedyś dzicwczynę o imieniu Grażyna. Niemcy 
ją tutaj do Borujska, jak mnie, na roboty przywieźli. Pracowaliśmy 
razem w majątku barona von Grunberga, musieliśmy tyrać od świtu 
do nocy, byliśmy niewolnikami hez imienia i życia. "Nie martw się 
_ mówiła wtedy Grażyna. - Wiesz Ed, ona mnie tak nazywała, 
to my, a nie ten plzcbrzydły Niemiec, jesteśmy na swoim, na polskiej 
ziemi, na naszcj ziemi. Pracujemy na ojcowiźnie polskich przodków, 
dłatego jak najwięcej tej ziemi musimy dać, własnym ją gniewem 
ohudzić, krwią gorącą użyźniać, słonym potem nawodnić, łzami 
polskości zrosić, pieśnią wiślaną, nadbużańskim śpiewaniem w 
słońce ją tchnąć, sobie i światu jej wolność wyśpiewać. Ty i ja, oni i 
my, wszystko tej ziemi musimy ofiarować, jak trzeba - siebie jej 
dać. wlasnym ją ciałem użyźnić, nadzieją zwycięstwa ożywić. Bo ta 
ziemia do Polski powróci, na pewno powróci, będzie znowu 
ojczyzną Polaków, na zawsze już nią pozostanie, synowie nasi na 
niej wyrosną, synowie ich synów na niej żyć będą. Słyszysz - mówiła 
_ ludzie już o tym szeptem mówią w domach, wiatr wieczorami 
nuci pieśń łąkową, po polach huczy, po ogrodach gada, grzmotem 
dział na niebie powtarza. A ptaki o Polsce śpiewają po sadach, 


echo o tym opowiada wrzosom i jeziorom, wrzosy - kwiatom, 
jeziora - rzekom, rzeki wstęgą srebrnej wody niosą wieść do morza, 
morze szepce oceanom, oceany gwiazdom, gwiazdy powtarzają 
ziemi, a ziemia tobie i mnie". 
Grażyna miała osiemnaście lat, piękna byla, odważna i 
zgrabna. Nigdy takiej dziewczyny nie widziałem, nikogo tak w życiu, 
jak jej, nie kochałem, nikogo innego pokochać bym już nie potrafił. 
Ałe ona kochała nie mnie, polskiego partyzanta ona kochała, 
Tadeusza Godulę spod Chełma, na dwa dni przed ich ślubem 
Niemcy go w gałęzowskim lesie zamordowali, a ją tutaj na roboty 
do Niemiec wywieźli. 
Leśniczy zamilkł na chwilę, mocował się z sobą, podchwycił 
swoją opowieść: 
_ Do majątku, gdzie pracowaliśmy, jak już mówiłem, 
przyjeżdżał esesman, właśnie ten, którego pan major pokazał mi 
na zdjęciu. Rudy Szkop go nazywaliśmy, ho rudy byl i piegowaty, 
naznaczony przez Boga, jak jeszcze mama moja mówiła. Był to 
drań, jakich nawet wśród hitlerowców rzadko można było spotkać. 
On też się chyba w Grażynie zakochał, nicmiecką panią chciał z 
niej zrobić, złoto pod nogi jej rzucał, po niemieckim świecie chciał 
ją wozić, ale ona nim gardziła, spojrzeć nawet na niego nie chciała, 
w ryżą gębę mu napłuła. Ach! jak on ją wtedy bil, jak ją katował, 
jak nad nią się znęca!. Było to na parę miesięcy przed wyzwoleniem. 
W lutym czterdziestego piątego roku, już po wkroczeniu wojsk 
polskich na Pomorze, Grażyna znalazła dziecko, może dwuletniego 
chłopczyka. Ukryliśmy go, ale Rudy Szkop gdzieś to dziecko 
wytropił, kazał mi je utopić, żywe do jeziora wrzucić. Wicdział drań 
jeden. że za Grażynę życie bym oddal, najgorsze cierpienia zniósł, 
dlatego kazał mi to dziecko własnymi rękami zamordować. Co 
czułem, gdy niosłem je na ręku, blade jak wiosenny świt, niewinnc 
jak biel kwitnącego sadu, ciche jak westchnienie uśpionego kwiatu, 
leciutkie jak promyk wschodzącego słońca, do Grażyny podobne 
jak dwie krople wody. Osiwiałem z rozpaczy, siwiutki jak gołąbek 
się w jednej chwili zrobiłem, nie ze strachu o siebie, tylko z bólu 
ogromnego, który szalał we mnie jak śniegowa burza. Czego ja 
wtedy nie wymyślałem, na co byłem gotowy, żeby to dziecko 


130 


131
		

/67.djvu

			ra
ować. -: do jeziora 
yło coraz błiżej, do śmierci było już tak 
bh
ko
 kazdy krok odbIerał nam życie, każda sekunda była już 
?st.at
la, wo
ała we m?le chłodem czarnej wody i czarnym światłem 
sWI
cIła gwiazda mej nadziei. Jasne włosy Grażyny spływały ze 
słonca, czarnym deszczem biły mnie po twarzy, czarną chmurą 

0':Pac
 w myci: ocza
h szalała, otwierała przedc mną czarną głębię 
smlercl: Ję
rzeJ zamilkł, grzebał kijem w ognisku po chwiłi dopie- 
ro powiedział: 
- Stój - zawołał Niemiec, który mnie prowadził po śląsku 
zagadał...Był z Sosnowca, w duszy głęboko Jeszcze połskość nosił, 
w sercu Ją przed 
udym Sz
opem ukrywał, silniejsza ona była niż 
s
rach przc.d h.ltIe
owskIm zbrodniarzem, niż śmierć za 
lllewyko
ame .memleckicgo rozkazu. Pozwołił mnie dziecko 
uratowa
. Zalllosłem chłopczyka do chaty Starego Rybaka za 
tamty.m Je
IOrem - pokazał ręką.- Niejednemu uczciwemu 
c:I
wlekowl on pomógł, niejednego Polaka od śmierci uratował 
n
eJednego hitlerowca na tamten świat wysłał, na dnie jeziora d
 

I
c
nego snu o Drang nach Osten ukołysał. Od tego czasu nigdy 
JUz lll
 zobac
ł
m T
deuszka, bo tak nazwała go Grażyna, chociaż 
opoWladałe.m Jej o mm. tak, jakbym parę razy go widział. Grażyna 
w d
szy z mm r
zm.awlała, w myślach się z nim bawiła, w kołysce 
swoJ
ąo serca .zy

e jego chroniła, z własncj miłości krainę 
szczęslIwego dZlecmstwa mu tworząc, marzeniami ją upiększała 
pancerze
 matczynej tęs
not
 przed złymi ludźmi strzcgła. ' 
.. P
trzyłem na Grazynę jak urzeczony, tak bardzo chciałem 
J
J pom
c, uszc
ęśli
ić )ą, .ocalić od śmierci. Bałem się 
merom:azn
m spoJr

memJeJ me urazić, naj mniejszym gestem nie 
spł
s
c, słow d
a .meJ w sobie znaleźć nie mogłem, naj prostszych 
wyraz
w przy mej zapommałem, a przecież chciałem jej zawsze 
tak duzo powiedzieć. 
Przyszedł 
ar
ec c
erd.ziestego piątego roku. Nasi stanęli 
na 
omorzu, n
emleckI
 
oJska jak hordę rozjuszonych psów przed 
s
bą n
 zacho.d pędzIli. Wałcz przemieniony przez Niemców 
me
1
lze n,a .twl
r
ę prawie z m.arszu zdobyli. Rudy Szkop szalał 
z ws

e
oscI, pil I. mordo
ał, memieckieh żołnierzy za dezercję 
OSobiscle rozstrzeliwał, dZiecI z pancerfaustami na polskie czołgi 


wysyłał, starcom w okopach z Polakami kazał się bić. W Podgajach 
polskich żolnierzy do zdradzieckiej zasadzki wciągnął, 32 polskich 
żołnierzy hitlerowcy związali drutem kolczastym, oblali benzyną i 
żywcem spalili w stodole. 
Zamilkł znowu leśnik z Borujska. W oddali zajęcza]o ccho, 
cztery ]abędzie bielą rozpostartych ski-zydel, srebrnymi ślizgami 
fal, długą smugą łabędziego krzyku oderwały się od jeziora. Wiatr 
biegł przez las. potrącając olchy i leszczyny. Głęboki oddech ziemi 
owiał nasze twarze, jakby głosy umarłych powtarzały słowa Jędrzeja. 
_ Nadszedł czas zemsty - mówił dalej leśniczy. - 
Postanowiłem zabić Rudego Szkopa, pomścić krzywdę Grażyny, 
za poniewierkę niewinnego dziecka zapłacić, za swoją i innych mękę 
po męsku rachunek z nim wyrównać. Ale Rudy Szkop nigdy nie 
był sam, kilku esesmanów zawsze go otaczalo, takich jak on 
zwyrodnialców. Parę razy moglem go zabić, z ukrycia jak psa 
zastrzelić. Natłukłbym Szkopów, może trzech, może cztercch, ale 
Grażyny bym nie uratował, żadnych szans ucieczki z Grażyną nie 
miałem. Co tu ukrywać! Pragnąłem śmierci Rudego Szkopa, 
chciałem sam mu ją zadawać, patrzeć jak kona, jak mu diabeł duszę 
wyrywa. Chciałem też po wojnie ożenić się z Grażyną, po Borujsku 
z nią na spacery chodzić, pomorską ziemię razem z nią własnymi 
rękami uprawiać. Wierzyłem w to, chociaż nigdy o tym z Grażyną 
nie rozmawiałem. l tak oto rozpoczął się bój o Borujsko, ostatni, o 
którym wam już opowiadałem. Trzy razy nasi atakowali wIOskę i 
trzy razy ich Niemcy od Borujska odrzucali. Myśleliśmy wówczas, 
że to już koniec, że Wału Pomorskiego nikt nie zdobędzie. WlCdy 
właśnie ruszyli ułani, przez pola z panccrfaustami jak ptaki 
przylecieli, ten wąwóz obsadzili, pierwsze wioskowe zabudowania 
zdobyli. Z tego wzgórza - pokazał ręką na pobliskie wzniesienie 
_ całą walkę widziałem, gdybym mia] cekaem, mógłbym stąd 
wszystkich Niemców wystrzelać, ułanom drogę do Borujska 
niemieckimi trupami wyścielić. 
Rudy Szkop kazał nas zabić, wszystkich Polaków, którzy 
pracowali u barona von GriJnberga kazał natychmiast rozstrzelać. 
Ja się ukryłem w piwnicy. Niemcy wyprowadzili ich na podwórze, 
ałe Grażyny wśród nich nie byIo, Rudy Szkop trzymał ją siłą przy 


132 


133
		

/68.djvu

			sobie. Ustawili wszystkich pod murem. Wtedy Polacy zaczęli 
śpiewać "Rotę". Ponad jazgot wystrzałów, ponad bitewną wrzawę 
niosły się słowa pieśni "Nie będzie Niemiec plul nam w twarz..." 
Nie wytrzymałem, pociągnąłem za spust, dwóch Niemców runęło 
na ziemię, inni oniemieli ze strachu, inni jeszcze stali jak 
sparaliżowani, "Polnische soldaten" - wrzeszczeli, "Iwan, Iwan!" 
wołali, "Hitler kaput" - podnosili ręce do góry, błagali o litość, 
portret swego Fiihrera opluwali, wdeptywali go w ziemię. 
Rozpętała się strzelanina. 
Szukałem Grażyny, po całym Borujsku latałem, wołałem 
ją, zmysły mnie chyba odjęło, nie patrzylem na kule, na nic nie 
zważałem, że mnie jakiś pocisk nie trafi, żaden Szkop nie ustrzelił. 
Zobaczyłem ją dopiero nad jeziorem, Rudy Szkop uciekał z nią 
samochodem, ręce i nogi miała związane, usta zakneblowane. 
Biegłem jak oszalały, wąwóz jednym susem przesadziłem, 
skoczylem w dół, strzeliłem, kule zajęczały po drzewach, nie 
dosięgnęły Rudego Szkopa, chyba sam szatan go bronił, sam diabeł 
oslaniał. Oddalał się ode mnie, z dużą szybkością uciekał. Jak przez 
mgłę, jak przez własną śmierć usłyszałem te strzały, jeden, drugi, 
dziesiąty, jakby do mnie strzelał, jakby mnie tymi kulami zabijał. 
Wyrzucił ciało Grażyny. Leciało w dół, coraz glębiej i głębiej, 
ciągnęło mnie za sobą, do polskiej ziemi mnie zabierało. 
Byłem nieprzytomny z rozpaczy. Nie uratowałem Grażyny, 
nie ocaliłem jej życia. A ona tak na mnie liczyła, tak we mnie 
wierzyla. - Głos mu drżał, oddychał nierówno, głęboko. - Ale ja 
nie mogłem naprawdę jej uratować. Czasami ludzie nie mogą nic 
zrobić, mimo że bardzo chcą, są wtedy tacy bezsilni, bezradni. Ja 
wówczas też taki byłem, za późno odnalazłem Grażynę, o jej życie 
się wtedy spóźniłem, o najdroższe mi życie za późno przyszedłem. 
Postanowiłem odnaleźć Tadeuszka, zabrać go ze sobą, wychować. 
Ale dom Starego Rybaka był zburzony, wszelki ślad po nich obu 
zaginą!. Zemsta tylko mi pozostała. Przedostałem się do Drawska, 
twierdzę z tego miasta Niemcy zrobili. Tam spotkałem Rudego 
Szkopa, z domu na rynku wynosił jakieś walizy i skrzynie, sam był, 
wszystko to pośpiesznie ładował na samochód. Mogłem go zabić z 
ukrycia, jak psa zastrzelić, podziurawić drania jak sito, ale ja inną 


134 


śmierć mu obmyśliłem. Rudy Szkop zszedł do piwnicy, b
ł j
ż mó
, 
nic o przed moją zemstą uratować nie moglo. Ale stało Się m
cz
j. 
Za;rały polskie moździerze i działa, tysiąc
rotną nawałą poclskow 
i kuj runęła na Drawsko artyleria. Zadrz
y domy, zatrzęsły Się 
ściany, runęły stropy, rozsypały się mury. Wieczorem wy
rzebałem 
się z gruzów, żebra miałem połama
e, gł?wę rozbitą" t
ar
 
spuchniętą. Jak ocalałem, nie wiem, Bog m
l
 cude.m o.d smle
1 
wybawił, życie mnie uratował, żebym chyba j
 n
 zl
ml z
 swoJ4 
nienawiść i zaślepienie odpokutował, z
 s
oje I 
I
swoje wmy 
. . ł G d y b y m tak si ę w swojej zemście me zawsclekł, od .razu 
cierpła. . . l ' lb G ('. 
go zabił, jeszcze w BorujsJm zastrzeJ
ł, moze oca I ym razyn." 
na niepewny los małego Tadeuszka n
e skazał: . 
Skończyl swoją opowieść leśmk z Boruj ska, spoj
ał w gł
b 
ciszy, echem pamięci czas tamten otw?r
ł, se:c
m. clemr:oscl 
, . c , nam O P owiedział. Biał ym zapommcmem thł Się zar ogms
a. 
smler . d .., t k 
Cisza miała kształt kuli wymierzonej we mme, a zlecms wo ja 
bój doskwierało. . 
_ A co się stało z Rudym Szkopem? 
 zap
tał ZIUtek. 
_ Nie wiem - odpowiedzial Jędrzej. - Nie znalazł

 
o nigdzie. Po zdobyciu Drawska, już na. drugi dzień, bo
a!ze 

rzeciego marca, zgłosiłem się do poruczmka Stara

 z pros?" o 
przyjęcie mnie do Warszawskiej Brygady Kawalem. v: OSieku 
Drawskim zostalem włączony do oddziału konnego, ktory ;,raz z 
lutonem zwiadowców konnych, szwadronem u!anow ł: a 
;amochodach, pułkiem artylerii i panccrncj I ..bat
ną 
zmotoryzowaną tworzył tak zwaną ąrupę pościgową I 
n:łn WOjska 
Polskiego. Chętnic mnie tam przyjęto, znałem pr
eclez P0ł:łorze 
jak własny dom. Miałem też, opróc
 ohY;'a
e
skiego ob
wlązk
 
służenia ojczyźnie i żołnierskiej powmnoscl jej ,,?,zwaJama, .SWOj 
własny, jak się domyślacie, prywatny cel. WI
rzyłem
 ze : 
owstałym kotle o szerokości dwudziestu k
lometrow n 

wadzieścia kilometrów, w którym nasi zamknę
1 
. Korpus S
 
ł Krappego oddzial y VoJksturmu i niedobitki mnych armn 
genera a, . , d' d 
niemieckich, razem około dwudziestu tysi
y 
Iemcow, o naj. y 
Rudego Szkopa. PomagaJi mi w tych 
szu
lwamach, 
r
e
na?zają
 
na nie nieliczne wolne chwile, narazając Się nawet nd smlerc, mOl 


135
		

/69.djvu

			nowi koledzy kawalerzyści. Wtedy jeszcze raz się przekonalem, jak 
wiele w wojsku, i nie tylko w wojsku, znaczy przyjaźń, poświęcenie 
się dla kolegi, wzajemna ufność i glębokie przekonanie, że na 
kolegę, gdyby nawet coś zlego się stalo, zawsze można liczyć. że on 
człowieka okrutnemu losowi nie pozostawi, wrogowi na pastwę nie 
odda. Ale to byly poszukiwania igly w stogu siana. Liczyłem też, że 
może Rudy Szkop dostanie się do niewoli, do której tysiącami 
braliśmy Niemców. Niestety i te moje nadzieje nie spełniły się. 
Tocząc więc zacięte walki, uczestnicząc w brawurowych 
zwiadach, operacjach zaczepnych, potyczkach i starciach z 
Niemcami przez Złocieniec, Rzepowo, Worowo, Siemiaczno, 
Gawroniec brygada naszej kawalerii dotarła do Bierzwnicy. 
Rozległa się tutaj krótka, ale niezwykle gwałtowna bitwa, z 
udziałem polskich czołgów i kawalerii. Tutaj też jako polski 
kawalerzysta i ja brałem udzial w ulańskiej szarży, szczęśliwie 
szarżując na Niemców zacickle broniących miasteczka. I chociaż 
nie była to szarża taka jak ta w Borujsku i nie miala tak ważnego 
dla ostatecznego zwycięstwa znaczenia, to zginęło w nej aż piętnastu 
naszych żołnierzy, ponad trzydziestu było zaś rannych. Straty 
Niemców wyniosły za to 250 zabitych i ponad stu rannych, nie licząc 
600 Szkopów, których wzięliśmy do niewoli. Musieliśmy jednak iść 
dalej. Wkrótce zdobyliśmy RadIo, rozbijając Korpus generała 
Kruppego i III Korpus Germański SS, biorąc ponad dziewięć 
tysięcy jeńców i dobijając wlaśnie tu na Pomorzu hitlerowską bestię, 
zmierzającą na pomoc Hitlerowi w Berlinie. 
Ale na wojnie nie ma czasu na upajanie się zwycięstwami. 
W kilka dni później byliśmy już w Gryficach, potem w Trzebiatowie, 
a L9 marca dotarliśmy do Mrzeżyna, nad brzegi Bałtyku _ łzy 
pojawiły się w oczach leśniczego, stłumionym placzem zadrgały na 
jego policzkach. - Staliśmy nad polskim morzem, które na tyle 
wieków odebrali nam Niemcy. Oto Baltyk powracał do nas w krwi 
i chwale, wolny już i nicpodlegly na zawsze, wybiegal naprzeciw 
na
 nadbrzeżnymi wydmami, piaskiem zlocistej plaży do nóg się 
lasił, przypływem gniewnych fal pod stopy się rzucal, zimnym 
chłodem slonej morskiej wody żołnierskie kolana obejmował. 
Załamaly się karne dotychczas, trójkowe kolumny oddzialu. Ktoś 


, "u na t m skrawku odzyskanego po wiekach 
zaczął śpiewac ,,
o:ę . T . Y . dleglościowy sen Polaków. 
morza spełniał Się jesz
ze j
de
:
:f: do Polski. Złożyliśmy jej 
Prastara piastowsk.a zlen
ia w, zwykle kawaleryjskie, rzadko 
uroczyst
.ślubow
me, taki.e 


zebO was 
 szkole tylko o tyn
 
w histon
 Polski wsponnn Do dzisiaj pamiętam slowa, tamt
j 
ślubowa
1U w Kolo
rzegu 

z:
1 boko, zacząl mówić: _ "Slubuję 
przysięgi. - l y drzej .od
tc. ą ? ę . n wiemy syn narodu 
ci polskie morz
, ze ja, zO l łmer h z b O y j
::a:;ej miłości do Polski, 
I k . " Ilez w t y ch s owac ,. , 
po s lego.... .' , . do największych poswięcen. 
wierności dla mej, gotowos,
1 b niu kapral Suchorzewski i 
Pamiętam, że po u,ro
zyst
;;
i 
 r
;łnaszego dowódcy dwa zlote 
starszy ul
n 
obyh
ski ?d
 daleko 
 morze i rzucili je w spienione 
pierścieme, "'Jechah konml owal a wybuchła w naszych 
fale Balty

. Cisz
, któ
a ł:t







iegO, ;a maszt powędrowaly 
ser
ach .dźwlękaml Maz;l i 
1Orskie Polski ze stylizowanym 
dWie bialo-czerwone ag _ zyw . ane P rzez naszą flotę od 
. . k t zy ma ją cą nllecz, u . 
krzyzem I r? 
 r . 1 627 roku. Rozlegla Się salwa 
. bit wy P od Ohwą w . I ., 
historycznej " l" Rotę" Ale i stąd musie Ismy 
honorowa, pOtem Z?OWU splewa 
smy i' . ę w 
orski zlocisty piach, 
odejść. Wbiliśmy WięC w na?rzezn ą l p. az k . lm ' . 1 szablami. Bolesne tu 
. z dWiema u ans 
slup biało-:zerwony,. . as mi kolegami, których trzeba 
było rozstame, szczegoJme, z tym; n . zy morskiej ziemi. 16 kwietnia 
było już na zawsze wstawlctw
 n
J'I
o bialo-czerwonych slupów 
dotarliśmy nad .Odrę. Pe n
 k
żd y olski oddzial przekraczający 
granicznych, wbijanych prze. I y P zwanl i na szy ch oddzialów 
ił "' . swoJe s upy z na 
tę rzekę. Wb Ismy I my G . d ' c ' ch weszliśm y na niemiccką 
tono wy w oz aWI a . 
i przez most pon .. th ' I o walkach we wsi Ricdmtz, 
. . P z Heckcłberg Grun a, p , . 
ziemię. rze. ił.- 22 kwietnia przcdostalismy Się na 
Bernau i w nnaste
zku Sc on
w Id By liśm y chyba pierwszymi 
d .. - B Ima doSchonwa u. . . 
prze mlescla er 
 , d I . . ę do stolicy niemieckiej 
. . . I . zann ktorzy w ar I SI . . 
polskmn zo mer., .. W Berlinie skończył Się mOJ 
Rzeszy. Ale histona o tym me P:t
zie nie znalazłem, mimo że 
szlak bojowy: Rudego S.zkopy t gobozach jenieckich. Wrócilem 
szukalem go jeszcze w kilk
nas 
 do pracy w leśnictwie i jak 
więc do Borujska- zglosl em Się. . . . 
. d .. . ako le śnic zy P racuję tu az do dZIsiaj. 
Wl ZICle,] , 


136 


137
		

/70.djvu

			Ję?rzej dlugo przypalal papicrosa. Chwalą bitewnych pól 
dopelml Się los. polskiej kawalerii. Milczeliśmy. Dziadek Tudrcj 
grze.bał p
tykre
 "'! ?gnisku. Syczaly plomienie, migotaly 

dmranaml czerwiem, Iskrzyły podmuchami wiatru, dym wciskal 
Się w oczy dlugą smugą milczenia. 
. :- Skoro mówimy o historii polskiej kawalerii - przerwal 
mllczeme major Rylski - to pozwólcie, że i ja powiem parę zdań 

a ten temat. bo się nim też od dawna interesuję i jak wy w kawalerii 
Jestem roz
o
hany. Czy wiecie, jak powstala i jaki byl dalszy los 
Warszawskiej Brygady Kawalerii? 
- Nie - szepnął Witck. 
Spojrzeliśmy na Dziadka Tudreja. 
-.Niech. pan mówi - zgodzil się Dziadek - chociaż ja to 
wszystko maczCj sobie obmyśli/. 
. . --: Za walki o Warszawę - zacząl major - o Wal Pomorski 
I na ziemiach niemieckich Pierwsza Warszawska Brygada Kawalerii 

dznac
ona została Krzyżem Grunwaldu III klasy, a jej żolnierze 
hc
nyml odznaczeniami bojowymi, tak jak na przyldad pan Jędrzej, 
ktory tylko przcz skromność nie powicdzial nam, że za męstwo i 
o
agę otrzy
ał Krzyż Walecznych. Brygadę kawalerii w Ludowym 
WOjsku Polskim zaczęto formować w marcu 1944 roku w Trzściańcu 
na Ukrainie. Nosila ona początkowo nazwę Picrwsza Samodzielna 
Bry
?a Kawalerii i składala się z dwóch pulków kawalerii, z 4 
dywIzJonu anylelY konnej, z 10 szwadronu lączności, z [2 
szwa
ronu saperow, z 9 szwadronu techniczncgo, R baterii 
przeclwlotmc.zej oraz z ambulansu weterynaryjnego i kolumny 
transport
we]. Natomiast pułki ułańskie zlożone były z czterech 
s.zwadron?w konnych oraz z baterii dzial i moździerzy. Brygada 
hczyla ,,:owczas .3100 ludzi. Byli to przeważnie kawalerzyści z 
przedwOjcll1:ych Jes
cze pułków ulańskich, którzy tłumnie ciągnęli 
do. tworzonej v: ZWiązku .Radzieckim armii polskiej. Brygada, jak 
ka
e. kawale
Jska tr.adYCJa, miala swój własny sztandar. Byla nim 
najPierw. na!pr

dz
wsza chorągiew kościelna, którą podarował 
bryga?zl
 jakt
 kSiądz z Ostroga, miasta z kawaleryjskimi 
tradYCJami, gdyz tutaj stacjonował przed wojną 19 Pułk Ulanów 
Wołyńskich. Na sztandarze widnial wizcrunek Matki Boskiej, 


138 


. 


specjalnie przez kogoś wymalowany i napis "Matka Boska Królowa 
Korony Polskiej". Po dotarciu brygady do Sum, głównego ośrodka 
formowania polskiej armii, sztandar ten przekazano gcnerałowi 
Świerczewskiemu. Gdy mu tcn sztandar wręczano, gcnerał 
Świerczewski ukląkl przed nim, ucalowal go i powiedzial, że 
przyjmuje go jako zapowiedź rychłego zwycięstwa nad niemieckim 
faszyzmem. Kazal go też umieścić w reprezentacyjnej sali ośrodka 
i właśnie przed tym sztandarem sldadali później swoją żolnierską 
przysięgę żołnicrze polscy udający się do walki z Niemcami. Nowy 
sztandar brygada otrzymała dopiero w Lublinie, przepięknie 
wyhaftowany, i z nim przeszła wszystkie swoje frontowe drogi i 
bezdroża. A byla to droga dluga i krwawa. Po przejściu prawie 
calej Ukrainy i W o/ynia wraz z I Armią Wojska Polskiego wkroczyla 
brygada 20 lipca 1944 roku do CheIma, zresztą mego rodzinnego 
miasta. Tam, jak wiecie, ogloszono Manifest Lipcowy 
zapowiadający powstanie Polski Ludowej. W Chełmie też, 
prezentując się wspanialc, budz	
			

/71.djvu

			trzy pułki ułanów, stacjonujące jeszcze w Garwolinie i Przesnyszu, 
po uroczystej, pożegnałnej defiladzie, ostatniej defiladzie 
kawaleryjskiej w Polsce, zostały definitywnie rozwiązane. 
Widziałem to, bo tego dnia służbowo byłem w Legionowie u 
dowódcy kawalerii, generała Ksawerego Floryanowicza, który 
zabrał mnie na tę niecodzienną i smutną uroczystość. 
Tudrej wstał, chodził półkolem przy ognisku, wąsa nerwowo 
podkręcał, podszedł do majora, skurczył się, zmalał, jakby w ziemię 
wrastał. 
-Miał ja - powiedział smutno - o zatraceniu kawalerii 
w Polsce nie mówić, coby ułani moi w jej wieczność uwierzyli. Ale 
pan major w historii kawalerii obeznany i nie z nienawiści do 
kawalerii nam o tym powiedział. Toż może lepiej, że chłopcy moi 
od pana majora o tym usłyszeli, a nie od jakiego tam prześmiewcy 
i faryzeusza, co pamięci kawalerii uszanować nie urnie, a historię 
jej fałszywie przeinacza. Tym względem zapraszam ja pana majora 
i ciebie Jędrzeju na naszą Noc Świętojańską, coby wy dokładnie 
wszystko o ostatnich latach życia kawalerii nam opowiedzieli, 
znaczy się o tym, jak tworzyli i zaprzepaszczali kawalerię w 
dzisiejszym wojsku polskim, jak ty, Jędrzeju, polskiemu morzu jako 
kawalerzysta śluby składał, w Bierzwnicy na Niemców szarżował, 
w Berlinie z nimi się bił. 
Zamilkł, zmagał się z sobą, dopiero po chwili powiedział: 
- Toż to, co pan major powiedział, zrozumieć można. 
Przed wojn'l o potrzebie unowocześnienia polskiej kawalerii gadali, 
jako to pan generał Kazimierz Fabrycy nakazywał, twierdziwszy, 
że kawaleria już wtedy słabszą od innych wojsk była, znaczy się, 
brygada kawalerii miała ponoć siłę pułku piechoty, pułk kawalerii 
siłę batalionu piechoty, a spieszony nic mocniejszy był nawet od 
kompanii picchoty. Ale na sercu żal- westchnął. - Ot! Jak ja by 
180 ułanów jak pod Borujskiem miał, pancernych i piechotę do 
tego wziąwszy, historycznie ułańsk'l szarżę z czołgami i piechotą ja 
by tutaj odtworzył, pokazał, jak kawaleria wojuje, wroga na strzępy 
roznosi. 
Major nie odpowiedział. W tamten mroźny styczniowy 
dzicń, gdy likwidowano kawalerię na zawsze, i jemu scrce omal z 


żalu nie wyskoczyło, i on, jak inni, czuł, że był to. gwałt ?o
onany 
na polskiej tradycji wojskowej, na tym malowmcz
m .1 pIęknym 
. . k kt ' rym WS p ółczesn y P olski czas tak okrutme Slę obszedł. 
wOJS u, z o , , . tk"- 
Przypomniał sobie zasępione twarze kaw
l
rzyst
w, rownm 1C 
szeregi szwadronowych koni, dobranych masaą, WYPJclę?nowanych 
ułańską miłością, karnym dwuszeregiem w zdyscyphno,,:,an.
ch 
kolumnach odchodzące w przeszłość, w czas bcz powrotu. Wl1 ujące 
płatki śnieżnego puchu okrywały ich mgłą czasu, zasypywały brałym 
zapomnieniem. . 
Syczało ognisko, trzaskały płonące.gałęzie, 
urzyło snopamI 
iskier, wiatr szedł znad jeziora, rozgamał płom1emc, chłodem 
ciągnęło od ziemi. 
Major ockn'lł się. Patrzył .przed siebie w las, w mroczną 
ciemność, która z niego nadchodzJ!a. .. . . 
_ Przepraszam - powiedział, zwracając Slę do J
d

ep. 
_ Ale w swojej milicyjncj dociekliwości ch:iał.b
m wr?c!c. do 
śledztwa, które prowadzę, a konkretnie do pansklcJ ,0p
WJescI. . 
Zamilkł, czekał na zgodę leśniczego. Ten usnuechnąl Slę 
przyzwalająco. , k ' . . 
_ Kim była ta kobieta, Niemka czy ktos, o to! CJ pan 
wspominał? - zapytał major. ,. . 
_ Nie wiem - leśniczy złamał suchą gałąz, rzucIł ją do 
. ka - Widziałem ją wtedy tylko ten jeden raz. B
ła w 
ogms . . .. . d t ą tku 
mundurze SS. Później Rudy Szkop nigd
 J
z.JeJ o ego maj 
nie przywoził albo ona do niego nie przyJezdza
a.. . . '? 
_ A czy ktoś z pracujących z panem mog! J
 w1dz1ec. 
_ Czy ja wiem? - zastanawiał się Jędrzcj. - Na
 tam 
Niemcy strasznie pilnowali. Na pewno widzi
ł j
 Staszek WasJlczyk, 
ale on już nie żyje, zginął w Berlinie, on Slę Jeszcze w ma
c
 ze 
mną do wojska polskicgo zaciągnął. Grzegorz Lasot
 ,nlleszka 
dzicś pod Zieloną Górą, mógłby pan go łatwo o
nalezc. Zar
z: 
g a z - przyp omniał sobie. - Pod Kołobrzegiem m1eszka prz
aez 
zar k. h majątku 
leśniczy Jman, on j'l widział na pewno, bo na po OJac w .' 
robił. Tylko nie wiem, czy pan go spotka, to ogromny samotmk ] 
odludek, jakich dzisiaj już mało. . 
_ Czy to ten? - major pokazał fotograf1ę rosłego, 


140 


141
		

/72.djvu

			barczystego mężczyzny. 
- Tak - przytaknął Jędrzej. 
:- 
iest
ty, on nie żyje, najprawdopodobniej nie żyje _ 
poprawIł SI? major. - Tego wprawdzie jeszcze nie sprawdziliśmy, 
ale parę dm temu, zaraz po tym pożarze w stodole, otrzymaliśmy 
mel
unek o jego zaginięciu. W dniu pożaru widziano go na dworcu 
kolejowym w Kołobrzegu w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. 
Dlatego przypuszczam, że tym zamordowanym człowiekiem był 
właśnie on. 
- To niemożliwe! - zawołał Jędrzej. 
Rylski położył mu dłoń na kolanie. 
. - W s
ojej pracy widziałem już wiele rzeczy niemożliwych, 
pame Jędrzeju. - I zwrócił się do mnie. - A ty, Andrzeju, nie 
rozpoznałbyś na tym zdjęciu człowieka zamordowanego w stodole 
- podał mi kilka fotografii. 
Przeglądałem je długo i uważnie. 
-. Nie, n.ie widziałem twarzy tego człowieka, był zarzucony 
słomą, miał takI sam zielony mundur leśnika. - Nie mogłem oczu 
o?en;ać. o
 zdjęcia. Wydawało mi się, że jest na nim coś, co już 
kIedys wIdziałem. Tylko gdzie. Ależ tak. Buty, oficerki, z ogromną 
łatą na cholewie i taki dziwny długi kołnierzyk koszuli wystający ze 
słomy. 
. . 
owiedziałem o tym majorowi. Patrzył długo na mnie i na 
zdjęcia, jakby sprawdzając gdzieś w sobie wiarygodność moich słów. 
. - .Cóż - powiedział po chwili - to nie stwarza chyba 
zbyt wIelkIch złudzeń, co się stało z Juranem. 
Wstał, układał starannie zdjęcia w raportówce podszedł 
do siedzącego nieruchomo Jędrzeja. ' 
-. 'Ysz
stko wskazuje na to, panie Jędrzeju, że teraz kolej 
n
 pana I ze .medługo Rudy Szkop złoży panu swoją morderczą 
wIzytę. PrzewIdziałem to. W leśniczówce zastanie pan dwóch moich 
ludzi. Będą pana, jak to się mówi, ochraniać. Gdyby co, proszę 
s
osowa
 się ściśle do ich poleceń. I proszę mi wybaczyć to 
mespodzIewane wtargnięcie do pańskiego mieszkania i czasowe 
ograniczenie pańskiej wolności, ale nie mogę w tej chwili inaczej 
postąpić. 


_ Ależ panie majorze, pan mnie tylko rozp.ieszcza - 
żartował Jędrzej. Ściskali sobie dłonie długo i serde
zme. 
_ Dziękuję panie majorze - śmiał się leśmczy. 
Ja też panu dziękuję - uśmiechnął się major, podsze
ł 
do motocykla, zapalił silnik. - Wybaczcie moi kochani,- mówIł 
przekrzykując motor. - Muszę już jechać, 
ogę. zabrac ze so
ą 
do Drawska dwie osoby. Jeżeli pan pozwolI pame komendancIe 
_ zwrócił się do Jędrzeja - to zabrałbym naszą jedynaczkę i kogoś 
z jej dzielnych kolegów. 
_ Mnie - wykrzyknęliśmy jak na komendę. 
_ No nie - zaśmiał się major. - Biorę pierwszego z 
brzegu, strzelca Chudasa. Olu siadaj d? 
rzycz
py, a ty kawaler
sto 
ładuj się na siodełko. Tylko trzymaj SIę mme mocno, będzIemy 
wreszcie mogIi sobie spokojnie porozmawiać - krzyczał wesoło, 
tłumiąc warkot silnika. 


12. 


_ Zapalisz? - zapytał Student. 
Balon wydął pogardliwie wargi. ... , 
_ Nie pałę już takich. to dobre dla plebsu I takich frajerow 


 .' . 
Wyciągnął z kieszeni cygara. Student gwlzdm)ł, udał, ze me 
zrozumiał zaczepki. . . 
_ No, no - powiedział wesoło- wyglądasz chł
ple jak 
Churchil, tylko lordowskiego pochodzenia ci brak. PasuJe to do 
twojej antyimperialistycznej gęby i dwóch lewych rąk do 
socjalistycznej roboty jak pięść do nosa. . . 
Balon wsadził ręce do kieszeni. ZacIągnął SIę dymem, 
splunął przed siebie. Spojrzał na Studenta z ironią. Spo.tkali. się 
wzrokiem. Zimne oczy kolegi przeszyły go do szpIku koścI. UCIekł 
z oczami w bok zakrztusił się, rozkaszlał. 
_ Spo'kojnie Student, spokojnie - powiedział 
flegmatycznie. Gadkę już wcześniej sobie przygotow
ł. 
rze
kną
 
ślinę, zacisnął szczęki, nienaturalnie wykrzywił usta. WIdział kledys 


142 


143
		

/73.djvu

			na filmie faceta, który podczas sprzeczki z kolesiem, sączyl slowo 
za słowem, doprowadzając swego rozmówcę do szewskiej pasji 
Starał się go teraz naśladować. . 
- 
w
ja sprawa Balon, rób, co chcesz - Student zbyl 
z
czepkę usmIechem, z trudem się opanował. - Mówiłem ci, żebyś 
SIę me wygłupiał. Afiszujesz się z tymi cygarami jak dzieci 
salc,eson
m. Zw:acasz na siebic uwagę, Balon, a ja nie lubię, jak 
ktos udaje cwamaka glupszego niż jest. 
- Dobra Student. Ja swoje wiem, ty swoje, no nie! Ten 
twój facet 
ie lubi się w Drawsku ludziom na oczy pokazywać. 
- Sledziłeś nas? 
- Chłopaki zaiwaniali na gruzach, nie miałem co robić. 
- Gnój jesteś! 
. - T
i j
 i ty S.tudent! Sam mówiłeś, że jak o wielką forsę 
chodzI, to me mozna mczego zaniedbywać, no nie! 
, . - Z
 to powinieneś dostać po ryju Balon. UWaŻaj! Znowu 
ktos SIę moze w Drawie utopić albo jakaś stodola spalić. 
- ?ówno mi zrobicie - zdenerwowal się Balon, ocenił 
sz
n
ę ,ucI.eczki: - Znam inną drogę do piwnic, tamtędy, co 

oWlłes, mgdy SIę tam nie dostaniecie. Bylem już tam. Będziecie 
jeszcze mnie prosić, żebym was zaprowadzil, ale wtedy oo! - zgiął 
rękę w łokciu. 
- A wiesz, co my z takimi frajerami robimy? Forsę wziąłeś! 
Balon rzucil Studentowi pod nogi plik banknotów. 
.- Wielka mi forsa! Bierz te swoje zasrane pieniądze, w 
t
ch pIwnicach niczego nie ma. Jakieś stare obrazy, kupy 
mepotrzebnych nikomu papierów... 
_ -:- Tak! .-, Student podszedł do Balona, złagodniał, 
powIedzIał prZYjaznie: 
. , . - Nie bądż glupi Balon. I zamknij mordę na kłódkę, żeby 
CI ktos Inny na zawsze jej nie zatrzasnął. My nie chcemy niczego za 
darmo. 
ozbieraj grzecznie te papierki, bo strasznie nimi gruzy 
zabrudziłeś. I pokaż mnie grzecznie drogę do piwnicy. Liczyć 
będziemy się póżniej. 
Denerwowal go ten gówniarz. Za dużo sobie pozwalał. 
Paplal, co mu ślina na język przyniosła. Z gówniarzami ma do 


czynienia, czy co? Z tego nie ma OdWrolU. Dla nich o
u.. Te
 
cudzoziemski skurwiel osaczył ich, omotał, ktoś ciągłe za mmI łazI, 
gdyby co, kropnąłby ich jak tamtego w stodołe. 
 j
go pla
ie on i 
Balon mają odegrać jakąś ważną rolę. Student me WIedzIał jeszcze 
jaką, ale wiedział, że kaŻda prÓba wyłamania się z tego skoń
zyłaby 
się dla nich tragicznic. Tamten za wszełką cenę chce dostac to, c
 
leży pod gruzami i Student był pewny, że nie są to tyłko o.brazy I 
papiery, o których mówił mu Balon. A jeżeli obrazy 
 papIery, to 
jakie, i dłaczego tak na nich 
amtemu zał.ezy.. Ponure 
przypuszczenie, kim jest ów CudzozIemIec, powoh dOCierało 
o 
Studenta, przeraŻało go, budziło wstręt i nienawiść. Stud
nt me 
miał o sobie najlepszego zdania, ale swÓj honor miał, byl mezły w 
swym fachu i to mieściło się w jego szemranej moralno
ci. Niemcó
 
nienawidził od dziecka. Miał sześć lat, gdy gestapowiec zastrzehl 
mu matkę. Przyrzekł wtedy, że będzie zabijał Szwabów. Z patyka 
zrobil karabin, przyczaiI się za płotem, "Hiinde hoch!" wrzasnął 
do przechodzącego hitlerowca. Szkop ze strachu rzucił automat
 
caly jak galareta się trząsł, jego dygocące wśród sztache.t nogi I 
gówniany zapach portek do dzisiaj p
mięta. OŚillle
zon
 N lemc
r 
chciał go zabić, ale innych gestapowcow tak to ubawiło, ze z godzl
ę 
ze śmiechu rechotali, ze trzy litry ojcowego bimbru dla złagodzema 
sprawy wypili. , . . , 
Teraz przyszło mu dla takiego pracowac. Przekhnal dZlen, 
w którym Kormoran nadal mu tę robotę. Było już jednak za póżno. 
Wycofać się nie mógL Zapłacilby za to życiem. Tego byl p
wn
. 
Musial być czujny, nie dać się zaskoczyć. Jeżeli mógł na kogoś hczyc, 
to tylko na Balona. Chlopak intuicyjnie wyczuwał 
niebezpieczeństwo, szedł jednak do pieniędzy jak pszczo
a do 
miodu, fikal czasami jak żrebak, myśl al głupIO, po swojemu 
kombinował, gdyby był jednak mądrzejszy, nie paplałby mordą na 
wszystkie strony. . . .. . 
Zludzeń też żadnych Student me mIał. WIedzIał, ze 
wcześniej czy póżniej skończy w więzieniu, chyba że uda m
 się 
prysnąć na Zachód. A teraz jest taka okazja. W o?iecywaną zml
nę 
nie wierzył. To byl zachodni bleff, nadzieja błękitnych hankrut
w, 
marzenia zawiedzionych racji. Nowy świat ukorzeniał się tutaj, a 


144 


145
		

/74.djvu

			ci, co go na skrwawionej ziemi wyhodowali, nie wiedzieli jeszcze, 
co z niego wyrośnie, za często krwią, cynizmem i nic nie znaczącymi 
obietnicami go użyźniają, nie poznali sami smaku owoców, które 
wydaje. Przypomniał sobie nauczyciela historii, profesora tajnych 
kompletów, który jeszcze za okupacji przychodził do nich do domu 
i bawił się z nim najczęściej w chowanego. Gdzie on teraz jest? 
Może historia sumuje na nim swoje racje i przypuszczenia, rozlicza 
go z myśli i pragnień, ze skrawka ziemi za paznokciem, z kropli 
krwi w kalamarzu serca, tego czerwonego atramentu dziejów każde 
ludzkie cierpienie zapisującego w niemej, zamkniętej księdze 
grobu. Jak on to mówił? Jest kilka odpowiedzialności na świecie. 
Najmniej odpowiedzialna i bolesna jest odpowiedzialność przed 
historią, ona zawsze się spelnia, ale nigdy nie kończy, wciąż jest 
interpretowana, nie jest odpowiedzialnością do końca, do dna, do 
soczystego słowa, do krwi ostatniej. Najtragiczniejsza jest 
odpowiedzialność przed sobą, kiedy między dramatem a komedią, 
między podaniem ręki a spojrzeniem w oczy człowiek własnej 
śmierci znaleźć nie może, a legenda dzieciństwa - wielki mit 
wolności i szczc;ścia staje się echem młodzieńczego serca, trwogą 
sumienia i zawałem duszy, bólem zniewolonego przejścia z 
dzieciństwa w młodość, z młodości w klęskę, z jednej ciszy do 
drugiej ciszy, i dalej w niepamic;ć. Zostaje tylko mgła, tuman kurzu 
na zakrętach czasu, a za tą mgłą jeszcze inna mgła i czarny kurz i 
znowu mgla, i znowu kurz. Między wiekiem trumny a wiekiem 
czasu, między słowem a krzykiem, między światłem dnia a 
ciemnością nocy, między smugą cienia a smugą mroku, między 
milczeniem a ciszą jest wrażliwa pustka, która tylko zwielokrotnia 
odejście człowieka, mgnienie pokolenia bez twarzy i ducha. 
Wyrzutów z tego powodu Student nie miał. On kradł, co 
inni zdołali już ukraść, oszukiwał mniejszych i większych złodziei 
od siebie. A co kradli tacy jak Zen. Obaj byli kumplami ze szkoły, 
wychowywali się na jednej ulicy, do orłów nie należeli, chociaż na 
stalowych skrzydłach ZMP świat cały chcieli oblecieć. Różnili się 
tylko tym, że on, Student, mówił, że Boga nie ma, a Zen głośno 
krzyczał, że Bogiem jest Stalin i na ołtarze ścian portrety jego 
wynosił. Komu z nich się uda? Jemu czy Zenowi? Dla Studenta 


była to tylko kwestia, kto ile i co kradnie i komu z nich pierwszemu 
się noga powinie. Jeżeli uda się jemu, to za niego zapłacą 
więzieniem tacy jak Balon. A kto będzie płacił za błędy Zena? On 
musiał deptać ten świat już wtedy, gdy go tworzył, gdy chodził po 
nim z dumnie podniesionym czołem i wierzył w wielkość jego i 
wyrastanie ponad czas i epokę. 
A ten świat unicestwiał ich młodość, zabijał serce i dusze, 
chociaż pozwalał im żyć wielokrotnie, okradał z miłości i przyjaźni, 
mimo, że rozwijał w nich uczucia dumy i wielkości niczym czerwony 
sztandar na wietrze, a człowieka wynosił nad wszystko - nad 
innego człowieka. A przecież był to tylko łachman czasu, oderw
ny 
rękaw śnieżno-białej koszuli, kawałek czerwonego krawatu, ktory 
był tylko iskrą pokolenia i trwał jak reduta światła w mroku dziejów 
wynoszących świty nad historię. 


13. 


Balon byl wściekły, znowu dał się Studcntowi 
podprowadzić, jak cytrynę wycisnąć. Student z
wsze. robił z 
i
, 
co tylko chciał, a on, Balon, nic miał nigdy odwagi mu SIę sprzeclwlc, 
z nożem do niego skoczyć. Prawdę powiedziawszy, to robota ze 
Studentem Balonowi się opłacała. Student nigdy go jeszcze nie 
skrzywdził, nie oszukał do końca, a jeżeli coś oszachrował, za,;s
e 
na kogoś to zwalił, komuś za to solidnc manto SpuSClł. 
Najważniejsze, że Student traktował go inaczej niż innych, za 
przywódcę Zadrawia uważał, ręki na niego nie podniósł, cho.ciaż 
jobów mu nicraz nawsadzał, z błotem jak ostatniego szcze
laka 
zmieszał. Ale butów mu czyścić nie kazał, o przcbaczeme na 
kolanach błagać nie zmuszał. A przecicż chlopaków bił chc;tnie i 
za byle co, pokazowo i precyzyjnie. Grubsze i krwawe l
nie 
zostawiał swoim slugusom, osiłkom nie wiadomo skąd, dramom, 
jakich świat jeszcze nie widział. Student mial to wszystko dobrze 
zorganizowane, ułożone na kupy, papiery w porządeczku, cztery 
dowody osobiste jak trzeba wypisane, legitymację studenck
 
równiutko złożoną, a gadkę tak kwiccistą, że sam prokurator lepszej 


146 


147
		

/75.djvu

			by nie wymyśli!. 
Balon przeliczyI pieniądze. Ładną sumkę mu Student 
odpaliI, nigdy jeszcze tyle forsy od razu nie zgarn"I, a mogli go 
rąbnąć jak amen w pacierzu. Pryśnie z nimi na Zachód, jakby sobie 
na wycieczk<; do Kolobrzegu pojechał. Gdyby nie Student, nigdy 
nie wpadlby na taki pomysł. Żylby w tym zasranym piekle 
przestraszonych dzieci, tyglu pacaniej rzeczywistości, w której tylko 
kopniaki rozdzielane przez Studenta były prawdziwe, a pi<;ści jego 
szemranych kolegÓw mialy największą sil<; przekonywania i 
zast<;jXJwaly wszystkie racje i wątpliwości. On, Balon, nie będzie 
już musial dalej udawać wladcę tego niby wielkiego, urojonego 
Zadrawia, chorążego sprawiedliwości, pacaniego gieroja i hojraka 
najwi<;kszego w Drawsku. Teraz wielki świat się przed nim otwiera, 
świat nagich kobiet i kolorowych pieniędzy. "Pamiętaj - 
przekonywal go Student - świat jest taki jak w tej piosence: 


Balon zaszedl dziewczynę od tylu. Uderzyl w glowę raz, 
drugi, trzeci. Odwrócila się przerażona, gasnącym wzrokiem 
omiotła mu twarz, osunęla się na ziemię. Broniła się oszo1omiona
 
bezsilna. Wykręcił jej ręce, zakneblowal usta, rozdygotanymI 
rękoma rozerwal sukienkę, usiadl na nogach dziewcZ?'ny. 
apieral
 
mu oddech, rozsadzalo pluca, tłukło się serce, pręzylo clalo. Cos 
szarpalo się w nim, gluszylo wewnętrzny krzyk, i. szydzilo na 
przemian. Z glębi serca uslyszal szyderczy eI
Ichot, s
e
t 
podjudzający, krzyczaly w nim slowa Studenta: "Gowno z cIe
I
 
nie chlop". Uderzyl znowu, z rozkoszą patrzyl
 jak o
skoczyla Jej 
glowa, zwiotczalo ciało dziewczyny. Przypommal sobIe pokazowy 
numer Studenta, zębami runął na niewielkie piersi... Chlopaczara 
szarpnęla się, zrzucila go z siebie, zerwala się do ucieczki. Dopadl 
ją, upadli na wystający mur, stoczyli się w liście łopianu. BIl na 
oślep, chwycił dziewczynę za wlOSY. 
- Zostaw ją! - uslyszal nad sobą, odskoczyl w bok. 
Tamten był już przy nim, uderzył celnie. 
- Podejdź tylko! Zabiję! - w ręku Jerzyka mignęlo ostrze 


o Losie, o Losie! 
Czemu wszystkich Judzi 
Nie traktujesz równo? 
Jednym dajesz gwiazdy, forsę i niewiasty, 
Drugim dajesz gówno. 
- Żebyś ty dostał forsę, paru uczciwych musi dostać gówno 
-mówił Student. I Balon mu wierzył. Ktoś kogoś zawsze oszukuje. 
To tylko kwestia, kto kogo, gdzie, za ile i po co. No i kto przed kim 
b<;dzie odpowiadal, kto kogo sądzil, kto kogo bil i kto z kim później 
pÓjdzie na wódkę i na dziewczyny. 
Balon drgnął. Przez gruzy szla dziewczyna. Poznal ją. 
Chlopaczara. Zbierala podbial, przysiadała przy kępach zieleni jak 
motyl na kwiatach, przemykała wśród gruzÓw jak sen 
roą,'Wieżdżonej nocy, plynęła lekko jak zapach lilii na wieczornej 
ląee, sZla przed siebie, jak cicha idea, której Balon nie znal, a która 
w nim była, zanim ją Student fanfarami klamstw nie zagluszy!. Była 
bliska i czysta jak wiosenny świt, niewinna jak marcowy ranek, 
dojrzala jak sierpniowy zmierzch, niespelniona jak październikowy 
brzask, bialo-czerwona jak grudniowa noc, bezbronna jak nadzieja 
z jutrzenki swobody wysnuta. 


noża. 


Balon stal wściekly, dyszal ciężko, nerwowo. 
Jerzyk nachylil się nad Chłopaczarą. 
- Co ci jest, Olu? - uniósł jej glowę. 
Otworzyla oczy, uśmiechnęła się boleśnie, naciągnęła na 
uda i piersi poszarpaną sukienkę. 
- Nic - szepnęła. - Zbierałam podbiał dla mamy. 
Balon patrzył na pochylone nad dziewczyną plec
 Jerzyka. 
Chwycil cegłę, uderzył w tył czaszki, trysnęła krew, chłopIec oSl
nął 
się na Chłopaczarę. Uniósl ceglę do góry. Gwałtowne uderzenIe w 
piersi zwalilo go z nóg, ostre kly zagłębily się w rękę, gluche 
warknięcie przygwoździło go do ziemi. . 
Aza obwąchala Jerzyka, podeszla do Chłopaczary, lIzała 
jej twarz, skomlała cicho, odchodziła i wracała od niej, zawyła dlugo, 
żalośnie. 
Jerzyk Ieżal we krwi. 


148 


149
		

/76.djvu

			14. 


_ A jak tutaj już przyjdziesz, wpad
ij za,:"sze .i do mnie - 
poczęstował mnie landrynkami, wsunął do kleszem tabl1c
kę c
ałwy 
i czekolady. Gdy zaoponowałem, popchnął mnie delikatme do 
drzwi. 


_ No idź już, idź - dodał wesoło. - Zaraz mam operagę. 
Tylko pamiętaj, o co ciebie prosiłem. . 
Przychodziłem do Jerzyka codziennie. Opowm
ałe
 
u 
o koszarach, o Azie i Chłopaczarze, najczęściej źle o 
Iej 
?WląC, 
o polach i łąkach, o kaczym bagnie i ruchom
 stawie plesm 
u 
niemal ukladałem, legendy o jabłonowym sadzie tworzyłem. I:
zał 
bez ruchu, patrzył przed siebie, bardzi
j d? t
u
a podobny 
IZ .do 
i::fwego człowieka, tylko oczy jego mÓWIły, ze ZYje, chłonęły dzwlęk 
mego głosu i ciszę szpitalnej sali. _ _ 
Któregoś dnia Jerzyk odzyskał nagle przytomn?
c, 
zmarszczyl czoło i brwi, uśmiechnął się, oc
ami przeleciał po sufiCie, 
wzrok jego wybiegł przez okna, zgasł w firankach. 
- Gdzie jestcm? - szepną!. . 
_ W szpitalu - zawołałem. - U doktora Wysockiego, 
onmon ciebie uratuje, uratuje! - krzyczałem. 
_ Teraz na pewno uratuję - Wysocki położył rękę na czole 
Jerzyka. Chwilę tak stał, wsłu
hiwał si
 ':" jego odd
ch, oczy mu 
pojaśniały. Odwrócił do mme szc.zę
hwą, 
roml
nną twarz. 
Uśmiechnąłem się do niego szeroko I mespodzlewame uderzyłem 
się pięścią w piersi, co w naszym koszaro':"Ym szyfrze oznacz.
ło 
radość najszczerszą, najprawdziwsze ZWYCięstwO. Wysocki umosl 
kciuk lewej ręki do góry i mocno nim potrząsną!. .. 
_ Wygraliśmy Andrzeju - powiedział ro
promlemo
y. 
. Drzwi otworzyły się zamaszyście i do sali weszło dw
ch 
m"żczyzn. Stanęli po obu bokach doktora Wysockiego, jeden z mch 
pokazał mu jakąś legitymację, warkn.ął pod nosem: 
- Wy nazywacie się Wysocki! 
- Tak - doktor zblad!. 
-Wriem
 . . 
Wyprowadzili go na korytarz. Wyszedlem za mml. Doktor 
odwrócił się do mnie. 
- Pamiętaj, o co ciebie prosiłem. 


. - Stan Jerzyka jest ciężki - powiedział doktor Wysocki, 
zdjął okulary, schował je do kieszeni fartucha. Pachniał łekarstwami 
i czymś jeszcze, czego nie mogłem wywąchać i bliżej określić. 
Szliśmy szpitalnym korytarzem, przed nami i za nami snuli 
się ludzie w piżamach, szlafrokach i podomkach, postękiwali, 
chrząkali, kaszlali głośno. 
- My lekarze zrobliśmy już wszystko, żeby on żyl - dodał 
ze smutkiem. - Dostał tyle krwi, lekarstw, zastrzyków... 
WeszJiśmy do małego pokoiku, kazał mi usiąść. Pelno tu 
było półek, półeczek i szafek z napisami i bez napisów. Wszędzie 
stały jakieś słoje i butelki z proszkami, pigułkami i różnokolorowymi 
płynami, na wieszaku wisiały wykrochmalone, aż sztywne fartuchy. 
Na rzeźbionym, ogromnym biurku walały się papiery i pieczątki. 
. 'Yysocki oparł się rękami o blat biurka. Stał nieruchomy, 
milczący I 
mutny. Długie palce odbijały się w lśniącej tafli politury, 
kurczyły SIę w głąb dłoni. Powiedział nieswoim głosem ni to do 
mnie ni to do siebie: 
- Tak chciałbym, żeby on ży!. 
Popatrzyłem na niego zdziwiony, siedzieć cicho, czy z nim 
r

awiać. Chrząknąłem niepewnie. Wyprostował się nagle,jakby 
clęzar ogromny z siebie zrzuci!. Twarz miał jasną, pogodną, usiadł 
na krześle naprzeciwko mnie, tylko tato w domu tak ze mną siadał, 
położył mi rękę na ramieniu, była wiotka, różowa i miękka, inna 
niż dłoń mojego ojca, delikatniejsza nawet niż dłoń mamy. 
- A ty jak się czujesz? - zapyta!. 
Coś mocno ścisnęło mi krtań, zdusiło do bólu. 
- Ja? Dobrze - śliny przełknąć nie mogłem, łzy same 
popłynęły mi po twarzy, mimo że tak bardzo chciałem nie płakać. 
- No, już dobrze, dobrze - uśmiechnął się przyjaźnie. _ 
Mam prośbę do ciebie. Przychodź codziennie do Jerzyka. Ty teraz 
możesz mu hardziej pomóc niż ja. Przyjaźń też leczy ludzi, czasami 
jest jedynym, najlepszym lekarstwem. 
. Obszedł biurko dookoła, powiedział jakby przypadkowo, 
bez większego znaczenia: 


150 


151
		

/77.djvu

			. . Wyprostowa' się. spojrzał się na tych dwÓch i z nutą ironii 
rzucI11m w twarz: 
- Jestem gotowy panowie. 
Skoczyłem do nich. 
. - D'aczego? - złapałem jcdnego z nich za rękaw ubrania. 
- Pan jest doktorem! On leczy Jerzyka! 
Sza.rpną' 
ię nicnawistnie, pchną' mnie na ścianę. 
SZ
I .d'uglm korytarzem szpitala. mijali sale, z których 

syp
aII SIę chorzy, 
Jatrzącyw milczeniu na doktora Wysockiego 

 ustępUjący mu z drogI. Zatrzymali się przed gabinctem lekarskim 
jcdcn ,,:,s.zed' z Wysockim do środka. drugi staną' przy drzwiach: 
Po ch
lh doktor w
szed' j
 w g
rniturze, spojrzał w moją stronę, 
machną' ręką na pozegnamc, moze do mnie, może do ludzi, nałoży' 
kape'us.z n.a głowę, dopasowywał go długo i starannie. Pchnęli go 
p.rzcd s

hle: Szli. znowu szpitalnym kOlytarzem, zag'ębiali się w 
clcm
lOsc, mknęlI w mroku, schodzili w dÓł, glucho dudniły ich 
kroki po drewmanych schodach. 
Po
biegtem do. o
na, podchodzili do samochodu, takiego 
sam
go, ktOlym zabralI Ojca. Doktor Wysocki spojrza' na szpital, 
patrz
 w okna, 
'ęką znowu pomacha', uśmiechną' się z daleka do 
ludzI, jak ja, stojących w bezruchu. 
. ., Jcrzyk gasiw oczach. 
ie moglem już do niego przychodzić, 
jaklS nowy le
arz za?rom'. mI go odwiedzać. Tylko stalY portier 
wpuszcza' m
lc 
o 
I
go 
leczorami, już po lekarskiej wizycie. Aż 
przyszcd' 
akl dZlen, ze me zobaczyłem Jcrzyka wcale. Zabrali go 
do Szczecma, do ogromnej kliniki wywieźli. 
Onicmia! jab/o
iowy sad, kwiaty jabloni po ziemi rozsypa', 
rze
 'zywszystkle pozblera'a w nocy, świtem wyrosiła lasy i ogrody, 
'ąkl I pola wstęgą ,,:,ody w.wiejski bukiet związała, na brzegu 
ru
h.omcgo stawu w CISZY złożyla, wysrebrzyła gwiazdami, ubarwiła 
kslęzycem, wzburzonym nurtem za Jerzykiem do morza pobiegła. 


15. 


Aresztowanie doktora Wysockiego lotem błyskawicy 
obiegło Drawsko. Ludzie szeptali o tym po domach, wspÓłczująco 
kiwali glowami, modlili się i przeklinali, ale nik
 o tym głośn
 nie 
mÓwił. Coś tajemniczego i trwożliwcgo było w Ich zachowan
u, '; 
tym szepcie serdecznym, tłumionym wewnętrznym strachem, jakąs 
niepojętą, paraliżującą niemocą. . . 
Następnego dnia po aresztowamu WysockIego była 
niedziela, ostatnia przed zakończeniem roku szkolnego. Słonce 
złotym blaskiem zalało dzicń, barwami światła drgało rozgrzane 
powietrze, ptakami wysoko śpiewało niebo. . .' . . 
Mama kazała mi iść do kościoła, wyspoWladac SIę, przyjąc 
komunię świętą. 
_ MÓdl się za ojca - prosiła. - W Bogu cała nasza 
nadzicja - powtarzała uparcie. . 
Od czasu aresztowania ojca zrobiła się bardzo pobozna, 
częściej niż dotychczas chodziła do kościoła i pilnowala, abym i ja 
przynajmniej raz w tygodniu hyl na mszy.. . . . 
Po nabożeństwie ludzie gromadme I wolno wychodzIlI z 
kościoła, ale tego dnia nie wszyscy od razu rozeszli się do dom
)w. 
_ Ludzie kochane! Doktora Wysockicgo wczoraj w 
więzicniu zamkli! - krzykną' ktoś na kościelnym placu. 
Nikt się nic odezwa', ale i prawie nikt sprzed kościoła nic 
odszedł. Ludzie zatrzymywali się jakby od niechcenia, stali w 
milezeniu jak sparaliżowani, pośnięci... W oddali, .gdzieś O? 
poznania, rozległ się tętcnt galopującego po szynach poCIągU, dluW' 
przeciągły gwizd, holesny jak jęk Jaśkowego rogu, 
at:aca' SIę 
echcm wśrÓd domÓw i ulic. T'um gęstniał, rozszerzał SIę I falowa', 
bezkształtną, milczącą masą wypełniał kościelny plac. . . 
W olbrzymich. rzeźbionych w drcwnie i kutych w zclazle, 
czarnych wrotach świątyni staną' ksiądz. . 
_ Rozcjdźcie się ludzie - zawołał drzącym głose
. - 
Idźcie z Bogicm do domów waszych. Bogu zanieście swojc modlItwy 
_ głos mu się łamał. - Ja tei: z wami modlić się będę. Odejdźcie 
stąd - prosił błagalnie. 


152 


153
		

/78.djvu

			. . Kil
adziesiąt osób oderwało się od tłumu i oglądając się 

a sIebIe zmknę'o w pobliskich uliczkach. Większość ludzi pozostała 
jednak na miejscu. 
,. . - Pan dochtor jest niewinien - zawołał ktoś, zaciągając 
splCwme. 
- Kto tera leczyć nas bedzie?! 
- Pomrzem jak szczury bez niego. 
- On się o nas jak własny ojciec troskał! 
, - Pod p
sterunek nam trzeba! - zawola' ten sam glos, 
ktory aresztowame doktora Wysockiego przed chwilą wykrzyczał. 
,. T'um poruszy' się, zafalowal, zaczął wylewać się z 
kosclelnego placu na najbliższą ulicę. 
- Ludzie! Nie róbcie tego! Rozejdźcie się, w imię Boga 
was proszę! - blaga' ksiądz. 
,. Zn0w:ł kilkadzieisiąt osób odlączy'o się od tłumu, rozeszło 
w roznych kierunkach. Niewielka grupka ludzi, przeważnie 

ł
d.ych.' pozostała na środku ulicy. Krzycząc, wymachując 
plęsclaml nad glową, ruszyła pod posterunek. Poszedłem za nimi 
a właściwie za Kaśką i Chłopaczarą, które się gdzieś tutaj plątal/ 
Z
rat
w
e okna poslerunkiI były szczelnie zamknięte, 
przed drzwiami me było nawet strażnika. Ktoś tylko stal w oknie 
schowany za firanką, lornetką obserwował ulicę, robi' zdjęcia 
aparatem fotograficznym. 
. Skulona P?sta
 od
rwała się od grupki ludzi, podbiegla do 
zakratowanych okien PIWl1lCY, w których mieściły się więzienne cele. 
- Nie ma tutaj doktora Wysockiego - krzyknęła z daleka. 
Zn
'em dobrze te cele, widziałem je, zaraz po 
aresztowa
lU, przez parę dni, siedział w nich ojciec. Podbiegałem 
wtedy do jednego z małych okienek i na oczach wartownika 
rozmawiałem z ojcem na migi przez brudne, okopcone szyby. 
- Ty mały! Zjeżdżaj stąd! To nie przedszkole, słyszysz! _ 
wolał wartownik, zamaszyście poprawiając karabin na ramieniu. 
Bieg'em z powrotem przez olbrzymi trawnik, tonący w 
s'onec

 blaskiI, 
e'en wypi
lęgnowanych kwiatów i strzyżonych 
krze:vow, I na malej harmomjce, którą z Chełma przywiozła mi 
babcia, grałem oJcu przeróżne melodie przeze mnie nie wiadomo 


jak komponowane. . ." . 
Ludzie stałi niezdecydowam. Nagle w sąsledmej ulIczce 
rozleg' się warkot silnika. G'ośniał z każdą chwilą. Pod posterunek 
podjechał major Rylski. .' . 
_ Nie ma tutaj doktora Wysockiego - powIedZla', 
zeskoczywszy z motoru. 
Szedł samotnie w kierunku zwierającej się i cofającej grupki 
młodych ludzi. 
Major Rylski zatrzyma' się, oni też. Zaczęli wznosić 
pojedyńczc, nieśmiałe okrzyki, wymachiwałi uniesionymi w górę 
rękami. Nawet z niewielkiej odleg'ości nie mogłem niczego 
usłyszeć. Podszedłem bliżej. Dolecia'y do mnie ostatnie słowa 
majora: . 
_ Rozejdźcie się. W ten sposób nie pomożecie doktorowI 
Wysockiemu. Jeżeli doktor jest niewinny, na pewno wróci szybko 



 .' .. 
Stałi naprzeciw siebie, major z twarzą mc me wyrazającą, 
zapatrzony gdzieś w bok, oni nieufni, patrzyli spode 'ba, patrzyli w 
bruk, patrzyli w ziemię, patrzyli w nieb,o. 
Zaczęli się wolno rozchodzić. Sciemniło się nagle. Grube 
krople deszczu zadudniły o dach posterunku,. ud.erzyły o 
)fuk, 
zaklaskały o liście drzew. Zagrzmiało w oddałl. Pierwszy pIOrun 
uderzy' znienacka, czerwcowym grzmotem zahuczał po niebie, 
serpentyną błyskawicy przelecia' nad Drawskiem, ciemność wysoko 
otworzy', rozleg'ym echem przetoczy' się po ziemi, niepokojem 
skłębionych chmur nad miastem narasta!. 
Major Rylski nie poruszy' się. Widziałem jego twarz. 
Zmieni'a się teraz bardzo. By'a napięta, pełna smutku i niepokoju. 
Wydawało mi się, że Rylski jakby specjalnie czeka' na burzę, 
nadsłuchiwał jej dalekich odglosów, jakby wcześniej już wiedział, 
że ona nadejdzie, że piorunami uderzy w tę ziemię. 
Ulewa wzmagała się. Pobiegłem za Ch'opaczarą i Kaśką. 
Dziewczęta zatrzymały się przed domem Chłopa czary, która 
wkrótce zniknęła za furtką, prowadzącą do jej mieszkania. Kaśka 
poleciała dalej. Chcialem zawrócić, nie interesowała mnie ona 
wcale, gdy nagle zza rogu wyszedł Student. Nie widział mnie. 


154 


155
		

/79.djvu

			16. 


_ Dobrze - bawiła się jego grdyką, owijała włosy na palec. 
- Przyniosłaś pieniądze? 
_ Tam są - pokazała oczami na torebkę.. .' 
Nigdy w życiu nie widziałem takiej gó:! poł

lch plemędzy, 
dolarów, złotych pierścionków, obrączek l blzutern. .. . 
_ Pożyczam tylko od ciebie - sypał z wysoka w jej dłome 
pieniądze i złoto. - Oddam ci w Bonn. _ . . 
_ To nie wszystko, Hans - zazartowała. - PrzeCIez to 
tyłko z jednej skrytki, którą mi pok
załe,ś. Zresztą, ja też ni.e .nosz ę 
przy sobie zbyt dużych sum. Kledys wystarczyłby mI jeden 
pierścionek od ciebie, ałe ty zawściekłeś się za tą połską przybł.ędą... 
_ umilkła nagle, z uwagą wpatrywała się w nieg
: - PamIętasz 
Hans, co wyprawialiśmy w majątku barona von Grunberga. 
- Zamknij się - warkną!.. . 
Nie lubił wracać do tamtych lat. Załował wszystkIego, 
niczego nie zapomniał, szlag go trafiał, 
 tę w
jnę tak s
bko 
przegrali. A ona? Spojrzał na jej jędrne ciało, ozy.ły noce I dme 
upojone ałkohołem, nasyconc j
j. sza!eństwe
" jeszcze. wte?
 
zwycięskie. Przesunął dłonią po je] sk
rze, wgmotł kClUkle.m, j
j 
nos głęboko w twarz. Syknęła z bółu. Ilez ona ma łat? Dwadzlescla 
osiem. dziewięć? - przypomina!. 
Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. 
_ Gniewasz się, że tak powiedziałem? 
_ Nie - pocałował ją w policzek. 
_ To dobrze - szepnęła. - A co z tym leśniczym? - 
sunęła palcem po jego twarzy. .. .' 
_ Nic - wzruszył ramionami. - Jutro utOpI SIę w JezIorze. 
_ Nie zmieniłeś się Hans - błysnęła oczami. - Znowu 
trupy na twojej drodze. Czy ty musisz tak 

wsze mordować - 
zatrwożyła się, zamilkła, powiedziała po chwlh: 
_ Wtedy rozumiem, ale teraz... 
Nie odpowiedzia!. 
_ Co z tym gówniarzem? - zapyta!. 
_ Jego zostaw w spokoju! To dziecko jeszcze. 
_ Widział mnie. Może mnie kiedyś poznać. 
_ Przecież jutro już ciebie tutaj nie będzie. 


P
dszed
 do Kaśki, o czymś ze sobą rozmawiałi. Znali się dobrze, 
mleszkał
 parę ?omów od siebie. Pobiegli w boczną ułicę. Deszcz 
łał 
trumlema
l. Skoczyłem za nimi, przyłegając do mokrego muru. 
Dz.lewc
na wsmdła ze Studentem do czarnej dekawki, natychmiast 
odjechah. 
. - Kaśka ze Studentem pojechała na ksiuty - dołeciały 
do mme sł0-:va ?awrosza, który rozebrany do pasa biegł środkiem 
opustoszałej uhcy, rozbryzgując bosymi stopami ogromne kałuże 
wody. 


. Burza minęła. Wysoko na niebie śpiewały skowronki, 
błękltn.e tr
łe opadały na jabłoniowy sad, drzewa dyszały 
nabrzmmłą zlełem
, g.ałęz.iami kłaniały się ziemi, soczystą wilgocią 
parował
 trawa, ł:łle?lła SI? 
k
zydłami motyłi i muszek, ciemnymi 
sł:ługaml grały. c
eme na sClezkach. Zmierzch szedł przez sad z 
dla
en
em kSlę'!'ca w stokrotkach i mleczach, zapachem rosy 
odmlemał barwy I kolory, wieczór wysnuwał ze srebrnych brzeczeń 
pszczó!. 
, . . Jabł
m
o
 sad okradaliśmy. Ziutek zniknął wśród gałęzi 
shcznej paplerowkL Zostałem na czatach, skryłem się w maliny. 
, . W dzikim domku skrzypnęła podłoga. Podszedłem do 
sclany. ?kno było zasłonięte kocem, małutka szpara wśród desek. 
ZdrętwIałem z przerażenia, poznałem ich. Walukową i jego, tego 
zbrod.m
rza ze stodoły. Odsunęli skrzynki i narzędzia pod ścianę, 
rozłozyl
 koc n
 podłodze, byłi rozebrani do naga, pili wódkę, 
zagryzah su
hą kIełbasą. Walukowa oplotła mu ręce na szyi, ruchem 
głowy strącIła ",:ło
y z o
zu i ust, dmuchnęła mu w twarz, palcem 
musnęła po nOSIe, językiem dotknęła jego warg. Przekręcila się na 
bok. 
- Kiedy wyjeżdżasz? - zapytała. 
. ,- Jutro - odpowiedzial niechętnie. - Wyjdź z domu, 
jakbys szła normałnie do pracy. Spotkamy się u Willego w 
Kołobrzegu. 


156 


157
		

/80.djvu

			- Mylisz się! Ja tu jeszcze wrócę! 
Roześmiała się. 
- Wrócisz? Kiedy? Może tak jak w trzydziestym 
dziewiątym roku? A jak będziesz uciekał? Jak w czterdziestym 
piątym? 
- Zmieniłaś się! Mówisz jak oni. Komunistkę z ciebie 
zrobili, Polkę... - zgrzytnął zębami. 
- Kto? Polacy? - zaśmiała się głośno. - Sama się taka 
zrobiłam. Zostałam tutaj, jak mnie kazałeś. Starałam się być dobrą 
obywatelką, bo "my tu jeszcze wrócimy", ty tak to sobie wymyśliłeś. 
Pilnowałam tego wszystkiego, złota, obrazów, dokumentów, 
gruzów, obserwo
alam, węszyłam, ho ty sobie tego życzyłeś. I wiesz, 
co zobaczyłam? Ze dla nas nie ma tutaj już miejsca. Musisz to 
zrozumieć Hans. 
Już się nie wahał. Sama na siebie wydała wyrok śmierci. 
Za dużo powiedziała! 
- :Zrozumieć? Co? - opanował się. 
- Ze tacy jak ty nie mają tu już nic do roboty. Tylko to Hans! 
- Gdzie? Tu! Na tych ziemiach! 
- Tak, tu! W Drawsku i w Szczecinie, w majątkach garfów 
i baronów von Griinbergów, na całej tej ziemi. 
- Ty polska szmato! - warknął. 
- Nie Hans. Nigdy Polką nie będę, ale i Niemką, taką jak 
byłam, też nie zostanę. Kocham ciebie i jak dawniej wszystko dla 
ciebie zrobię. Ta miłość jest ponad moje siły. Ale te lata, które 
tutaj spędził.am, nie z własnej woli przecież, wyleczyły mnie z 
nienawiści. Zyłam z tymi ludźmi i wiem, co się tutaj stało, jak 
wszystko się odmieniło. Czy ty tego nie widzisz Hans? Zachowujesz 
się, jakbyś wyjechał stąd na wycieczkę i wrócił po tygodniu, żeby 
zmienić bagaże. 
Zacisnął zęby. Milczał. Powinien ją zabić, nawet teraz. Ale 
plan był zrobiony. Bez niej nie można go byłoby wykonać. 
- Nie mówmy już o tym - powiedział pojednawczo. - 
Wrócisz do Niemiec, to zmienisz zdanie - pocałował ją. - To 
nieskoordynowany naród! Oni - wydął pogardliwie wargi - 
Polacy - splunął - nigdy nie umieli i nie chcieli pracować jak my, 


Niemcy - podkreślił ostatnie dwa słowa. - Im potrzebny jest bat, 
niemiecki bal... 
_ Ty ciągle swoje, Hans - przerwała mu, przymilając się 
do niego. - Tu żaden bat już nic nie pomoże. Czołgi i karabiny 
też. Te ziemie nigdy już do nas nie wrócą, musisz to w końcu 
zrozumieć Hans. Polacy może nie umieją dobrze pracować, ale o 
swoje potrafią dobrze się bić. Już raz na własnej skórze 
ię o tym 
przekonałeś, prawda? Dla Polaków ojczyzna zaczyna Się wtedy: 
gdy ją tracą, gdy ktoś obcy rękę po nią wyciąga. Ci chłoPCY: z kt?rym
 
teraz stary Tudrej tak beztrosko zabawia się w kawalenę, pierwsI 
staną w obronie tej Polski, którą ty tak pogardzasz i w dalszym 
ciągu nic doceniasz. Na co więc liczysz Hans? To że pełno wśród 
nich sprzeczności, zadawnionych zawiści, wymyślonych 
nieporozumień, urojonych podejrzeń.... - zamilkła.' pat
la 
a 
niego z niepewnością. Twarz mial surową, zacIętą, mc me 
wyrażającą. 
Zaśmiała się wymuszenie. Powiedziała, jakby 
usprawiedJiwiając się przed nim: 
_ Wiesz Hans! To wprost niepojęte, co tutaj się dzieje. 
Teraz ci, co najwięcej walczyli o te ziemie, no wiesz o Polskę, .i 
życie za nią oddawali całymi rodzinami, różni żołnierz
, p
rtyza.ncI: 
inteligenci, komuniści nawet, ci wszyscy, którzy moghby I powIllm 
teraz uczciwie tu żyć i spokojnie pracować, być wzorem dla innych, 
mądrze i sprawiedJiwie rządzić, są często szykanowani, więzieni, 
posądzani o zdradę, sama już nie wiem, słusznie czy nic... Jest tu 
chociażby taki doktor Wysocki, człowiek czysty jak krysztaL 
Natomiast tacy jak ja - uśmiechnęła się ironicznie - mogą robić, 
co chcą, nawet więcej niż umieją i potrafią. 
_ A widzisz - dodał przymilnie. - Na moje wychodzi. 
_ No to za twoje plany Hans - nalała koniaku do 
szklanek. 
Wypili. On gryzł kiełbasę, milczał, ona bawiła się jego 
wlosami. 
_ Co z tymi dwoma? - zapytała po chwili. 
_ Nic. Jutro przyjadą do Kołobrzegu, dostaną po 
piętnaście tysięcy i trochę dolarów. Zabieram ich ze sobą na st
tek. 


158 


159
		

/81.djvu

			- Naprawdę? 
- lak \ryplyniemy na morze, to zobaczysz! - zaśmiaJ si dziko 
- l
k. to wy
IY
lemy? _ zdziwila się. ę. 
- ZabIeram cIebIe do Bonn - P owiedziaJ ' , 
_ Nie Hans K ., ' 
Ie patrząc na mą. 
wróc ę , PO j 'ad ę d o K ' ol O b cham cIebIe, ale 
o NIemiec z tobą nie 
o rzegu pomo gę CI . " 
zrobi ę co ty lko h ' , WYWlesc to wszystko, 
, zec cesz, ale tutaj zostanę. 
wścieklo

 ą sz wy arp krzyw nął s
 ł Od k?:a ł pistolet, zerwał się, twarz mu się 
1 a, ZSlnla a. 
_ Pól D
a::

ę cię! - 
 b ą
 po niemiecku, po polsku na przemian. 
, Pr.:
z cle le wysadzę w powietrze. 
takiego 
i:
;o
:::jesz ł: ans - powi
działa spokojnie. - I nic 
nie za dużo b ś . W NIemczech moze byś mnie i zabił, ale tutaj 
, y 
zykował. lestem ci w Polsce potrzebna 
Schowal pIstolet pod koc, . 
, .- No dobrze już, dobrze - mrukn ł - P , 
będzIe jeszcze jedna zakładniczka _ starał Si ę t y ' ć IDI ' ł o y trze d bna nu 
l k t' , ,ser eczny 
:::: J 'I o j.e
zcz
 jedna?,- głos Walukowej wyraźnie drżał: 
_ ,aj eplej wez tę - me odpowiedzi aj '. . 
ktorą _naj
zęściej wyjeżdżaJaś do Szczecina. To :


aPi:am:t -:- z 
ten gowmarz chciał się zabawić _ zaśmial się _ D ' , : z orą 
WChOdzt
o gruzó,:, wi
sz, co masz robić- POgiaSkalj:;
 ;::
: 
le odpowIedzIała, Podeszła do nie g o P at rzyła . 
_ Chodź ,mu w oczy, 
C - szep
ęła. - To są nasze ostatnie chwile Hans 
- o z zakładmczką? - dopy tyw al s' N" ' 
Ob' ła o w _ lę lemlec, 
Ję g poł, przechylała się wolno do tyłu -. . 
g,o na siebie, dwie wiełkiej piersi ogromne j ' ak ki .' ki 
clągając 
SIę na podlogę. ' wor mą ,rozlały 
uciek I Zaskrzeczalem jak sroka, Ziutek zeskoczył z drzewa 
DZiad
a




j:.adu. Wysunąłem się z krzaków, pobiegłem d
 


17. 


Dziadek Tudrej kazal mi wrócić do domu i dzisiaj bez jego 
zgody nigdzie już nie wychodzić. 
_ To rozkaz - powiedziaJ surowo, 
Bawiłem się z Azą, przechylala leb na boki, patrzyla mi w 
oczy, łasiła się do nóg, wielkim ogonem pod nosem mi wachlowała, 
Przytuliłem się do niej. Już tyle lat jesteśmy razem, Znalazłem ją 
nad Drawą, zdychała, patrzyła mi w oczy błagalnie, do wody nie 
mogła się dowlec, pod lasem ktoś jej przednie łapy postrzelił, cały 
bok kulkanli podziurawił. Na rękach ją wtedy, wielką jak cielę, do 
domu przyniosłem, pięć kilometrów dźwigałem przed sobą, Z 
Dziadkiem Tudrejem całą zimę ją leczyliśmy, poili ziółkami, 
różnymi maścianli okładaJi, dokarmiali mlekiem i mięsem. A gdy 
już wyzdrowiala, przyjechal po nią myśliwy z pawim piórkiem, 
zabral mi ją, siłą do samochodu na smyczy zaciągnął, od złodziei 
mnie wyzwał, do kierownika szkoły ze skargą poleciał. 
leszcze tej nocy Aza uciekla od niego. Trzy razy on ją 
zabieral i trzy razy Aza od niego uciekaJa, rwała łańcuchy, plot 
wyższy od drzewa przeskoczyła, pod piwnicą jak kret się przekopala, 
Ile razem pól przebiegliśmy, łąk przewędrowali, lasów 
przcmierzyli, jezior i rzek przepłynęli, dróg i ścieżek własnymi 
nogami opowiedzieliśmy, radosnym ujadaniem niebu 
wyśpiewaliśmy, wieczorncmu cchu powtórzyli, drzcwom i kwiatom 
w liście naszeptali, wiatrom i szuwarom nasze tajemnice 
powierzając. 
Ach! Jakież to były awantury z kotem Prażmowskiej, 
gonitwy i ucieczki na strych przez podwórze, wrzask gęsi 
oburzonych psimi manierami, krzyk indyka w kaluży pc/nej deszczu 
i błota, lament kozy w ogrodzie, gdy w ucieczce gubiła wymię pc/ne 
mleka i drogę za sobą ciągnęła prosto do komórki. 
Ileż echa zostawało w obszczekaniu nocy, gdy z gardzieli 
psów Aza wyciągała świty nad sad jabłoniowy, a kluczem żurawi 
odsłaniała głębię wysokiego nieba, ogonem przesuwając chmury 
za horyzont. 
Ukroiłem cztery pajdy chleba, dla sicbie i Azy, 


1 lill 


161
		

/82.djvu

			posmarowałem s
ałcem. S
akowały wybornie, pachniały zbożem, 
wędzonym 
oczklem, zadymIOnym łasem. Wziąłem książkę do ręki, 
"S
n 
ułku. . Czy 
ą teraz tacy bohaterowie, skromni, cisi, ludzie 
,,:oJny I ludzIe po
oJ.u? Gdzie teraz jest taro? Nawet Dziadek Tudrej 
me chce ze mną JUz o tym rozmawiać. 
. - G
upi.ś - warczy, albo: Poczekaj jeszcze trochę - mowi 
I zaraz do 
IlneJ ,rob
ty się z
biera, o czymś innym zagaduje. 
Ktoregos dma TudreJ powiedział do mamy: 
. - Na 
epsze idzie, pani Torczyńska. Naród się burzy 
mez
do,:,oleme okazywawszy. Przed wojną tak często bywało. 
PowIadaJą.lu
zie,.ż.e Go
ułkę do władzy dopuszczą. Wszystko się 
teraz odmlem, toz I panmego szybciej z więzienia wypuszczą. 
- Ohy tak było - wes.tchn
ła mama. I zaraz się zatrwożyła: 
- A kto by tam za mm, bIedakiem się ujął? 
. ,r:	
			

/83.djvu

			na? 
ią czarna, 
gla, i czarny kurz, i znowu mgla, i znowu kurz... 

hdzę tam

n SWlat, pelen mroku i zla, otwarty jak grób, bezdenny 
]
k. prze
asc, w, 
en czarny dól, w bolesną otchlań snu, runął mój 
?]
Iec. Clemnosc za sobą wlecze, staje się mrokiem, cieniem dnia 
s
l
t!em nocy, czarnym wolaniem historii. Z tego dna, z ciemności 
usplOn
go .czasu. ojcie
 świeci ogniem dalekim, blaskiem swego 
sercaosłep
a, tysIącamI gwiazd blyska, duszę w wielki kwiat krzyku 
rOZWIja, 
Iazdą zar

ną nad naszym domem powstaje. Wyciągam 
r
ce ku memu
 
le O]C.lec oddala się ode mnie, moje ręce wydłużają 
s
ę cor
 .dale] I dale], za jabloniowy sad, za horyzont znikają w 
ClemnOSCl. ' 
Obudzil mnie warkOT samochodowego silnika. Mama 
pod

zla do okna, nogi jej drżały. Reflektory omiotły światłem 
poko] , zatrzymaly się obok naszego domu, zgasly rozżarzone śle p ia 
lamp. 
o A
a zastrzygla uszami. Odeszla od drzwi. Spokojnie 
połozyla SIę kolo mojego łÓŻka. 
. 
oże drogi - szepnęla mama - znowu po kogoś 
prZYJechalI. 
. OU,dnienie kroków za oknem, zgrzyt furtki w ciemności 
szurame n
g w korytarzu, skrzypnięcie otwieranych drzwi. ' 
OZIa
ek Tudrej 
sunąl się przed majora Rylskiego. 
- To]a pana majora do Andrzeja przyprowadziI. 
- C
 znowu się stalo? - przerazila się mama. 
. - N
c - Rylski ucalow
1 dloń mamy. - Proszę się nie 
denerwowac. Muszę tyłko z pam synem porozmawiać. 
- Porozmawiać? Tcraz, po nocy? 
- Tak. To. bard
o ważnc - usprawiedliwial się major. - 
Prz
p
aszam pamą - .zachnąl się nagle. - Chyba nie od tego 
powlm
ne
 zacząć. NIestety, taki już jestem slużbista - uśmie- 
chnął Sl
 z
z
nowany. - Mam dla pani dobre nowiny. Zakończy- 
łem wl
sme sledztwo w sprawie pani męża. Jest on niewinny, a 

ostawl
ne m
 zarzuty sfalszowane i bezpodstawne. Aresztowali- 
smy wlasme 
ilku prac0:ń'nik
w pegceru, tak, tak, tego, w którym 
parę tyg?dm. tcmu mąz pam wymieniał instalację elektryczną. 
Pracowmcy CI, chcąc zatrzeć ślady swego ogromnego marnotra- 


wstwa, codziennych kradzieży i milionowych strat, jakich dopuścili 
się w tym pegeerze, sami go podpalili, a jako sprawcę pożaru 
wskazali na pani męża, twierdząc, że instalacja elektryczna byla 
przez niego specjalnie źle wykonana. Mieli nawet na to licznych 
świadków i niezbite dowody. Jednym też miala być partyzancka 
dzialalność pani męża... Najtragiczniejsze w tym wszystkim jest to, 
że calej tej szajce zlodziei przewodził dyrektor i glówny księgowy i 
oni też najbardziej przekonywująco i "wiarygodnie" oskarżali pani 
męża. To oni także zorganizowali caly ten cyrk z pogrzebem 
traktorzystów. Chlopaki odkryli ich złodziejskie machlojki, 
powiedzieli o tym niektórym współpracownikom, dlatego musieli 
zginąć. W traktorze - nowym - ktoś uszkodził hamulce, a tuż 
przed wypadkiem celowo upito ich na terenie pegeeru... Natomiast 
wina pani męża w tym wszystkim jest chyba tylko taka, że za często 
popijal sobie "spirtu" z pegeerowskiej gorzelni, zresztą z praco- 
wnikami pegeeru, a nawet i z dyrektorem, co sobie za wielki zaszczyt 
poczytywa!. Byl przy tym niezwykle rozmowny, coś mu się tam 
zawsze nie podobalo, kogoś ważnego krytykowal - i to omal go 
nie zgubilo. No, ale to już prawie historia. Jutro, pojutrze mąż pani 
powinien wrócić do domu. Chciałem, żeby to bylo niespodzianką, 
ale... 
Ostatnich słów mama już nie słyszala. Zachwiala się, jak 
ślepiec wyciągnęla ręce przed siebie, osunęla się po ścianie na 
podlogę. Zerwałem się z łóżka, nogi zaplątaly mi się w pierzynę. 
Podniósl mnie major Rylski. Mama siedziala już na kozetce, pila 
wodę, plakala. 
_ Wolalbym, żeby mdlala pani w ramionach męża - 
powiedzial wesolo Rylski i puścil do mnie oko, wykrzywiając twarz 
w nieudanym uśmiechu. 
_ Przepraszam, wszystko to spadlo na mnie tak nagle - 
usprawiedliwiala się mama nieśmialym glosem. 
Dziadek Tudrej dreptal po pokoju. 
_ A nie mówił ja, że wszystko dobrze się skończy - zatarł 
ręce z zadowolenia, aż zatrzeszczaly kościste palce. - Może by 
pani zrobiła jakiejś tam herbaty i poczęstowała gościa kolacją, toż 
pan major obiadu nie jad!. A może by się tak coś na ząbek, panie 


164 


165
		

/84.djvu

			majorze, przydało - sięgnął za pazuchę. 
. - ł:erbaty się chętnie napiję, ale za alkohol dziękuję _ 
odpowIedzlaI stanowczo Rylski. 
Major .w
pytywał mnie bardzo starannie o przebieg 
rozmowy w dZIkim domku, kilka razy zadawał mi to samo lub 
podobne pytanie, wracał do różnych faktów, przerywał moje 
egz
towane.zdania i półsłówka, prosił o dokładne opowiedzenie 
takIeg
 lub. Innego. zdarzenia, interesował się najdrobniejszymi 

zczegołamI. Opowiadałem mu o Balonie, o Studencie, o Jerzyku 
I Chłopaczarze. 
Rylski wyjął plik różnych zdjęć, położył je na stole. 
- Poznajesz tu kogoś? - zapyta!. 
- Tak. To jest on, on... ten Niemiec, Rudy Szkop _ 
pokazałem palcem na fotografię. 
- przyjrzyj się dobrze. 
- Na pewno on - potwierdziłem z naciskiem. - Niektóre 
z tych zdjęć pokazywał mi pan już w lesie. 
. - 
ak - major długo przyglądał się zdjęciom, jakby widział 
je po raz I?lern:szy. - A na. tych? -:- zapytał, wyjmując z raportówki 
n?
ą senę zdjęc, znaczme powiększonych, ukazujących twarze 
roznych mężczyzn lub jakieś szczegóły ich ubrania. 
- Nie, nie widziałem ich nigdy - wzruszyłem ramionami. 
- A teraz? - Rylski zasłaniał palcem na zdjęciu 
sfotog
afowanemu facetowi wąsy, brodę, na niektóre fotografie 
kładł Inne prze
stawiające jakiegoś człowieka w czapce, w 
kapeluszu, w garniturze, w płaszczu, w koszuli... 
Bez trudu rozpoznawałem Rudego Szkopa. 
" - No tak - przeciągając słowa powiedział oficer. - Wiesz 
jUZ .san:' kt
 to jest. - I nie czekając na odpowiedź dodał: - Jeden 
z n.lemleckIch zbrodniarzy, jakich wielu było w czasie minionej 
wOjny, tu, na naszym Pomorzu. 
- O Jezu! - krzyknęła mama. - On ciebie zabije. 
Rylski uśmiechnął się, zaźartował niezręcznie. 
- Nie bę
zie miał 
zasu - spojrzał na zegarek. - Dzisiaj 
w Drawsku mysz Się nawet mepostrzeżenie nie prześliźnie. - I zaraz 
dodał: - Bardzo mi, Andrzeju, pomogłeś. I nie tylko mnie. 


_ powiedział jakby do siebie. - Wpadnę jeszcze do ciebie. Wstał, 
jednym haustem wypił herbatę. . .' . . 
_ Pan Tudrej zostanie z wamI. MOI łudzle będą w 
obl

. 
Gdyby co- zwrócił się do Dziadka - da pan im znać, będą wiedzielI, 
co robić i gdzie mnie szukać. . 
_ Pan weźmie mnie Z sobą - zawołałem błagalme. 
Spojrzał na mnie bystro, pokręcił p
zecząc:o głową. . 
_ Nie mogę Andrzeju. To zbyt mebezpleczne. Zostan 
lepiej w domu. 


18. 


Rano jak na skrzydłach poleciałem do szkoły.. Lekcje 
kończyły się jednak, a majora Rylskiego nie było. A tak ob
ecyw.ał; 
że się z nami niedługo spotka. Nawet Dziadek Tudrej g
zle
 
przepadł. Tylko Gawrosz na przerw
ch między le.kCJa
1 
przekazywał nam plotki na temat wczorajszych 
darzen, .ktore 
nie wiadomo, jak i kiedy z całego Drawska 
oble n:ła

ml sp
- 
sobami zbiera!. A miasto aż huczało od sensacYjnych wlescl. 
udzle 
opowiadali sobie niestworzone rzeczy, które były i których me 
yło, 
kogo to wczoraj aresztowano i jakie ogromne skarby znaleZiono 
na gruzach. Gawrosz dokładnie nam to wszystko po
tarz
ł, po 
swojemu ubarwiał, przy czym struga
 tak 
ie!kiego cwam
ka I 
In
 
miał taką, jakby wiedział sto razy Więcej I Clekaws
ch hl
torn mz 
te, które nam przekazywał, za co omal w zęby ud 
Iutka .me dos
ał: 
Wreszcie ostatnia łekcja. Słońce przebijało Się długimi 
promieniami przez soczys
e liście 
a
ztanów, złot
mi c
eniami 
rozpływało się po kłasie, mlgot
ł? 
s.r
d ławek drobInami kurzu, 
biegało smugami światła po sUfIcie I sClanach... . 
Pani Kowalska zapisywała temat lekcJI na tablIcy. 
Kaligrafowała go starannie, jakby si
 rc:k szkolny 
o
i
ro zaczyn
!. 
Literki równiutko sunęły przed siebie, rozmmtosclą ksz
ałtov: 
przyciągały oczy, białą kredą rozjaśniał
 św
at, wybuchały ł<:"1.ataml 
na łąkach, zapalały się słońcem na meble
 s
ebrzyły kSlęzycem 
wśród nocy. Musieliśmy tak samo staranme jak ona, dokładme 


166 


167
		

/85.djvu

			klasy. 


lekcje", "Przepraszam koleżankę Olę" i różne inne wychowawcze 
mądrości wymyślała. Była to słynna na cale Drawsko, chwalona 
przez rodziców, a ganiona przez kierownika szkoły, kara pani 
Kowalskiej, mająca uczyć nas odpowiedzialności, dobrze 
rozumianej koleżeńskości, codziennej obowiązkowości i 
systematycznej staranności. Tak naprawdę to źle nam w czasie 
odbywania tej kary nie było. Po zaliczeniu "pisanka" pani długo 
rozmawiala z nami, wciągając nas, nie wiadomo kiedy, w najbardziej 
szczere rozmowy, a wykazywała przy tym tyle taktu, serdeczności i 
zrozumienia, że zwierzaliśmy się jej "ze wszystkiego" jak własnej 
matce. Często pani tłumaczyła nam wtedy niezrozumiałe wzory, 
definicje, reguły i zadania, powtarzała "przerobiony materiał", 
odrabiała z nami lekcje "zadane na jutro". Najgorsze jednak 
zostawiala na koniec. Każde bowiem takie "pisanko" kończyło się 
osobisrym odprowadzeniem przez panią ukaranego ucznia do 
domu, i bardzo dyskretną rozmową z rodzicami. I właśnie to 
przejścic przez miasto, za rączkę z panią Kowalską, "na 
przedszkolaka", upływające zresztą na miłej pogawędce, było dla 
nas gehenną największą. Wyrozumiałe, współczujące spojrzenia 
chłopaków! Szydercze i prowokujące wywracanie oczu przez 
dziewczyny, które nie wiadomo skąd pojawiały się nagle na naszej 
katorżniczej wędrówce przez Drawsko. A wszystko odbywało się 
na oczach ludzi, uciec nie wypadalo, wstydu było bez liku. 
- Mówiłam coś do ciebie, Torczyński - powtórzyła pani 
Kowalska i podeszła do mojej ławki. 
Wstałem pokornie, niewinnie spuszczając głowę. 
- Widzę, że nie masz co robić, nudzisz się chyba na lekcji 
- zaczęła przeglądać mój zeszyt. 
Nie skończyła. Drzwi klasy otworzyły się z trzaskiem, 
uderzając o ścianę. 
- Koleżanko nauczycielko, natychmiast sprowadzić klasę 
do sali gimnastycznej - zawołał kierownik i zniknął szybciej niż 
się pojawi!. 
Wrzask, jazgot i krzyk uderzyly w sufit, jakby czambuł 
tatarskiej jazdy przegalopowal przez szkołę. Długie oooo! 
wyrażające uczniowskie zadowolenie, wielką radość i zbawienną 


literkę po literce stawiać, po kilka razy do zeszytu przepisywać 
zdania i zadania, zanim nam pani ich nie zaliczyła. 
Siedzialem jak na szpilkach. Rozglądałem się po klasie. 
Wszyscy karnie i posłusznie sterczeli w ławkach, ale myślami 
byliśmy daleko od szkoły. Przecież jutro już ostatni dzień lekcji, 
pojutrze rozdanie świadectw. Witek roześmianym wzrokiem biegał 
za kogutem ganiającym kury po szkolnym podwórku, szturchał 
wszystkich dookoła linijką w plecy, pokazując kogucie zaloty. Ziutek 
i Mirek po kryjomu grali w cymbergaja, zręcznie przykrywając 
monety książkami i zeszytami, ćwiczyli ścięcia, w których mistrzem 
był Ziutek. Tylko Chłopaczara patrzyła na tablicę jak w obraz. Ona 
zawsze świata poza panią Kowalską nie widziala, złego słowa nie 
pozwalała na nią powiedzieć, zeszyty klasowe za panią nosiła. 
Wsadziłem palec do kałamarza, przechyliłem się w bok i 
odcisnąlem "żyda" w zeszycie Chłopaczary. Rąbnęła mnie w łapę, 
aż ławka podskoczyła do góry. Oddałem jej, ale nie trafiłem, 
uderzając palcami w kant ławki. Zabolało piekielnie. 
Pani Kowalska przerwała pisanie. 
- Andrzej wstań - powiedziała, nie odwracając się do 


Nagła, grobowa cisza. Trwożny skurcz serca. Czerwone 
wypicki na twarzy, wyczekujące spojrzenia kolegów. I ta mina 
Chlopaczary, niewinna, bezradna, współczująca. Stuknąłem się w 
czoło, wykrzywiając twarz w diabelskim grymasie oburzema. 
Uśmiechnęła się słodko, przechylając głowę w rozbrajająco 
łagodnym geście pojednania. 
- Słyszaleś Andrzeju? - głośniej już zapytała pani. 
Udałem, że nic słyszę. Wiedziałem, czym tu grozi. Za 
przeszkadzanie na lekcji, nieodrobienie lub niestaranne odrobienie 
pracy domowej, spóźnianie się, za różne draki, figle i niewinne 
figliki pani Kowalska zostawiala "nieodpowiedzialnego ucznia za 
karę po lekcjach", robiła mu herbatę, częstowała kanapką, nieraz 
ciastkami i cukierkami, i kazała, w zależności od rodzaju i ilości 
przewinień, dziesięć, dwadzieścia pięć, a nawet pięćdziesiąt razy 
wykaligrafować w specjalnym "Dzienniku klasowego zachowania 
uczniów" - "Nie będą się spÓźniał", "Będę zawsze odrabiał 


168 


]69
		

/86.djvu

			ulgę zagłuszyło głos pani Kowalskiej, przetoczyło się przez klasę 
szuraniem tornistrów po ławkach, pośpiesznym zsuwaniem książek, 
zeszytów i kredek. Tupot nóg o podłogę, kołeżeńskie 
pokrzykiwania, nerwowe warknięcia, przyjazne lub wrogie 
poszturchiwania się, ponagłanie wzajemne, podśpiewywanie i 
pod gwizdywanie lekceważące, łokciowanie i kolanowanie stopiły 
się w jeden potężny wrzask szturmujących drzwi uczniów. 
W sali gimnastycznej - cisza i osłupienie. Za stołem 
prezydialnym, nakrytym czerwonym suknem, jak na 
pierwszomajowej akademii, siedzieli: major Rylski, Dziadek Tudrej, 
Szałamacha, wszyscy nauczyciele szkoły. Obok, na podłodze, 
spokojnie leżała Aza. 
- Siadać uczniowie! Nie wrzeszczeć! - wykrzyknął 
kierownik, poprawił marynarkę, podszedł do mównicy, wyciągnął 
kartkę papieru z kieszeni spodni, zaczął czytać: - Dzisiaj, co należy 
rozumieć, w tej uroczystej chwili, jest ważny dzień dla naszej szkoły. 
Mamy w szkole bohaterów wychowania socjalistycznego, co należy 
rozumieć, wzorowych uczni obywatelów. Z tej sposobności 
przyszedł do nas towarzysz major - nachylił się nad Rylskim - 
jak wy się panie major, no tego... nazywacie..., acha - pokiwał 
głową - towarzysz major Rylski. 
- Ale truje 
 Danek trąci! mnie łokciem. 
- Cicho - szturchnąłem go w bok. 
Major podszedł do pierwszego rzędu młodzieży. 
- Dziękuję panu kierownikowi szkoły za powitanie.... 
- Chwileczkę towarzyszu major - kierownik ciągnął 
Rylskiego za rękaw munduru. - Przemawiajcie o stąd - popychał 
go za mównicę. 
- Nie, dziękuję, po co aż tak oficjalnie - Rylski delikatnie, 
ale stanowczo odmówił. 
- A rób pan jak chcesz - mruknął kierownik i rozsiadł 
się za stolem prezydialnym. 
- Przyszedłem do waszej szkoły dlatego. żeby wspólnie z 
tymi panami - major pokazał na Dziadka Tudreja i Szałamachę 
- podziękować waszym kolegom - wymienił nasze nazwiska - 
za pomoc w schwytaniu groźnego i niebezpiecznego przestępcy. 


Długie ooo! zahuczało w sali gimnastycznej, narastało 
gardłowym pomrukiem. Wszyscy patrzyli na nas z zazdrością, 
podziwem, dumą, niedowierzaniem. Spociłem się, mokry się cały 
zrobiłem, jakbym przed chwilą z Drawywylazł. Ziutek zbladł, Witek 
poczerwieniał, Danek i Mirek uśmiechali się triumfalnie. Dziadek 
Tudrej przekładał rogatywkę z ręki do ręki, chował ją i wyjmował 
spod stołu, wpychał do kieszeni, gniótł i rozprostowywał. Kuternoga 
szurał drewnianą protezą po podłodze, obijał ją o nogi stolików, 
trzęsącą się ręką poprawiał medale, brzęczał nimi, czerwony był, 
jakby mu za chwilę krew z twarzy miała wytrysnąć. 
Major podniósł rękę do góry. 
- Proszę o spokój - odczekał, aż sala się uciszyła. - 
Wyrażając swoją ogromną wdzięczność i podziękowanie naszym 
bohaterom, dziś - mogę to tak powiedzieć - również moim 
przyjaciołom, za ich kawaleryjską odwagę i wywiadowczą wprost 
dociekliwość, chciałbym jednocześnie ostrzec was wszystkich, 
szczególnie teraz, przed wakacjami, żebyście uważali na siebie, byli 
ostrożni w dobieraniu kolegów. unikali nie znanych wam miejsc. 
Wasze na pozór niewinne zabawy i draki, przygodne znajomości, 
nic nie znaczące wydarzenia mogą zupełnie przypadkowo wplątać 
was w jakieś przestępstwa lub inne niezgodne z prawem sytuacje. 
Pamiętacie niedawny pożar w stodołach. Przez przypadek zna1azł 
się tam Andrzej Torczyński, stając się świadkiem zbrodni. Andrzej 
naraził się wówczas na śmiertelne niebezpieczeństwo i gdyby nie 
uratowała go Aza - pokazał ręką na podłogę - to naprawdę 
dzielny, o rzadko spotykanej inteligencji pies - moglibyśmy się 
tylko domyślać, że Andrzej zginął w tym pożarze, a co byloby 
naj tragiczniejsze, że on sam ten pożar rozniecił. 
Dla milicji zeznanieAndrzeja było jedynym śładem zbrodni 
dokonanej w stodole. Wlaściwie dlugo, tylko w oparciu o nie, 
mogłem ze swoimi współpracownikami prowadzić śledztwo. I udalo 
się. Muszę jednak powiedzieć, że bez pomocy naszych dzisiejszych 
bohaterów, nie ujęlibyśmy tak szybko sprawcy tej zbrodni. 
Mordercą ze stodoły i podpalaczem okazał się dawny esesman 
hitlerowski, zbrodniarz wojenny, który przedostał się do Drawska 
z Niemiec zachodnich, żeby wywieźć stąd unikalne dzieła sztuki, 


170 


171
		

/87.djvu

			dokumenty SS oraz pewne ilości zlota, których, uciekając w marcu 
1945 roku, nie zdążyl zabrać ze sobą. 
. - Jak nazywa się ten bandyta? On jest wampirem? Ilu 
lud
I on z
mordował? Proszę pana, czy lu on na wojnie zabił 
mOjcgo dzmdk
? Czy on 
la karabin? Pan go zabije czy powiesi? 
-. posypały SIę pytama spod okna sali, gdzie siedzieli 
pIerwszoklasiści. 
Major uśmiechnął się z wyrozumieniem. 
. - Z.ada!iśc
e 
i dużo pytań i myślę, że gdybym nie przerwał 
w.aszej doclekhwoscI, byłoby ich znacznie więcej. Wybaczcie, że 
me b
dę 
 stanie na wszystkie z nich odpowiedzieć. Aresztowanie 

[enlleckiego zbrodniarza to nie koniec śledztwa. Będę je musiał 
!eszcze długo prowadzić, aż wyjaśnię wszystkie okoliczności, a jest 
Ich napr.awdę dużo. Obiccuję wam, że po wakacjach przyjdę znowu 
do was 1. wszys
ko wam dokładnie opowiem. A jestem pewny, że 
będę mmł duzo do powiedzcnia. Wtedy też może powiem ci 
kawalcr
e, kto zabił Twojego dziadka, ale musisz mi wszystko 
dokład
11e.opowic
ieć. Zgoda? - zapytał jakiegoś anonimowego 

alc
 1 me czekając na odpowiedź mówił dalcj: - Mogę was 
jedY
Ie. 
craz z.apewnić, że ja tego Niemca nie mogę ani zabić ani 
powles
c.. Mmm zadaniem jest ujawnić i udowodnić mu jego 
zb
odnię l p
estępstwa, jakich się dopuścił, a sądzić go będzie sąd, 
ktory ustah jego winę i wymierzy mu karę, na jaką zasłużył. Do 
teg? 
za
u bę
zie on siedział w więzieniu. Bądźcie więc spokojni, 
on jUZ mgdy mkogo nie zabije ani nikomu nic złego nie zrobi. 
Szmer znowu przeleciał przez salę. Major mówił dalej. 
.. - Mus
ę wa
l jednak powiedzieć rzecz bardzo przykrą. 
Otoz wczoraj musIałem aresztować, a właściwie zabrać z 
poprawczaka na szczegółowc przesłuchania, ucznia waszej szkoły... 
- Usuwam go natychmiast ze szkoły! Nie trzeba nam 
bandytów i chuliganów! - wrzeszczał kierownik - Kto to taki? 
Kto? - wykrzykiwał. 
- Balon! BaJon! - stłumiony szept przeleciał przez salę. 
- Słys
 pan - powiedział Rylski - młodzież go sama 
nazwała. :- ! mc patrząc na kierownika, zwrócił się bezpośrednio 
do mlodzlezy: - Mam prośbę do kolegów Balona. Jeszcze dzisiaj, 


po Ickcjach, chciałbym rozmawiać z tymi z was, którzy należeli do 
szajki BaJona. Mam nadzieję, że są oni na sali i zechcą z mojej 
prośby skorzystać. Uprzedzam chłopcy, żc ta rozmowa jest 
konieczna i dopiero po niej będziecie mogli wyjechać z Drawska 
na wakacje. 
_ Podszedł do stołu, otworzył swoją raportówkę. 
_ Komendant wojewódzki naszej milicji - zaczął 
uroczyście - ufundował dla naszych bohaterów nagrody i dyplomy. 
Niech one przynajmniej w niewielkim stopniu wyrażą naszą 
wdzięczność dla tych, którzy - powtarzam to jeszcze raz - 
przyczynili się do odzyskania niezwykle cennej kolekcji dzieł sztuki 
i zabytkowej biżuterii oraz umożliwili nam zdobycie ogromnego 
archiwum niemieckich dokumentów z czasów okupacji, 
dotyczących właśnie Pomorza Zachodniego. 
_ Dziękujemy, dziękujemy panie major. Brawo dla pana 
komendanta - zawołał nagle kierownik. 
Uderzał w dłonie szybko, energicznie, wyćwiczonym 
ruchem, z nonszalancją, jakby od niechcenia, z grymasem na twarzy. 
Dłuższy czas uparcie klaskał sam, coraz głośniej i natarczywiej, 
potem z paroma nauczycielami, wreszcie cała sala zatrzęsła się od 
oklasków. 
_ Ależ panie kierowniku - żachnął się major - 
rozumiem, że są to oklaski nie dla mnie, aJe dJa naszych bohaterów 
i ich nauczycieli. 
_ A po co im tam panie oklaski - zawołał kierownik. - 
Oklaski są nie dla takich jak oni. 
Pani Kowalska podeszła do majora. 
_ Jestem wychowawczynią tych chłopców, chętnie panu 
pomogę. 
_ Ależ tak, z przyjemnością - Rylski odetclmął z ulgą. 
Podał jej dyplom w sztywnych, czerwonych okładkach, z 
wytłoczonym orłem na środku. Pani odczytała tekst pisma 
gratulacyjnego. Triumfalnie szeleściły śnieżno-białe kartki 
papicru, krzyczała ogromna pieczęć, gnał przede mną zamaszysty 
podpis komendanta, czerwone okładki wyfruwały pod sufit, 
otwierały drogę dziecięcej sławie. 


l72 


173
		

/88.djvu

			Szedłem jak nie na swoich nogach, jakbym miał je 
poskładane z drewnianych klocków, rozsypujących się za każdym 
krokiem, stopy zostawały w tyle, kolana uciekały do przodu, tułów 
rwał gdzieś do góry. Gdzie jestem? Szum w głowie, narastający, 
olbrzymi. Idę przez rozkrzyczany, wiwatujący stadion, wśród tysięcy 
okrzyków, białych śmigów gołębi, podniebnych wyrzutów rąk, 
migotliwych rozbryzgów słońca, uskrzydlonych pieśnią... Widzę 
tylko ją, Chłopaczarę, stoi na końcu mojej tryumfalnej drogi, 
łopotem flag imię moje powtarza, dłonią jak chusteczką powiewa, 
trzyma w ręku rower, wymarzony rower, oddaje mi go, siada na 
ramę, patrzy mi w oczy głęboko, wjeżdżamy w słoneczny blask, 
rundą honorową jak złocistą wstęgą okręcamy stadion. 
Major mocno ścisnął mi dłoń, łagodnym głosem przywrócił 
mnie światu. 
- Niech cię, Andrzeju, rower ten po pomorskiej ziemi 


do pierwszego rzędu młodzieży - chciałabym się dzisiaj podzielić 
z wami niezwykle miła wiadomością. Otóż rozstrzygnięty został w 
Koszalinie, z okazji zakończenia roku szkolnego, międzyszkolny 
konkurs malarsko-rzeźbiarski dla uczniów szkół podstawowych 
naszego województwa. I właśnie Jerzyk z naszej szkoły zdobył na 
nim pierwsze miejsce za rzeźbę, którą sam nazwał Chłopaczara. 
W nagrodę już w czasie tych wakacji pojedzie na specjałny plener 
rzeźbiarski do Zakopanego... 
Grzmot żywiołowych oklasków przeleciał przez salę 
gimnastyczną. 
- A teraz - pani Kowalska odsłoniła zakryte harcerską 
pałatką trzy wielkie, obłożone trocinami i lodem bańki - pan 
Szałamacha funduje wszystkim lody. 
_ Ooooo! - zakotłowało się w sali gimnastycznej. 
_ Dostałiśmy pierwsi podwójne porcje. Major Rylski też. 
Smakowały wyśmienicie. Wyszliśmy przed szkołę. Chłopaki otoczyli 
rowery ciasną gromadą. 
- Mieć taki - wzdychał któryś z nieukrywaną zazdrością. 
- Pewnie, Królak nawet takiego nie ma! 
- Na Wyścig Pokoju bym takim pojechał. 
- Stówę na godzinę bym nim wyciągnął - przechwalał 
się jakiś pierwszoklasista. 
Nagle Danek złapał się za glowę. 
- Mam pomysł chłopaki! - zawołał. - Dziadek Tudrej 
opowiadał nam, pamiętacie, że w kawalerii były plutony kolarzy. 
Może i my założyłibyśmy jakąś drużynę kolarską. Mamy przecież 
takie fajne rowery. 
_ Pewnie! Moglibyśmy nimi na wycieczki po całym 
Pomorzu jeździć. 
- Albo przejechać na rowerach cały szlak Warszawskiej 
Brygady Kawalerii - rozmarzył się Ziutek. 
_ Czemu nie! - Mirek aż poderwał swój rower do góry. 
_ Ale najpierw mam inny pomysł chłopaki. Weźmy udział w 
wyścigu na koniec roku szkolnego, no w tym, co robi brat Danka, 
Zenuś. 
Major Rylski spojrzał na mnie, uśmiechnął się 


wozi. 


Chwyciłem rower za kierownicę. Był mój, naprawdę mój. 
Prawdziwa półwyścigówka, wymarzona od dawna, wyśniona po 
nocach. Pachniała świeżą farbą, chłodziła metalem, lśniła 
obręczami kół, urealniała się marzeniami migocących w słońcu 
szprych, otwierała drogę dalekim wędrówkom przez wyobraźnię, 
tykaniem przekładni powtarzała echo wakacyjnych przygód, 
szałeńczych jazd wśród leśnych dróg i łąkowych ścieżek. 
Z tych podniebnych uniesień wyrwał mnie głos majora 
Rylskiego. 
- Nie są to wszystkie nagrody - powiedział major. - 
Mam również upominki dla Oli i Kasi, z którymi wprawdzie niezbyt 
chętnie współpracowali nasi bohaterowie, ale bez których 
dramatycznych przygód nie udałoby mi się tak szybko rozwikłać 
całej tej sprawy. No i mam upominek dla Gawrosza, przepraszam 
Jurka Napiórskiego, którego wręcz zwiadowcza dociekliwość 
wszystkim jego kolegom jest powszechnie znana. Oto są dla nich 
zegarki. 
Pani Kowalska zwróciła się do kierownika szkoły. Coś mu 
szepnęła do ucha. Kiwnął przytakująco głową. 
Z prawdziwą przyjemnością i ja - pani Kowałska podeszła 


174 


175
		

/89.djvu

			porozumiewawczo. 
- To dobry pomysł, chłopcy - powiedział zachęcająco. - 
Mam nadzieję, że ktoś z was w nim na pewno zwycięży. No i 
zwycięzca nie będzie musiał udzielać nikomu żadnych wywiadów 
- zakończył wesoło, niezręcznie mrugając do mnie. 
- Tak! Tak! - wołaliśmy jeden przez drugiego. - Tylko 
niech pan pogada z Dziadkiem Tudrejem, on musi nam na to 
pozwolić. 
- Dobrze - zgodził się major. 
- Proszę pana - zaniepokoił się niespodziewanie Ziutek 
- a dlaczego nie zaprosił pan na dzisiejsze spotkanie pana Jędrzcja 
zBorujska. 
- Zapraszałem go, namawiałem nawet, i to bardzo. Ale 
dzisiaj jest jakieś wielkie polowanie i pan Jędrzej postanowił sam 
wszystkiego dopilnować, żeby mu nie tej, co trzeba, jacyś zbyt 
zacietrzewieni myśliwi, zwierzyny nie upolowali. Nie mówilem o 
tym .na sali, bo pan Jędrzej prosił, żeby o nim wcale nie wspominać. 
Moze to i lepiej dla śledztwa, które prowadzę. Nie o wszystkim 
można tak od razu mówić. Ale wam mogę zaufać. Otóż po mojej 
wczorajszej wizycie u ciebie w domu Andrzeju, uprzedziliśmy 
leśnika o zamiarze Rudego Szkopa, prosząc jednocześnie pana 
Jędrzeja, żeby po prostu dyskretnie opuścił swój dom, oczywiście 
pod naszą opieką. Uznałem, że tak będzie bezpieczniej, gdyż 
wyeliminuje to niebezpieczeństwo zagrażające panu Jędrzejowi, a 
nam na pewno pozwoli zetknąć się z Rudym Szkopem, którego, 
jak wiecie, bezskutecznie poszukiwaliśmy. Rudy Szkop rzeczywiście 
zjawił się u leśnika wieczorem. Nie zastawszy go w leśniczówce, 
czekał nawet na niego, w końcu jednak zrezygnował, podpalając 
zabudowania Jędrzeja. Na taką ewentualność byliśmy 
przygotowani, łącznie ze strażą pożarną. Dlatego po jego odejściu 
szybko ugasiliśmy ogień, a na wszelki wypadek, żeby Szkop niczego 
się nie domyślił, podpaliliśmy stertę słomy, symulując trwający dalej 
pożar. Oczywiście, nie spuszczaliśmy już Niemca z oczu, idąc trop 
w trop za nim, a pilnowało go aż pięciu moich ludzi. 
- Aż pięciu? - zdziwił się Danck. 
- Tak - odpowiedział spokojnie major. - Musiałem mieć 


pewność, że Rudy Szkop nam nie ucieknie. To raz. Po drugie bardzo 
zależało nam na jego kontaktach, co zrobi po powrocie od 
leśniczego, do kogo pójdzie i tak dałcj. By/o też dla mnie oczywiste, 
że w najbardziej dogodnym momencie dla nas należało aresztować 
Rudego Szkopa, zwlaszcza że odgrażał się, że pół Drawska wysadzi 
w powietrze. Nie mogliśmy też wpuścić go do piwnic pod gruzami. 
Gdyby doszlo do jakiejś strzelaniny, aż strach pomyśleć, co mogloby 
się wtedy stać. Aresztowanie nastąpiło więc w chwili, gdy Rudy 
Szkop z dwoma innymi mężczyznami próbował w nocy dostać się 
do wspomnianych już gruzów. Interesuje was zapewne, skąd ja 
znałem drogę do piwnic. Od Balona. Podczas naszej rozmowy 
powiedziałeś mi Andrzeju, że w czasie bójki z szajką Balona, pytał 
on ciebie o pożar w stodole. No i Gawrosz powiedział mi, że Balon 
coś kopie na gruzach. Wybrałem się więc do Balona do popraw- 
czaka, gdzie został umieszczony po napadzie na Chłopaczarę. I to 
w samą porę, bo właśnie Balon zamierzał ptysnąć stamtąd na 
umówione spotkanie z Rudym Szkopem w Kołobrzegu. Balon, co 
tu mówić, puścił farbę i właściwie wszystko mi opowiedział, a przede 
wszystkim pokazał mi drogę do piwnic, gdzie wcześniej sam już 
był, i gdzie - jak twierdził - nic ciekawego nic znalazł. A przecież 
mówilem wam już, co tam znaleźliśmy. A co działo się dalej, już po 
aresztowaniu Rudego Szkopa? - major rozgadał się, sam sobie 
zadawał pytania i sam na nie odpowiadał, a że mówił bardzo 
ciekawie, słuchaliśmy go z zapartym tchem. - Otóż wszystko 
potoczyło się szybko i sprawnie. Walukowa przyjechała do 
Kolobrzegu i tam, gdy czekała u owego Willego na swego kochanka, 
została razem z tymże Willim aresztowana. Nie udało nam się 
natomiast zatrzymać Studenta. To cwana sztuka - uśmiechm,ł się 
major. - Zrobił nam niezlego psikusa. Gdy tylko zorientował się, 
że coś nie tak dzieje się wokół niego, jeszcze tej samej nocy wypuścił 
Kaśkę, i jak to się mówi, dał nogę nie wiadomo gdzie. Gdy moi 
ludzie zjawili się u niego na melinie, gdzie się ukrywał, zamiast 
Studenta, w łóżku leżał manekin krawiecki pana Szczygła, który 
zginął mu dzień wcześniej i za kradzież którego Szczygieł rabanu i 
gwałtu na całe Drawsko narobi!. 
Major śmiał się z nami serdecznie, wesoło. W końcu 


176 


177
		

/90.djvu

			powiedział poważnie: 
- Na plus Studentowi mogę zaliczyć i to, że nic skrzywdził 
Kasi i że po dżentelmeńsku z nią postępowa!. Muszę też powiedzieć, 
że gdyby nie Gawrosz, nigdy nie znaleźlibyśmy kryjówki Studenta. 
I chociaż nam uciekł, myślę, że dla mnie to nie stracona sprawa, 
wiełe jest bowiem jeszcze do wyjaśnienia, a tcgo bez udziału 
Studenta na pewno nie uda mi się zrobić. Na przykład, dlaczego 
J uran, bo on - stwierdziłem to - został zamordowany w stodole, 
dobrowolnie przyjechał z Rudym Szkopem do Drawska, a może 
Rudy Szkop czymś go szantażował? Co ich łączylo? Kim jest 
naprawdę Walukowa? Kto jeszcze pomagał Rudcmu Szkopowi? 
Po co mu były dwie zakładniczki? W którym momcncie i gdzie? 
Rozwikłując te i inne zagadki, mam nadzieję, że przy waszej 
pomocy, może uda mi się któregoś dnia szczęśliwie spotkać i ze 
Studentem, zwłaszcza że czas najwyższy byłoby zainteresować się 
jego niezbyt sympatycznymi koleżkami. 
- A Chłopaczara. no Ola - poprawiłem się. - Czy była 
z Walukową w Kołobrzegu? - zapytałem z wypiekami na twarzy. 
Major udał, że rumieńców moich nie widzi. 
- Na szczęście nie - położył mi dłoń na ramieniu. - Z 
Olą mieliśmy największy kłopot. Groziło jej bowiem wielkie 
niebezpieczeństwo, które stwarzało nam szansę dotarcia do wielu 
ogniw całej tej sprawy. Dlatego bardzo długo zastanawiałem się, 
czy pozwolić Walukowej "porwać" Olę do Kołobrzegu. Nie 
chciałem przecież budzić w Walukowej chociażby naj mniejszego 
podejrzenia. A ryzyko było naprawdę zbyt duże. Ta wycieczka 
mogłaby skończyć się dła Oli tragicznie. Obmyśliłem więc wszystko 
w szczegółach. Byłem nawet skłonny, żeby Ola pojechała do 
Kołobrzegu, uzyskałem nawet zgodę jej mamy, gwarantując 
oczywiście waszej koleżance pełne bezpieczeństwo, zwłaszcza że 
w dniu wyjazdu Rudy Szkop siedział już u uas pod kluczem i 
przynajmniej z jego strony nie groziło już nikomu żadne 
niebezpieczeństwo. Nam zaś zależało na tym, żeby tropiąc nie nie 
podejrzewającą Walukową ustałić, do kogo ona pójdzie w 
Kołobrzegu, w jakie trafi miejsce, co zrobi ów tajemniczy Willi... 
Ale ku memu zaskoczeniu Walukowa pojechała do Kołobrzegu 


bez Oli, celowo jej nic zabierając, czym poważnic naraziłaby się 
swojemu kochankowi. Jest to bardzo poważna okoliczność 
łagodząca ocenę jej postępowania. A Chłopaczara ? - uśmicchnął 
się. - Dlaczego wy ją chłopcy tak nazywacie? - zapytał i nie czekając 
na odpowiedź powiedział: - Przecież to naprawdę bardzo dzielna 
i niepodobna do chłopaków dziewczyna. A jaka dyskretna? Wy 
jako doskonali znawcy kobiet w jej wieku, a przede wszystkim jako 
kawalerzyści w szacunku do kobiet wychowani, na pewno 
przyznacie mi rację, że jest to rzadko spotykana cecha charakteru 
wśród osobników płci pięknej nie tylko naszego szanownego miasta 
- zakończył wesoło. I zaraz dodał, łapiąc się sztucznie za głowQ i 
spoglądając na zegarek. 
- Ach! Byłbym zapomnia!. Przecież miełiśmy być już u 
Jerzyka. 
- U Jerzyka? - zdziwiłiśmy się. 
- Zapomniałem zupełnie? - biadołił major. - Nie 
powiedziałem wam o tym! Zabudźko ze mnie! Przecież od rana 
Jerzyk jest już w szpitalu w Drawsku i to pod opieką samego doktora 
Wysockiego. 
- Huraaa! - wrzasnęliśmy radośnie. 
Coś szarpnęło się we mnie, urwało, spadało w dół, leciało 
przez serce i duszę. 
Major podszedł do mnie i objął mnie mocno ramieniem. 
- Wiem, o czym myślisz. Bądź jeszcze cierpliwy Andrzcju. 
Tato twój wróci. Nie ma już żadnych powodów, żeby dalej trzymać 
go w więzieniu. Obiecałem ci to i słowa dotrzymam. 
Wskoczył pierwszy na rower Jerzyka. Ruszyliśmy za nim. 
Przed szkolną furtką stał Dziadek Tudrej. 
- Spotykamy się pojutrze na Świętojańskiej Nocy. 
Wszyscy. To rozkaz chłopcy. Pan też majorze - rozkazał. 
- Tak jest! - służbiście zameldował major, nacisnął 
mocno pedały. Mknęliśmy za nim w milczeniu. 


178 


179
		

/91.djvu

			19. 


nagle ni w pięć ni w dziesięć i znowu wydalem się sobie taki 
śmieszny, inny, jakbym stąd już dąwno wyjechal i szedl z nią po 
innej drodze, w innym świecie, nad inną rzeką. 
Nie odpowiedziała. Pogoniła wzrokiem za jaskółką, 
patrzyła za horyzont zaczerniony lasem, w zieloną dal, w)askółk
 
na wędrownym niebie, w błękit. Urwałem stokrotkę, włozyłem Jej 
do bukietu. Otworzyła szeroko oczy, uśmiechnęła się, i było jej z 
tym uśmiechem tak pięknie, jak nigdy dotąd. 
Doszliśmy do Drawy, usiedliśmy bez słowa na brzegu, 
wpatrując się w wodę. Uskubnąłem źdźbło trawy, milimetr po 
milimetrze miażdżyłem go w zębach. Było słodkie, rozpływało się 
w ustach. 
Siedzieliśmy na grzbiecie zakrętu, słollce świeciło nam w 
twarz, brzeg był stromy, porośnięty trzciną, uciekał w głąb ląki. 
Łagodne zejście prowadziło na złotawą mieliznę, biegnącą aż do 
następnego zakola, ocienionego wierzbami. 
Kąpaliśmy się tutaj zawsze, ale tylko z chłopakami. 
Siedzieliśmy ciągle w milczeniu, ja z trawą w ustach, ona 
wpatrzona w wodę, obserwując jak stado kiełbików uwija się po 
piaszczystym dnie. Kącikiem oczu patrzyliśmy na siebie, płosząc 
wzrok, gdy źrenice nasze spotkały się ze sobą. 
Chłopaczara przechyliła głowę do tyłu. Patrzyła w górę, w 
słońce. Nie poruszyłem się, gdy prostując plecy, oparła rękę o 
ziemie i niby przypadkowo położyła dłoń swoją na mojej. 
Znieruchomiałem. Bałem się nawet nogą poruszyć, przestraszony 
bardziej siebie niż jej, czujny i onieśmielony zarazem. 
Wsłuchiwałem się w jej ruchy i oddech, w siebie się wsłuchiwałem, 
nie chciałem jej spłoszyć, pragnąłem bardzo, źcby już tak zawsze 
dłoń moją w swojej dłoni trzymała. Widziałem jej nogi, długie, 
opalone, smukłe, bardziej okrągłe, pulchniejsze niż moje
 z 
siniakami na udach i łydkach, machała nimi bez przerwy, uderzając 
o porozbijane kolana. Nigdy nie myślałem, że dziewczyna może 
mieć inne nogi niż chłopiec. 
- Co robisz na wakacjach? - spytała. 
- Nie wiem - wzruszyłem ramionami. 
Kłamałem. Wiedziałem, gdzie będę spędzał wakacje. W 


Szedłem nad Drawę, coś mnie tam gnało, coś bardzo 
bolesnego, przygnębiającego. Tato nie wracał, Jerzyk ciągle leżał 
w szpitalu. 
Wtedy spotkałem Chłopaczarę. Szła naprzeciwko mnie. 
Nie, ona nie szła, ona płynęła ku mnie rzeką, otwierała się słońcem, 
ukwiecała łąką, powtarzała niebem, unosiła się lekko nad ziemią 
jak powiew wiatru pachnący mchem i tatarakiem, bukiet polnych 
kwiatów niosła przed sobą, rozglądała się dookoła, jakby specjalnie 
na mnic czekała, jakby tylko mnie chciała tu spotkać. 
Była piękna, piękniejsza niż jabłoniowy sad, ukwiecona 
bielą mojej wyobraźni, lekka jak świt, nieuchwytna jak lot jaskółki 
na wysokim niebie. 
- Dam jej piękniejszy bukiet - pomyślałem. Ale nie 
zrobiłem nic, słowa nie wypowiedziałem, źdźbła trawy nie tknąłem, 
stałem tylko przy niej, z nogi na nogę przestępowałem, 
wpatrywałem się w nią jak wół w malowane wrota. 
- Gdzie idziesz? - spytała, chociaż wiedziała, że idę nad 
rzekę, bo tędy można było dojść tylko nad Drawę. 
- A gdzie ty? - szepnąłem i wydałem się sobie taki 
śmlCszny i zagubiony, jakhym tu był pierwszy raz i nie wiedział, 
gdzie jestem. Najchętniej bym teraz stąd uciekł, biegł gdzies jak 
szalony, rwał przez trawy i zboża, jak naj dalej stąd, żeby tylko nie 
stać przed nią, nie być taki śmieszny, bezradny, onieśmielony. 
- Jak chcesz, to pójdę z tobą? - powiedziała, zamigotały 
w słońcu jej oczy, zerwała jakiś kwiat, włożyła go do bukietu. 
Wydała mi si« jeszcze piękniejsza, jakby z książki tu przyszła 
albo z filmu jakiegoś, dziewczęca, zupełnie inna niż wszystkie 
dziewczyny na świecie, taka mi bliska, bliższa nawet niż Jerzyk, 
ważniejsza niż całe koszary. Chciałem jej to powiedzieć, koniecznie 
powiedzieć, ale nie odezwałem się znowu, szliśmy w milczeniu, 
skowronki śpiewały wysoko, znad rzeki nadlatywały jaskółki, 
skręcały przed nami w górę lub w bok, ginęły za łozinami. Pachniało 
dojrzałą ziemią, wilgocią szmerliwych traw, słonecznym blaskiem 
rozbieganych motylami łąk. 
- Chcesz, to pomogę ci zbierać kwiaty - powiedziałem 


180 


181
		

/92.djvu

			Chełmie, wspólnie z rodzicami, jeżeli tato wyjdzie z więzienia. Tak 
postanowila mama. Jeszcze wczoraj dumny byłem z takich wakacji. 
A teraz klamałem, bo chciałem być tylko z nią. Zrobiło mi się znowu 
tak smutno i ciężko, jakbym wlasną duszę gdzieś zgubił. Kogo 
bardziej żałowałem, siebie czy Chłopaczary? Żal ściskał mi serce, 
skamlał w piersiach jak pies, żal za koszarami, za Drawą, za 
jabłoniowym sadem. Ch/opaczara stawała się wszystkim. Oddałbym 
cały Chełm, siebie samego, rzekę i wiatr, niebo i ziemię, żeby nigdzie 
stąd nie wyjeżdżać, żeby być tylko z nią. Pochyliłem się nisko do 
ziemi, szukałem czegoś w trawie, głowę wsadziłem między kołana, 
żeby tyłko łez moich nie zobaczyła. Dłoń swoją w jej dloni 
trzymałem, ach, jak pragnąłem, aby jej już nigdy nie zabrała, nie 
odtrąciła na ziemię. 
- Chodź - wstała, nie puściła mej ręki, dmuchnięciem 
włosy znad czoła rozwiała. - Popływamy troszeczkę. 
Zerwałem się, jakby mi skrzydła urosły, łzy rękawem po 
kryjomu wytarłem. Spojrzała mi w oczy. RoześmiaJiśmy się 
swobodnie, wesoło, jakbyśmy nie byli tu sami. 
Rzuciłem ubranie w trawę, podciągnąłem kąpielówki pod 
brodę. Ona zdjęła sukienkę, była tylko w majteczkach, trochę za 
dużych, chyba po starszej siostrze, nie miała biustonosza, dwa białe 
miejsca, jak dwic niewielkie śnieżki z ciemnymi kropkami na 
środku, zafalowały na jej piersiach, poruszały się jej oddechem, 
drgały przy ruchu najmniejszym. 
- Nie patrz - powiedziala przekornie. 
Chlupnęliśmy radośnie do Drawy, nurkowaliśmy jak dwa 
dzikie bobry, skakaliśmy z rozpędu w wodę, tarzaliśmy się w niej, 
oblewali i wywracali, jakby ona nie była dziewczyną, jakby była 
Jerzykiem ałbo jakimś innym chłopakiem. 
Chłopaczara wyskoczyła na brzeg, rzuciła do wody swój 
bukiet, rozsypały się kwiaty po rzece szeroko, zawirowały na 
zakręcie, porwał jc prąd i poniósł daleko, obijały się o przybrzeźne 
trzciny, zaczepiały o wodorosty, krążyły na głębiami. 
Biegaliśmy wzdłuż brzegu, susząc się w słońcu, przeskakując 
z nogi na nogę, strząsając z siebie pcrliste krople wody. Soczysta, 
bujna trawa, niekoszona jeszcze w tym roku, wplątywala się w nogi, 


zaczepiala o palce, niedojrzałe kłosy pszenicy smagały napiętymi 
lodygami po piersiach i rękach, gdy w radosnym biegu wzdłuż 
miedzy zataczaliśmy się na zielony łan zboża. 
Nagle Chłopaczara syknęla z bółu, rękami chwyciła się za 
nogę, na drugiej skacząc niecierpliwie, cicrpki grymas wykrzywił 
jej twarz. Kolec tarniny siedzial jej w stopie. Unosila ją wysoko, 
pokazywala mi z figlarnym uśmieszkiem na ustach. 
_ Wyjmij! - powiedziała i podsunęła mi stopę pod nos. 
Złapała mnie za ramię, przyciągnęła do siebie. Szarpnąłem 
kolec zębami, trysnęła krew. Chłopaczara objęła mnie za szyję, 
niemo patrzyla mi w oczy, powoli ściągała mnie na siebie. Oparłem 
się mocno rękami o trawę, chłodna była, miękka i delikatna jak 
puch, wilgotna jak rozkopany mech. Zaparłem się w 
iemię. 
Chłopaczara ujęła moją dłoń, położyła ją na swojej piersI. Ręka 
moja zastygła w bezruchu, wypełniona małym ciepłym kształtem z 
chropawym pypkiem po środku. WisiaJem nad nią ciężarem swego 
ciała, opierając się tylko na jednej ręce. Wyszarpnęła mi ją, upadłem 
na jej twardy, napięty brzuch, od razu zsunąłem się w trawę. Wzięła 
mnie znowu za rękę, spychała ją w dół, musnąłem palcami jej pępek, 
dotknąłem skóry pod majtkami. Czekałem. Chłopaczara wyprężyla 
się, zarzuciła mi ręce na szyję, rzuciło ją najpierw biodrami w górę, 
później w dół, dłoń moja ześlizgnęła się w coś bardzo splątanego, 
klębiastego jak gniazdko, palcc trafil na niewielki rowek, zsuwał 
się niżej i głębiej, aż zapadł się znowu w coś cicpłego i wilgotnego. 
Syciłem się jego ciepłem. Chłopaczara zajęczała cichutko
 
zaskomlała serdecznie, wyszeptała moje imię. Mokre wargi 
przylgnęły do moich ust, rozchyliły się jak wiosenne kwiaty w 
jabłoniowym sadzic, zaplonęły świtem, zapachniały łąką, 
zaszumiały lasem, pękami pelargonii wybuchały we mnie, niebo w 
nich błękitniało, rozjaśniała się ciemność, a słońce i księżyc blask 

wój połączyływwiefki horal ciszy, który tęczą srebrnej rzeki, biciem 
mego serca, kolorami wybaśnionej zorzy, najczystszym 
przywołaniem echa płonął w naszych oczach, smakiem dzieciństwa 


 . . 
Zerwałem się jak oparzony. Ch/opaczara spojrzała na mme 
z wyrzutem, nie odezwała się, w jej niebieskich oczach, 


182 


183
		

/93.djvu

			rozszerzonych, błądzących daleko w błękicie, widać bylo smutek i 
nienasycenie, pragnienie wiosny i lata upalnego pełnię, nieme jak 
klucz żurawi na samotnym niebie. 
Wracaliśmy w milczeniu, ona szła pierwsza, ja za nią. Nie 
rozmawialiśmy ze sobą. Krzyczał we mnie jabłoniowy sad, szalała 
czerwcowa burza, biły Jamrozowe dzwony. Szliśmy przez łąkę, 
wzdłuż pszenicznego łanu. Strumyk biegł tędy do Drawy, szmerem 
srebrnej wody bose stopy owiewał. Wierzby ustępowały nam z drogi, 
łąka zaścielała ziemię dywanem trawy i motyli, chabry granatowymi 
klejnotami upiększały zboże. Zrównałem się z Chlopaczarą. 
Dotknąłem jej ręki. Białe lilie pną się do słońca, kłaniają się jej w 
milczeniu, niepojętą ciszą otulają świat, przenikają we mnie aż do 
bólu dalekiego świtu, echem czerwcowego krzyku wybuchają w 
piersi. Ale Chłopaczara tego nie widzi i nie słyszy. Jest piękniejsza 
niż wszystkie chabry w zbożu, biały gołąb na niebie, niż powiew 
wiatru nad dojrzałą łąką, ukwieconym polem. 
Chłopaczara odwróciła się do mnie, oczy miała błękitne, 
wesołe, w wędrownych gwiazdach odbite. 
- Wiesz - powiedziała - chciałabym zostać nauczycielką. 
Taką jak pani Kowalska. A ty? 
- Nie wiem - szepnąłem. I wszystkie słowa znowu uciekły 
ode mnie. Nigdy nad tym się nie zastanawiałem. Kiedyś chciałem 
być strażakiem, traktorzystą, marynarzem, ułanem... Ale żeby tak 
naprawdę o czymś takim już myśleć? 
- A ja wiem - stwierdziła stanowczo. - Rozmawiałam 
o tym z panią Kowalską. Skończę kiedyś studia w Szczecinie. Wtedy 
wrócę do Drawska. Pani Kowalska pójdzie na emeryturę. Będę 
uczyć jak ona. 
Patrzyła mi w oczy daleko, głęboko. Zerwałem kilka 
polnych, łąkowych kwiatów. 
- To dla ciebie, Olu. 
Uśmiechnęła się stokrotkami, przytuliła kwiaty mocno do 
twarzy. 
- Pójdziemy jutro do kina? - zapytała. 
Zaniemówiłem. Dochodziliśmy do jej domu. Iść z nią do 
kina! Bez chłopaków! Tylko z nią! Strach przed kumplami odebrał 


mi glos. Zobaczyłem drwiące ich twarze, lekceważące mach
ięc
a 
rąk, pukanie się w czoło, porozumiewawcze szturchame s
ę 
łokciami, wyszydzające spojrzenia. Ola patrzyła 
a m
l
 
wyczekująco, z pobłażliwym uśmiechem. Zrobila ruch, Jakby JUz 
chciała odejść do domu, zostawić mnie tutaj samego. 
- Pójdziemy, Olu! - zawołałem. 
Zatrzasnęła mi furtkę przed nosem. Z ganku pomachała 
ręką na pożegnanie, zniknęła w drzwiach. . 
Stałem wpatrzony w jej dom. Nagłe, radosne szczekanIe 
Azy. Przemknęła obok, ocierając się o moje nogi. Spojrzałem za 
siebie. 
Z cienia stodół, wolno, jakby wracał z pracy, z miasta, z 
dalekiej podróży w nieznane, szedł ojciec. Mój ojciec wracał z 
więzienia. Słońce świeciło mu w twarz, mnie w plecy. Długi cień 
kładł się przed nim daleko, wchodził ciemną plamą w słoneczną 
drogę, znikał przed domem Oli. 
Patrzylem na ojca, stałem i patrzylem na swego ratę, nie 
podbiegłem do niego, nie machnąłem ręką na powitanie, nie 
krzyknąłem, nie zawołałem mamy, nic takiego nie zrobiłem, stałem 
tylko przy furtce Oli, na ojca patrzyłem, w swego ojca się 
wpatrywałem. 


BIBLIOTEK 
1 "DZK 


1! .
 
 2 ' ') O 
.u.. i:ił' t.
 ,ł t:.J 


184 


185
		

/94.djvu

			_ 
 -
 . 
. 

 "'"'lr '7'\: ""8 O.... 
= _ '." ./. c " j" 'I ,
I ': 

7' ,,
\,,: "'J1rht; 
 " KtA
 


:
'_ ..- ; ) 
I.y', 
i0
1\':.\(t
'[J 

._..'

,??
;;
 o_

/. 
 1 
 ''''/ 
 ' \\;.JP, ( 'I !}, o" 'x{ 
c' ,_ -\1. _."" - ,
./ ' 7 ' ,,\, f\1 l \ 0 o' 
_ 
 ' ' X' \ ' ", '\ I' \.:! 
f'.- . = '-- f, 
 /_r)'c, '}';'J
 I .:'
'. 
-' _" :''':
:-
.' 
 
:).L-;::
/ , '\ , ' / 1'
 l o f:, 
 !J:.t...\1 1 \ 
 
" 
,.-1j ' ,. Ą 'J', I łI!":
1 
 ' . 
_ . , ''''., . " I.' ,1 II' I 
 
 \" I 
_ ..' 
 _ -, / ,.,- .1.. ., , 
 +
/ \', 

 
 ' ,_, 
 1 H.. , ';' iii:' " '" - , ,.. c - 
.,
__4 _', _ lo ,! Ivg .,,,.,. ' ,'
 
v: 
", l. ' 
...... . .;,

"_ 'r - '. 
f '--(;./ ',,/..,',,' 'oJ: 
 ,\' 
 < I 
I ." I ' , , ;,10, I" .,,, 
___ p
 

 ..; '1\', 
- 
,f'!' .,'-: 'J' J<, 1 
- . I ! "

 ", 
 o"" \\ " , ,;tIp' ":
\,'., 
........ . <"':" ' "':', 
 J. \ "'
 I,
' ,). > 1/ I
 
rJ' 
" , , _ .. ; '. .. \ "r
' 
, , 
, ,/ ..,p_ . _ 

. " 
. 1 \ 
"',,;} --:",,'i
it ,(;,";
 . :i 
,: '.J 'ij'..v-"-' 
 . \ 
. _' o ."
 <. :
c':t!:' .../ ." ' 
. /iiiii 

" _
_l""" (" 
 ", 
"f'" . 

. " 

 /t, " 
I 
 II -, _ r .' A " 
f' ' " .:_
 - Y' 
,. '! " ' 
J
 
t:..

 : < ,
 
1{;l,l-- ," ""tAI l, j I 

J'
ł'f'
 1/ 
 


fJ 
f
. -; 'J .ł 
f'1
)=
 ,--:\
'L 
'4'. .
 t. 
;
. :>trJ j ;...".;c'f'.'m.....:' , 

..sr
:;' . ,,' iliiili.
 
.....
, o, ,." / Ch 004311 
.-_ /' I' 
'. - /" , . 
... ./ ....... -