/01.djvu

			Nr 17-(1,634) 


26 kwietnia 1907 


-1- 
-I: 


IESIADA LITERAC A 


.' 
 
'!f. ,''''''' ,........
. ' r
'"'''''''' ......,. ,... 1/i!...."mB 1111' mftllmlllllM 1111 


I 
I 


',,"lO 
.. ..... re.,
*
 ,jt
""1I 

:
 _", 
'.. ..fi '" ." f;""" '" 
I

 :'" - , p:
 
'" J 


' j 
I; 


,,,.!!Y_. 



;.,:., 


I ,;u..' ,t, 
"ll\ 
! 
 
I ' j':; ,aj 
'
 ,.s." .' ," l\,
III' 
il
i
IJI!I! ,,'
. 

_ e"' 3". 
;;"
:':S!{.:;
 , 
:;JI; -.-Ą; F- J . 
f ' r- ;. 
'-
, ;.."" "'IJ',j_ 
F_-
 - .-
 
f 
 
.! 


H. Ryland. 


lWI _IIIIUIIIIIIINIIII, 1IIIIIIIIIIIIIJlill II'JllIIIIIIIIIIIIIIII,IUlllllllllllllllrllw},.fPItlPHlfI'f/JI""'!i/I"'IIIIWIIIII 


I f'I:' . 
l:
: '
 '

 . __I
'JIII
I
lIlll
!I
I
I
 
,,:'WI 
)
:i",
;i:
::';

'; :,::I'I
(
:
:
 

 'I" "',1.' "
' '--
1iiJII! 
;I
':
 


:"I"I . 
,
. .., ..J;-ł">:7.!.t:, 
./Alf \ . 
t
l/

 
 l 


iW
;,t

:! 1 


)b. 


. 

.. 


.)1 .'..f. ,1 
>

 \ 'III;
' J liii/liII I I 
;j' j 
,.;1; I 
;£f,i I 1 I 
.;;j,\
1 I '..,I ",'II 11111.1111111 "II 


W RÓŻ K A lVI O R Z A. 


ii 



I 


'II 
""
 
'"""I.", m.r
 

., r.. 
 
I!..
",... (.
: 
!/ ' 


.f l"
::' "
': . 
 
ItI' Jr6:.:
_"'il _ 
"""'.I,
 -", 


"-:::'IIIIiJl'l'lll'il\l 
-- - -.JIIJI' 
,.,\ 


..!:...- 
 -"
 

..;;
 .:
 1_ 



 \
 
, ,i p,
- 
Ff::
' '--<: 
I ,p ,
'f. 
 
£>.. 
1Jf 
 
;
'oq-- 



 


CL 


IIIJ 



 
o 
cL 

 


Illll 


!I 
!!I 


"! 



 
;{ 


'- 


---.. 



 

 
O 


. ....
		

/02.djvu

			Z WARSZAWY 


W połowie listopada 1905 r., warszawskie Towarzy- 
stwo Dobroczynności otrzymało podanie następującej 
treści: 
"Do Towarzystwa, powstałego z funduszów, złożo- 
nych przez wszystkie prowincye dawnej Polski, my, ni- 
żej podpisani, w imieniu kolegów i swojem, zanosimy 
prośbę o danie przytułku tym syberyjczykom i emigran- 
tom z r. 1863, którzy, sterani przejściem i wiekiem, nie 
mają już sił do pracy i pozostają w potrzebie." 
Odezwę tę podpisało dwunastu uczestników ostatniego 
powstania, a mianowicie: Konstartty Sękowski, Jan Mas- 
salski, Jan Zdanowski, Ksawery Woyno, Edmund Wroński, 
. Maksymilian Malukiewicz, August Kręcki, Edward Wa- 
wrzynkiewicz, Ignacy Dubownik, Leon Junger, dr. S. 
Perkowski i Michał Górski. 
Z szeregu owych dwunastu weteranów walk naro- 
dowych, dwóch ostatnich powołał z tego świata apel 
Boży; ci jednak, którzy trwają na posterunku doczesnym, 
mimo, że Towarzystwo Dobroczynności nic w sprawie 
poruszonej przez nich nie uczyniło, raz powziętej myśli 
nie odstąpili i w dalszym ciągu o jej urzeczywistnienie 
zabiegają. 
Podobno prezes Towarzystwa przyrzekł zabiegom 
wiarusów z poci sztandarów Orła Białego i Pogoni po- 
parcie, projekt tedy założenia Schroniska dla weteranów 
z r. 1863 uzyskał pewne szanse urzeczywistnienia, tem- 
bardziej, że władze administracyjne nic przeciw niemu mieć 
nie mogą, ponieważ amnestya cesarza Aleksandra II znio- 
sła ostatecznie nieprawomyślność urzędową byłych po- 
wsta1i.ców. 
Wierzę w najlepsze chęci prezesa Towarzystwa Do- 
broczynności, będzie on się starał dotrzymać przyrzecze- 
nia, ale nie bez pomocy ze strony ogółu. Finanse To- 
warzystwa w ostatnim czasie znacznie podupadły, cho- 
ciaż, w stosunku do potrzeb, wzrostu nędzy we wszyst- 
kich kierunkach, powinny były podnieść się znacznie, 
ta zaś okoliczność naturalnie zaważy w sprawie utwo- 
rzenia Schroniska dla weteranów i wyznaczenia mu środ- 
ków utrzymania. Na ogół tedy spada nowy obowiązek, 
a byłoby źle, gdyby spełniony nie został. 
Rozmaicie mówi się i pisze o oshtnim ruchu naro- 
dowym: jedni go potępiają kategorycznie, jako krok po- 
litycznie fałszywy, szalony, z góry przeznaczony na upa- 
dek i skutki najfatalniejsze; inni, wręcz przeciwnie - po- 
dnoszą go i wysławiają, dowodząc, że był koniecznością. 
Gdyby fakta dziejowe i wogóle stosunki narodowo-spo- 
łeczne można wytwarzać i normować w taki sposób, jak 
chemik wytwarza w laboratoryum swojem związki che- 
miczne, wówczas potępienie pierwszych byłoby w zupeł- 
ności słusznem. Ale biegu rzeczy w świecie unormować 
ściśle niepodobna. Człowiek jest wielce ułomnym; uzna- 
je konieczność zasady dobra i sprawiedliwości, a gwałci 
te zasady przy każdej sposobności, jeśli nie zgadzają się 
z jego interesem osobistym, jeśli nie dogadzają jego ego- 
izmowi, jego samolubstwu. Stąd zamęt, chaos, powikła- 
nia najdziwaczniejsze; stąd ucisk, cierpienie, nędza i zbro- 
dnia. 
A każda akcya wywołuje reakcyę - prawo zaś to 
przyrodnicze znajduje zastosowanie wszędzie, więci w sto- 
sunkach społeczno - narodowych. Ucisk, jako w treści 
swojej niesprawiedliwy, przeciwny naturze, wywołuje ze 


strony ciemiężonej protest, który' się wzmaga, a w końcu 
wybucha szaleństwem i rozpaczą, jeżeli ucisk przekroczy 
granicę. Samoobrona to prawo natury, uznane i zatwier- 
dzone przez wszystkie prawodawstwa świata. Żaden 
kodeks nie karze człowieka za to, że staje w obronie 
swego życia i mienia, swych przywilejów przyrodzonych, 
które dla człowieka ucywilizowanego są skarbem najdro- 
ższym, relikwią. Wychodząc z tej zasady, ostatniego ruchu 
narodowego potępić niepodobna. Był on koniecznością, był 
musową reakcyą, wywołaną przez niesprawiedliwość. Za- 
brakło nam w piersiach tchu, doprowadzeni do rozpaczy, 
do szaleństwa, porwaliśmy się na krok bohaters
i... Li- 
czyliśmy na przyobiecaną pomoc z zewnątrz, na spółczu- 
cie... Nadzieje zawiodły, bohaterstwo nie wywalczyło nic, 
wybuch rozpaczy pociągnął za sobą morze krwi, łez 
i długie lata nowych udręczeń. To wszystko prawda- 
ale właśnie zważywszy, że ów wybuch, acz szalony, 
:J.iepolityczny, był skutkiem koniecznym ucisku, był pro- 
testem rozpaczy, przeciw pogwałceniu praw Boskich 
i ludzkich,-to zważywszy, nie możemy go potępiać żadną 
miarą, przeciwnie, musimy go uznać za czyn w wysokim 
stopniu heroiczny. Jeżeli zaś tak jest, to uczestnicy 
walk ostatniego ruchu narodowego mają wszelkie prawo 
do czci narodu, do wsparcia i opieki. Schronisko dla 
nich nie powinno być jałmużną, łaską, datkiem dłoni do- 
broczynnej, lecz zacnie, bohatersko wysłużoną nagrodą, 
wyrazem wdzięczności i poczucia obowiązku. 
Fundacya Schroniska, raz wyprowadzona na wido- 
wnię publiczną, nie ustąpi z niej, dopóki projekt urze- 
czywistnionym nie zostanie. Wszyscy mamy na ustach 
wyrazy: kraj, naród, oj0zyzna, wymawiamy je z zapałem 
i namaszczeniem, znaczenie ich uważamy za święte,- 
zdarza się sposobność . dowieść, że to nie komedya, że 
istotnie w sercach naszych piastujemy wzniosłe uczucia 
miłości ojczystej, miłości kraju i narodu, a także wszyst- 
kiego, co z dobrem kraju i narodu ma związek. Niech 
tedy wszyscy, co hasła narodowe głoszą, przyczynią się 
do fundacyi Schroniska, niech złożą datki, wedle zamo- 
żności swej, niezwłocznie. Maruderów w takiej sprawie 
być nie powinno i nie będzie. 
Do obowiązków narodowych również należy ochrona 
pamiątek przeszłości. Trzeba przyznać, że ten obowiązek 
traktujemy bardzo lekkomyślnie. Mnóstwo najszacowniej- 
szych zabytków przeszłości marnuje się u nas codziennie... 
Obronne zamczyska rozpadają się w gruzy, wspaniałe świą- 
tynie starożytne odnawia ręka nieudolna, zacierając ich wła- 
ściwą cechę, mnóstwo przedmiotów pierwszorzędnej war- 
tości archeologicznej zdobi muzea zagraniczne... A my... 
my biedamy nad tern i wciąż mówimy o konieczności 
utworzenia Towarzystwa Ochrony pamiątek narodowych. 
Jest tedy poczucie, ale dalekie od czynu. Tymczasem 
dzień każdy przynosi nową stratę. Świeżo korespondent 
z Płockiego do dzienników warszawskich przynosi wia- 
domość, że wkrótce przestanie istnieć wspaniały pałac 
i uroczy park w Bieżuniu, siedzibie niegdyś kanclerza 
Andrzeja Zamoyskiego, twórcy słynnego zbioru praw, 
jednego z pierwszych ziemian, który włościan oczynszo- 
wał, był dobroczyńcą mieszczan i chciał być dobrym, 
postępowym całego narodu prawodawcą. Zabytek ten- 
jak pisze korespondent-zaginie. Małomiasteczkowi afe- 
rzyści zakupioną rezydencyę na rozbiórkę, a park na 


322 


, . 


.1 
I 


r 


'.. 


, I 


wycięcie skazali. Od'Yieczne. s
palery, r:a sztucznej sa- 
dzone wyspie, pod ktorych cler:Iem obmyslano prze
 

O 
laty, jak zbliżyć do .siebie oddzlel??e ł;1urem pr
ywlleJow 
i przesądów stany, Jak z
pro
adzlc s
olne dla ,mch szkoły 
i sądy, jak podnieść, OŚWlat
 l. usunąc poddan
two;. 
t;I
 
letnie graby, pod ktorych Cieniem wypoc
ywah leglO?I
cl 
i powstańcy kilku pok
leń: padną wycięte na s
z
e. 
Wspaniałe salony, w, ktorych 
a
clerz ugas
czał naJswla- 
tlejszych swoich społpracowmkow, w. ktorych gor
ce 
rozprawy toczyli: podkanclerzy Joac
lm Chreptowlc
, 
biskup płocki Krzysztof Szembek, MICh.ał W ęgrzeckl, 
Józef Wybicki i inni spółredaktorzy zbawIennege prawo- 
dawstwa, - mury te, w których zaklęte są echa oświe- 
cenia narodu wkrótce cegła po cegle rozebrane zostaną 
i obrócone da budowę małomiejskich kramików. 
- Demokratyzacya-powiecie-nadmienia ironicznie 
korespondent.-Prze
zedł czas 'p
ła
ów i t:arków. Ni
e- 
lujący strychulec rowna ludzI I ruszczy ICh z
bytkl.- 
Rzuciwszy zaś tę pełną goryczy uwagę, dodaje: T
k: 
Ale nie bez żalu da się pomyśleć, że tyle pracy ludzkiej 
tutaj się zmarnowało, sypiąc te wzgórza, wznosząc te 
mury, sadząc ogrody i aleje. I :?wnocześnie na G1y
1 
przychodzi, że tuż obok nas, cywllizowan
 narody CZCią 
otaczają zabytki swej przes
łości, chromą. od. zagład
 
nawet orle gniazda raubritterow, podtrzymują zelazneml 
ankrami walące się wieżyce, by w ich murach muzea 
zabytków przeszłości urządzać; wykupują z rąk speku- 
lantów stare feudalne siedziby, by w nich umieszczać 
szkoły lub zakłady dobroczynne. A my nie możemy się 
zdobyć na uratowanie pamiątki po r:ajlepszym o
ywatelu.:. 
Gorzka wymówka, palący polIczek... Czy Jednak rue 


uda się uratować tych zabytków? Znam je doskonale, 
bom przed laty dwudziestu mieszkał czas jakiś w Bieżu- 
niu i często odwiedzał ów park i pałac, będący wówczas 
w posiadaniu p. Józefa Około-Kułaka, skrzętr:ego zie- 
mianina, który spuściznę po kanclerzu Zamoyskim utrzy- 
mywał we wzorowym porządku. Często, spacerując po 
tym parku z ks. kanonikiem Wiktorem Radzikowskim, wów- 
czas proboszczem Bieżunia, a dziś dziekanem ciechano- 
wskim, podziwialiśmy ogrom pracy ludzkiej, . czyn!ąc 
uwagę, że dawna rezydencya k
nclerza Zamoyskiego. Jak 
najlepiej się nadaje na urządzeme wzorowego schromska 
leczniczego. Jakoż park bieżuński jest wyjątkowo piękny, 
a pałac na pomieszczenie zakładu leczniczego dostatecznie 
obszerny. Możeby można jeszcze projekt ten w życie 
wprowadzić? Zagranicą z pewnością znalazłby poparcie, 
bo przedstawia w samej rzeczy dobry interes. 
COŚ mi szepce do ucha, że gdyby się o zamachu 
na dawną rezydencyę kanclerza Andrzeja Zamoyskiego 
dowiedział ordynat hr. Zamoyski, z wszelką pewnością 
nie dopuściłby do wandalizmu, ochroniłby tak szacowną 
pamiątkę rodzinną. Kto wie, może, spełniając ten obo- 
wiązek obywatelski, okazałby się, jak zawsze, wspaniało- 
myślnym i ofIarował nabytą przez siebie rezydencyę zna- 
komitegó praojca na Schronisko dla weteranów z 1863 r. 
Rzucam myśl... oby stała się dobrem, owocnem ziarnem. 
Hrabia ordynat, wiadomo to przecież, chętnie przykłada 
rękę do każdej dobrej sprawy, a za tą przemawiają 
jeszcze względy obowiązków, jakie ma potomek rzetelnie 
krajowi zasłużonego rodu dla swoich czcigodnych przo- 
dków. 


/'1icha! Synoradzki. 


WIKTOR GOI1ULICKI. 


)( U 11 ? J .
 J 
... 


POWIEŚĆ. 
(1819 - 1831). 


SPOlicZkOWany zaryczał, jak zwierzę ranione - w tył 
się rzucił - w mgle zni]mął. 
Ale nie upłynęło pięć sekund, a wynurzył się z niej, 
trzymając w ręce obnażoną, do pchnięcia gotową szpadę. 
Barski, ledwie zdążył zauważyć niebezpieczeństwo, 
już poczuł zimne ostrze na sercu... 
Śmierć zajrzała mu w oczy... 
Nagle, jakaś nie widzialna ręka chwyta napastnika za 
kołnierz-osadza na miejscu - potem w tył gwałtownie 
odrzuca. Przy tern szarpnięciu, płaszcz otwiera się i od- 
słania, ukrytą dotąd w wysokim kołnierzu, chudą, wy- 
dłużoną, charcią twarz starego rozpustnika... 
Poznał go Barski-i opadła mu ręka, w pierwszym 
porywie po szablę sięgająca. A i tamten, zawstydzony, 
stropiony, skurczył się nagle i w jednej chwili zniknął, 
jakby ziemia pod nim zapadła. 
Turkot kół oznajmił, że obaj z towarzyszem uciekli 
szybko karetą, nieopodal na nich czekającą. 
Ułan obejrzał się za swym wybawcą. Okazał się 
nim-Chardin, który w chwili zajścia, z przeciwnej strony 


17) 


nadchodząc, znalazł się tuż za plecami napastnika. Byłoż 
to dziełem samego przypadku?... 
Podbiegł Barski do Rosyanina, aby go uścisnąć, za 
szyję objąć, po staropolsku w oba policzki ucałować. 
Ale tamten skłonił się sztywno, rękę po wojskowemu 
do czapki przyłożył-i poszedł dalej ulicą. 
Ci dwaj młodzieńcy mogli byli ocalać sobie wzajem 
życie - na przyjaźń między nimi miejsca nie było. Nie- 
przebytą zaporą rozdzieliła ich-kobieta... 
- No, powinszuj, braciszku-mówił w kilka minut 
później ułan do Walerego, zrzuciwszy w jego pokoju 
mundur i przy świecy ranę swą oglądając. - Pół cala 
głębiej-a śpiewałbyś mi w tej chwili: requiescat... 
- Boże!... 
Chłopiec miał łzy w oczach i głosie. 
Barski ucałował go - potem siadł, głowę zwiesił... 
- Niebezpieczeństwo wszelako nie minęło...-smutno 
szepnął. 
- Co mówisz!... 
- Moja karyera wojskowa... fiut! 


323
		

/03.djvu

			Dmuchnął sobie na palce. 
- Dlaczego? 
- Dlatego, że ten oficer, którego spoliczkowałem... 
ten oficer, który chciał przebić mię szpadą... ten oficer, 
którego Chardin za mnie wytarmosił.. 
- To był?.. 
- To był...-głos zniżył-to był: mój szef... 
W alery n
ce załamał. 
- A ten drugi? 
- Nie poznałeś go? Jego przyjaciel od serca-No- 
wosilcow... 
Po odejściu Barskiego, Walery zeszedł do siostry. 
Jeszcze była wzburzoną; jeszcze bladość piękną jej 
twarz pokrywała. 
- Czy wiesz, kto to był?...-wyrzekł głucho, prze- 
lękły wzrok w jej oczach zatapiając. . 
Wytrzymała to spojrzenie i spokojnie odrzekła: 
- Wiem. 
Potem dodała: 
Waszym policzkom życie zawdzięcza... 
- Dlaczego? 
- Gdybyście nie nadbiegli... gdyby był zbezcześcił 
mnie swem pocałowaniem... zatopiłabym mu w szyi to.,. 
Błysnął w jej ręce toledański sztylecik-istne cacko 
z
otnicze, pamiątka hiszpańskiej kampanii nieboszczyka 
ojca. 
Podsunęła bratu pod oczy rękojeść. 
Znajdował się na niej wycyzelowany misternie napis 
hiszpański: Dla zdrajcy... 


* 


* 


* 


- Skóra na buty!... Kogóż to ja widzę? Dawno 
już paniczek u mnie nie był... 
Pan Piotr Sikora nie przestawał nazywać Walerego 
"paniczkiem"-choć już dziesięć lat mijało od czasu, gdy 
go po raz pierwszy tym tytułem uczcił. 
- Pewnikiem względem ciżemków. Paniczek siar- 
czyście drze - daj Boże na zdrowie! Młodość... tego... 
rozumiem. Siostruni dobrodziejce też już się nowe trze- 
wiczki przynależą. Mam właśnie szajijan galanty. A może 
i imość zdarła pantofle, com jej na Przewody wyszty- 
ftował? 
Sikora ma okrągłą, łysą głowę; okrągły, świecący 
nos; okrągłe oczy; okrągłe policzki. Cały jest okrągły. 
Nawet jego gęste, schodzące się brwi i wielkie, obwisłe 
wąsy, przedstawiają podobieństwo do odwróconych od 
siebie półokręgów. 
Te brwi i te wąsy w nieustannym są ruchu. Można 
powiedzieć, że pan majster brwiami się dziwi a wąsami 
śmieje; że wszystkie śmielsze myśli w wąsach ukrywa 
a brwiami dwuznacznie wypowiada... 
Walery oświadczył, że go sprowadziły nie tylko 
sprawy obuwia. Buty butami, przyjaźń przyjaźnią. Przy- 
szedł do pana Sikory, jako do znajomego, aby z nim 
o tem i owe m pogadać. 


- Skórka na buty!- ucieszył się szewc. - Galanto 
powiedziane. Kury do indyków nie należą - wiadomo. 
C.o inne
o szponder, co innego wątróbka. Niechże pa- 
nIczek sIa,da. Zara tu "moja" przyjdzie, pogadacie aspań- 
stwo - jako, że nie'Yiasty są zawsze na gadanie łako- 
me. Ja muszę na moment do warstatu... 
- Pójdę i ja z panem. Po cóż mam państwa od 
roboty odrywać. 
- Jak wola mego paniczka! -ukłonił się Sikora.- 

e
o uwagę czynię, że u mnie, jak to u szewca: skóry 
smlCrdz
, .klajster nie pachnie, a i czeladniki, aliganty 
smorgonsklC, "perfunów" nie używają... 
. W ch
dząc do warstatu, Walery skłonił się uprzej- 
mIe pracującym. 
W tejże chwili Sikora brwi podniósł i wyrzekł, 
a raczej wymruczał: 
-- Szewcy!... hum! 
Brzmiało to razem jak hasło obozowe i jak komenda. 
- Hum!... hum!... - odmruknęło ze dwadzieścia 
młodych głosów. 
Czeladnicy podnieśli się z zydlów - głęboki ukłon 
wchodzącemu złożyli. 
- U mnie subordynacya - zwrócił się majster do 
gościa. - Wszystko po komendzie, jak w pułku. Gdyby 
przyszło co do czego, jenobym huknął: "Skórka na 
buty!... Czuj duch!"... 
Resztę myśli w wąsach ukrył. Ale mu zaraz brwi 
podskoczyły wysoko i do czeladzi mruknął: 
- Szewcy... co?.. hum?.. 
- Hum... hum... - ozwał się chór przytwierdzają- 
cych mruknięć, którym towarzyszyło rytmiczne młotków 
stukanie. 
Zasiadł i majster na zydlu, gościowi wpierw krzesło 
podsunąwszy. 
- Książkę pan przeczytał?-rzucił Walery pytanie. 
Przed tygodniem przesłał mu był "Śpiewy history- 
czne" Niemcewicza, które ukazały się niedawno budząc 
zachwyt i zapał. ' 
- Sylabizuję ją, paniczku, codzień-ale mi jeszcze 
do początku daleko... 
- Więc jeszcze nie zacząłeś? 
- Zacząłem-jeno od końca. Bo to, widzi paniczek 
w takich książkach koniec naj ciekawszy... ' 
- To prawda. 
- Prawda, albó i nieprawda. Koniec książki jest- 
ale końca historyi jeszcze niema. A właśnie ciekawość 
największa: jaki to będzie ten drugi koniec? 
Tabaki zażył - kichnął przeraźliwie. 
- Wiwat! - krzyknęli szewcy. 
Wielką kraciastą chustką, niby sztandarem, machnął 
w powietrzu na podziękowanie. 
- Sylabizujemy se codzień, po kawalątku - z sze- 
wcami razem-po "fajerancie"... Potem gada się "zdzie- 
bko" o tern, co się przeczytało-bo przecie wiedzieć trza: 
co wątróbka a co szponder?... (d. c. n.) 


324 


l 


. 


T 


"P I E Ś N I J A N U S Z A. " 


W setną rocznicę urodzin Wincentego Pola, dajemy 
artykuły i rysunki, omawiające naj wybitniejsze epizody 
z działalności znakomitego wieszcza poetyckiej i obywa- 
telskiej. Ariykuł niniejszy rozpatruje tę pierwszą. 
Poeta z kampanii 1830-31 r. wyniósł w dorobku 
trzy rany, krzyż zasługi wojskowej, rangę porucznika, 
piękne wspomnienia na dalsze życie i natchnienie do 
pieśni, które w skarbcu literatury polskiej zaliczają się do 
najświetniejszych kleynotów. Nazwał je wieszcz "Pie- 
śniami Janusza." Dębicki, w swieżo wydanych "Portre- 
tach i sylwetkach z XIX w." mówi: Tornister żołnierski 
służył mu za pulpit, wypróżniony z kul i prochu-w nim 
kartki z nieużytych ładunków, zapisane wierszami. 
Chwila natchnienia i chwila tworzenia niezawsze by- 
wa równoczesną u poetów. Mickiewicz pisał .,Pana Ta- 
deusza" na bruku paryskim, w wiele lat po owych ło- 
wach w borach Litwy, gdzie "marny strzelec tyle upo- 
lował myśli," a taką świeżość bezpośredniego wrażenia 
zachowały obrazy burzy w puszczy, zachodu słońca, 
powrotu robotników z pola a trzód z pastwisk, zaścian- 
ku, ogrodu z warzywami, grzybobrania i owych z sobą 
rozmawiających dwóch stawów... "Pieśni Janusza" wy- 
szły w trzy lata po powstaniu. Pol nie myślał być poetą. 
Śpiewał i pisał, bo pieśni potrzebuje żołnierz do marszu, 
do szturmu i przy obozowem ognisku. Tak niegdyś po- 
wstały pieśni legionów. Nie było żadnej literackiej robo- 
ty, żadnego autorskiego zamiaru, gdy w obozie i potem, 
na wychodźtwie, śpiewał Janusz to, co czuł, na co pa- 
trzał, co brzmiało i drgało wkoło niego. 
Rok 1831 streszcza w sobie półwiekowy okres lite- 
rahlry naszej z naj świetniejszego jej rozkwitu. Jest to 
punkt środkowy, w którym promieniami się zbiegają imio- 
na tych, co wznieśli myśl i uczucie polskie na najwyż- 
sze ideału szczyty. Lecz jeśli cały ten okres słusznie 
może nosić nazwę daty 1831 r., to nic się z tym po- 
rywem, z tym rycerskim narodu czynem, z tą klęską 
pełną bohaterstwa, tak bezpośrednio nie wiąże, jak ., Pie- 
śni Janusza." Rzadko w literaturze świata znaleźć można 
tak ścisły związek faktu z poezyą. U nas chyba "Chó- 
rał" Ujejskiego był równie silnym odbiciem nowej klę- 
ski-zdarzeń 1846 r. 
Co w tym okresie-pisze Tarnowski-miało w całej 
Polsce wielką wziętość i rozchodziło się wszędzie, to 
mała, patryotyczna piosneczka. Nigdy ona tak nie kwitła, 
nigdy nie powstawała tak licznie i często, nigdy nie by- 
ła tak skwapliwie chwytaną, jak w latach pomiędzy 1831 
a 1846. Biedna piosneczka spełniała niemały obowiązek 
patryotyczny i niemały uczynek miłosierny. 
Było w tych latach wide cierpienia po wOJnIe, po 
tej smutnej emigracyi, która zabrała ludzi co najlepszych, 
po drugiej przymusowej, która w kibitkach, albo przy 
drągu, szła na wschód i na północ; ale było i uczucie 
dumy. Bądźcubądź, honor był cały. Z Grochowa, z Wa- 
wru, z Dębego, Stoczka, Igani, można było się chlubić, 
spuszczać oczu nikt nie potrzebował. I to może było 
największą w tem nieszczęściu pociechą, i dlatego może 
żołnierz był ideałem. Dzięki jemu, nietylko nie było 
wstydu, ale były wspomnienia chlubne; dlatego może to 
gorące, powszechne przywiązanie do wspomnień 1830 r., 
które roznosiła po całej Polsce piosenka. 
Mała, łatwa do ukrycia, do przepisania, do spa- 


miętania, doszła wszędzie, wcisnęła się tam, gdzie książka 
zatrzymać się musiała; swobodnie przebywała wszystkie 
granice, bo w głowie przejeżdżającego strażnik wyśledzić 
jej nie mógł i w braku innych środków, ona pocieszała, 
krzepiła, mówiła o tem, co wszystkich naj żywiej obcho- 
dziło. Mówiła o świeżych bitwach, przypominała piękne 
chwile Grochowa i Wawru, odnawiała te uczucia rozko- 
szne, jakie oni pamiętali, jakich doznawali, kiedy widzieli 
nieprzyjaciela odpartego, pobitego. Ona także mówiła, że 
to się nie skończyło, że to się powtórzy, może wkrótce 


=- -;:: 


"' 


WINCENTY POL. 


l Według akwarelI ze zbiorów Akademii Urniejętn'ości w Krakowie. 


i z lepszym skutkiem. Ona się i Rosyanom odgraźała, 
wylewała na nich, ile mogła, żalu, nienawiści, skargi, 
czasem ironicznie się z nich natrząsała. Ona wystawiała 
na śmiech ludzi znienawidzonych: W. Księcia, Rożnieckie- 
go. Miała słowo na każde z najbliższych uczuć, na to, 
co było przedmiotem wszystkich myśli i rozmów, ,a czę- 
sto ona jedna była tem. słowem. Broszur ani dzienników nie 
było; z emigracyi książki, poważna poezya, dostawały 
się rzadko tylko i z trudnością; chwytano się tedy piosen- 
ki, ona zastępowała broszurę, artykuły historyczne lub 
polityczne o ostatnich wypadkach, nieraz i wspólną lek- 
turę. Wiele wieczorów spędzano przy kominku w zimie, 
albo latem na ganku, na śpiewaniu takich piosnek, Bóg 
wie, jak powstałych i rozpowszechnianych. 
Rok 1831 nie zrodził piosenki. Jest ona starsza od 
niego, stara, jak świat zapewne. Nieraz bywała symbo- 
lem, hasłem; nieraz, jak "Marselieza," albo "Jeszcze Pol- 
ska nie zginęła, LL źródłem wielkiego natchnienia, kryła 
w sobie elektryczne prądy. Ale dawniejsza jest i od tych 
czasów. Nie sięga zbyt daleko nasza pamięć, nie wiemy, 
co śpiewano o królu Janie, albo o Czarnieckim; naj da- 
wniejsze podobno, jakie się przechowały, są pieśni kon- 
federackie. Pod koniec XVIll w., zaczęły się mnożyć 
i dzielić na różne rodzaje i kategorye, bo oprócz tych, 
które reprezentowały całą sprawę polską, jak "Jeszcze 
Polska nie zginęła," każda prowincya miała swoje, w któ- 
rych skarżyła się na swoich panów, albo się z nich śmia- 
ła, a kaźdy fakt nowego prześladowania, nowych nadu- 
żyć, wywoływał nowe. 


- 325
		

/05.djvu

			t 


Najdawniejsze . może są galicyjskie. Naturalnie, bo "Pieśni Janusza" są koroną całej u nas pOWleSCl 
zaczęły się rodzić zaraz po r. 1772, kiedy szlachta, zdzi- piosenkowej, a są może ze wszystkich najbardziej poezyą 
wiona i oburzona widokiem nowych urzędników, nie wie- 1831 r. Nie żeby wspomnienia wojny nie były innym 
działa, czy się śmiać z tych figur dziwacznych, czy pła- poetom natchnęły wierszy tak dobrych i ładnych, jak te, 
kać, że na nie patrzeć musi. To też łza i śmiech łączą albo więcej. Gaszyński ma również utwory podobnej tre- 
się z sobą w tej strofce, przy której brzmieniu pierwsi ści, które śmiało mogą stanąć obok "Pieśni Janusza," 
urzędnicy austryaccy odprawiali swój wjazd tryumfalny może wyżej nad niemi, a Witwickiego są lepsze od tego, 
do Galicyi: "Przyszli Niemcy do kraju, podług swego co jest w zbiorze Pola słabsze i gorsze. Ale naprzód, 
zwyczaju, z cielęcemi torbami, przyjechali pudlami, z po- żaden inny nie był tak wyłącznie poetą wojny 1831 r.; 
dartemi pludrami, a teraz są panami!" w całym tym zbiorze nie było nic, coby jej nie dotyczy- 
Inna znowu, na nutę poloneza, wyśmiewała strój ło, jak żeby reszta świata dla poety nie istniała. Po wtóre, 
niemiecki i tych, którzy go przywdziewali, a polski rze- żaden nie ma tak wyraźnego i tak stale utrzymanego cha- 
wnie wspominała: "Spinka złota u koszuli, wąs w górę rakterl! piosenkowego, jak Pol w "Pieśniach Janusza." 
skręcony, karabela wedle boku i bucik czerwony. W ta- Wiersze Gaszyńskiego są może delikatniej wypracowane, 
kim stroju dawny Polak zawsze sobie chodził; w takim artystyczni ej wykończone, ale w tych jest jakaś zamaszy- 
stroju Jan Sobieski Wiedeń oswobodził." stość, jakieś zacięcie żołnierskie, jakiś w tonie realizm, 
Były piosenki kościuszkowskie; były ze wszystkich . jakaś obozowa powszedniość, która im nadaje cechę ory- 
części polski: warszawskie, wołyńskie, podolskie, litęwskie. 
 _ginalną; ten realizm zaś nie jest przesadzony, ta powsze- 
Ale r. 1831, ze swojemi nadziejami i bitwami, ze swoją dniość, rubaszność niekiedy, godzi się dobrze z uczuciem 
wielką liczbą ulubionych bohaterów i nienawidzonych rzewnem i głębszem. 
figur rządowych, musiał oczywiście piosence bardzo sprzy- Wreszcie i dlatego Pol jest bardziej od innych po- 
jać. Urodzaj był na nią wielki, a kiedy się wojna skoń- etą r. 1831, że go bierze z różnych stron i w różnych 
czyła, wszystkie jej wspomnienia, radosne czy smutne, sferach. Występuje w nich nie sam żołnierz tylko, ale 
wszystkie zawody i wszystkie nadzieje, chronią się w pio- chłop, dziad, ziemianin, kobiety; żołnierz nie w bitwie 
sneczkę. Wszyscy poeci-Słowacki, Garczyński, Witwi- tylko, uderzający na armaty, ale w marszu, na odpoczyn- 
cki, Gaszyński, Goszczyński, układają je w wielkiej licz- ku, w karczmie, wesół, umizgający się do dziewcząt. 
bie; inne, prócz tych, powstają same nie wiedzieć jak; "Janusz" Pola obejmuje nie same tylko wielkie i powa- 
wreszcie zjawiła się i ta, która opowiadała, że "Grzmią żne wspomnienia, ale odnawia także wrażenia lżejsze, 
pod Stoczkiem armaty," i ta druga, która mówiła, że a przez wszystko przebija zawsze to, co było dominują- 
"Niernasz pana nad ułana, a nad lancę niernasz broni." cym tonem uczucia w całej Polsce __ żal po przegranej, 
Zjawiły się "Pieśni Janusza," zbiór, typ i kwiat poezyi i kiedy usta śmieją się do jakich dobrych wspomnień, 
piosenkowej z r. 18
 1. na widok' krakusów pod Stoczkiem naprzykład, kiedy 
Pol zaczął twórczość swoją poetycką temi właśnie serce rośnie na wspomnienie ułana i lancy, to w oku 
"Pieśniami Janusza," a trzeba przyznać, że to pierw8
e przecież kręci się łza, a serce się ściska, bo wi
my, 
jego słowo było piękne, chwytało za serce. Jakże go i śpiewak to wiedział, że krakus i ułan byli w końcu 
nie było przyjąć, kiedy witał w imię dziejów, pieśni i krwi pobici. 
przelanej? Jak go nie było słuchać, kiedy mówił, że "od Xa piosenkarza narodowego Pol był niezawodnie 
Beskidów do Pomorza, z Litwy aż do Zaporoża, całą stworzony. Dowodzą tego nie same tylko "Pieśni Janu- 
Polskę zna;" obiecywał, że "czasem śpiewak zgadnąć sza." Ale "Pieśni Janusza" rozeszły się po całej Polsce 
umie, co się w głębi piersi tłumi, bo i w nim ta krew;" i zostaną. Najładniejszym w tym zbiorze, napisanym z naj- 
a wreszcie mówił, że "my tej ziemi się dobijem, lub większe m uczuciem, jest wstęp, chociaż wszystkie są 
w mogiłach znów ożyjem, w dziejach ziemi tej." przeniknione uczuciem serdecznem. Posiadają nadto utwo- 
Trudno wstępu do zbioru patryotycznych piosnek, ry te zaletę, że forma jest do ich drobnego rozmiaru 
któryby lepiej ich ducha oddawał i lepiej dla poety uspo- doskonale zastosowaną, i jeszcze większą, że w nich 
sabiał. Jest on rzewny, serdeczny, a jakiś śmiały i dziar- zawarte jest rzetelne, schwytane na gorącym uczynku 
ski. Młody poeta, który pierwszy raz z tern powitaniem uczucie powszechne w r. 1831, we wszystkich swoich 
przed narodem wystąpił, zalecił mu się dobrze. Musiał odcieniach, od pierwszych radości i nadziei], do pierwsze-' 
podbić jego sympatyę i serce, pierwszy występ był bar- go ich zachwiania pod Ostrołęką i aż do ostatniego ich 
dzo szczęśliwy. A jeżeli i dziś jego słowa robią takie rozbicia. Od "Grzmią pod Stoczkiem armaty," do "Leci 
na nas wrażenie, o ileż większe musiały wywierać wte- liście z drzewa," jest tam wyraz na wszystko, _ jest 
dy, kiedy na polu Grochowa każdy dom w Polsce miał wspomnienie na nadwiślańskie bitwy, na litewskie, wo- 
albo chlubne wspomnienie, albo świeżą mogiłę; kiedy łyńskie i ukraińskie partyzantki... I dlatego, jako wierne 
naród cały w tych wspomnieniach żył. Byłoby dziwnie odbicie, jako ślad r. 1831, jako typ, a może i szczyt 
i źle, gdyby "Pieśni Janusza" nie trafiły nam do serca. ówczesnej piosenki patryotycznej, "Pieśni Janusza" zo- 
Wzięto od poety s
wapliwie, serdecznie, co dawał, po- staną zawsze w literaturze. 
lubiono te piosenki i pokochano ich autora. Kuslosz. 
WINCENTY POL. 


Śpiewak wita wasze strony: 
Niechaj będzie pochwalony! 
, Pokój z domem tym! 
Spiewak wita w ojców wierze, 
A kto w dom go przyjmie szczerze, 
Pieśń i Pan Bóg z nim! 


Ś
FIE:W JANUSZA. 


Pieśń ojczysta, narodowa, 
Prosta. rzewna a surowa, 
Jak nasz lud i czas, 
A więc w imię pieśni naszej, 
Dziejów naszych i krwi laszej. 
Witam, witam was! 


Lubię tylko powitanie, 
Niech też po mnie tu zostanie 
Ten jedyny ślad; 
Byście rzekli:- Tu przebywalI 
Tutaj Janusz nam zaśpiewal 
l gdzieś ruszyl w świat. 


326 



 


.". 


T 


I 
r 


Bylem w Litwje i w korOl}ie, 
Bylem w tej i owej strome, 
Bylem tu i tam; 
Od Beskidów do Pomorza, 
Z Li/wy aż do Zaporoża, 
Calą Polskę znam. 


Nieraz z dziadem w puhar dziarsko 
Na powiastkę brzękniem barską, 
Slawiąc polski ród; 
Wówczas siary wre, jąk z mIodu, 
Wola wnuczkę:-Nalej miodu! 
Boć to polski miód. 
* 


Moja skarga was nie znudzi; 
Ja pieśń z ludu mam dla ludzi, 
Żale toną w gląb: 
Mego serca pieśni wlasnej 
Slucha tylko miesiąc jasny 
l stuletni dąb. 


I 
.Ą.. 


* 


Znam to cale szczere plemię; 
Polskie morza, polskie ziemie 
l tę pols
ą sól; . 
l o wszystklem marzę, rOJę, 
l to wszystko niby moje, 
Nibym polski król. 


, 


* 


A cóż w świecie nad miód polski? 
Nad kord stary, snop podolski 
l nad polski śpiew? 
Nad kraj wolny, wlasną niwę, 
l te Polki czarnobrewe, 
l tę polską krew? 
.. 


Hej! mogily! skaly! zdroje! 
Stepy! or/y! dęby moje! 
Z wami ja sie znam. 
Lecz ty, dziatwo, żądasz pieśni. 
To już sobie Janusz nie śni; 
Cóż zaśpiewać wam? 


* 


Choć nieznany i ubogi, 
Gdy nawiedzę czyje progi. 
Każdy z duszy rad; 
Czy to w dworze, czy w klasztorze, 
Na slobodzIe, czy w gospodzie, 
Wszystkim Janusz brat. 


* 


* 


Siostry moje! córy Piasta! 
Skąd to serce w piersiach wzrasta? 
Skąd ta dusza wam? 
Co to w piersiach waszych wierzy? 
Co za dobro dla was leży 
Za bojami tam? 


Czasem śpiewak zgadnąć umie, 
Co się w glębi piersi Ilumi, 
Bo i w nim ta krew; 
Więc o Lachu, o orlęciu, 
l o krzywej szabli cięciu 
Przynosi wam śpiew. 


* 


Kędy bracia moi smutni. 
Brai po mieczu i po lutni, 
Niosę piosnkę im. 
l obecną slodząc dolę, 
Na Grochowskie ciągniem pole, 
A slawą brzmi rym. 


-' 
,c; 


* 


* 


My tej ziemi się dobI1em, 
Luh w mogilach znów ożyjem 
W dziejach ziemi tej; 
Lecz kto groby wam ocuci? 
Kto wam waszą mlodość wróci? 
Te nocy i lzy? 


Bo to straszne sądy Boże, 
l krew lacka cuda może, 

 I Jest i w śpiewie jad. 
nJeszcze Polska nie zginęla!" 
Toć ta piosnka rdzę przecięla, 
Więz-p tylu lat. 


* 


Czasem brząknę mej drużynie, 
Kiedy czarna chwila minie, 
l weselszy śpiew: 
O krakusach dzieciom nucę, 
A powiastką w starych cucę 
Staropolską krew. 


* 


* 


O! i jam znal "takie bole; 
Lecz o mlodość, o mą dolę 
Nie pylajcie mnie: 
Dość wam, żem ja z krwi ochrzczony, 
Żem w nieszczęściach poświęcony, 
Znal niejedną lzę. 


Lecz czy znacie, co lo boje? 
Co to orly? Co to zbroje? 
l co wrogów dloń? 
l!e krwi się w sercach spiekło? 
Ach! a ile jej wyciekło 
Na ojczyslą bloń? 
Z cylHu "Pieśr,i ]ar,usza{(. 


; 


. 


ŚFIEW Z JV\OGIŁ V. 



 


Leci liście z drzewa, co wyroslo wolne; 
Z nad mogily śpiewa jakieś plaszę polne: 
-Nie bylo-nie bylo Polsko dobra tobie! 
Wszystko się prześnilo, a twe dzieci w groble. 
Popalone siola, rozwalone miasla, 
A w polu dokola zawodzi niewiasta. 
Wszyscy poszli z domu, wzięli z sobą kosy, 
Robić niema komu, w polu giną klosy. 
Kiedy pod Warszawą dzialwa się zbierala, 
Zdalo się, że z slawą wyjdzie Polska cala. 
Bili zimę calą, bili się przez lato, 
Lecz w jesieni za to i dzialwy nie slalo. 


. 


Sk.ończyly się boje, ale pusta praca, 
Bo w zagony swoje nikt z braci nie wraca. 
Jednych ziemia gniecie, a inni w niewoli. 
A inni po świecie bez chaly i roli. 
Ni pomocy z nieba, ani z ludzkiej ręki, 
Puslo leży gleba, 'darmo kwitną wdzięki. 
O Polska kraino! gdyby ci rodacy, 
Co za ciebie giną, wzięli się do pracy 
l po garsfce ziemi z Ojczyzny zabrali, 
Jużby dlońmi swemi Polskę usypali. 
Lecz wybić się silą lo dla nas już dziwy- 
Bo zdrajców przybylo, a lud zbyt poczciwy. 
Z cy
lu "Pieśr,i ]ar,usza{(. 


NA SŁUŻBIE OJCZYZNY. 


'1 


W r. 1830, przyszły twórca "Mohorta" przybył do 
Wilna, aby pozyskać katedrę języka niemieckiego w tam- 
tejszym uniwersytecie. Nie były to już świetne czasy 
kuratorstwa Czartoryskiego. Kuratorem -został Nowosil- 
cow, a rektorem dożywotnim Pelikan, obie osobistości 
tak dobrze znane, iż nie trzeba o ich działalności nadI11ie- 
niać. Ze znakomitszych profesorów, jedni wymarli, inni 
pousuwali się z katedr, mimo to wszechnica wileńska 
posiadała zastęp profesorów wcale niepośledni, półtora 
tysiąca młodzieży chciwej wiedzy i wszelkie warunki, 
aby długie lata istnieć z pożytkiem dla kraju. 
Język niemiecki, w chwili przybycia Pola do Wi- 
lna, był wykładany przez Benjamina Hausteina, który 


z powodu podeszłego wieku i dlatego jeszcze, 
e wykła- 
dał nadto język angielski, zgodził się na dodame ml! za- 
stępcy. Jakoż Pol, złożywszy wymaganą rozprawę l od- 
bywszy lekcyę próbną, otrzymał posadę zastępcy naucz:y- 
ciela języka niemieckiego. Liczył z!lpewr:e na to, ze 
Haustein wkrótce zupełnie z katedry ustąPI, a wtedy on 
zostanie adjunktem przy uniwersytecie, z wcale ładną 
pensyą. Ale okoliczności inaczej pokierowały jeg? losem. 
Młody, 23-letni nauczyciel żył ze studentan
ll ,po k
- 
leżeńsku, serdecznie, spędzał z nimi wolne od za]ęc ChWI- 
le na pogawędkach, spacerach i innych rozry
kac
. Był 
zadowolony ze stanowiska i zapewniał sWOIch, z
 mu 
się powodzi "lepiej niż kiedy w życiu." Naraz, w plerw- 


327,
		

/06.djvu

			szych dniach grudnia, spadła na miasto wieść o wy- 
buchu powstania w Warszawie. 
"Wiadomość o tern-pisze Pol w pamiętniku-prze- 
raziła raczej umysły, niż żeby je zagrzać miała nadzieją. 
Przez Wilno waliła się cała armia rosyjskiego wojska. Od 
korpusów gwardyj, aż do azyatyckich hord Kozaków, Czer- 
kiesów i Baszkirów, waliła się codziennie czerń grożna, 
ponura i milcząca, podobna raczej do kry idącej na rzece 
niż do żywej rzeki narodu. Całemi dniami ciągnęły pułki 
przez ulicę Grodzką ku Ostrej Bramie. Całemi nocami 
jęczały bruki Wilna pod parkami artyleryi, przechód woj- 
ska tamował ruch miasta, dowóz żywności i paliwa, bo 
nikt nie poważył się traktami jechać, któremi szło woj- 
sko, zalewające gościńce. KaZdy dom bez wyjątku, całe 
Wilno, było jedną wielką koszarą, bo każda nowa przy- 
bywająca dywizya lub korpus miał dniówkę i trzydniówkę 
nieraz w Wilnie, gdy nadto wyżsi oficerowie i staby 
wyprzedali pochód swoich oddziałów do Wilna i zdążali 
za niemi dopiero po upływie dni kilku. Wszystkie sprzę- 
ty z mieszkania, prócz stołów, trzeba było wynieść na 
strychy i do piwnic; wszystkie pokoje każdego pomie- 
szkania były w pas wyścielone słomą, aby każdy stru- 
dzony żołnierz mógł wypocząć w ciepłym pokoju, gdzie 
padnie. " 




 
. "'
ł

 

 
j :_
r" 
,..: <.... 



 . 


-. , 


:/ 


,", 


,
 
,:
-ł--.' 


.", \.":;-.Y

 
'-,
/ 


$.: 


WINCENTY POL. 


. Przyszły poeta bez wahania podążył za ruchem na- 
rodowym. O uczestnictwie jego mamy wcale dokładne 
wskazówki, dostarczone przez niego samego, przez Ba- 
rzykowskiego, Wrotnowskiego, Dębickiego i Maurycego 
Manna. Ten ostatni, w świetnej, dwutomowej biografii 
Pola, która właśnie świeżo wyszła z pod prasy, w ten 
sposób opowiada o tym okresie życia wieszcza: 
Kurator Nowosilcow i rektor Pelikan, z pomocą gu- 
bernatora Chreptowicza, dokładali wszelkich starań, aby 
ruchowi powstańczemu wśród młodzieży zapobiedz. Wpro- 
wadzono rygor prawic wojskowy, do ustaw dodano no- 
we obostrzenia, ponowiono aresztowania. Ale młodzież 
umiała ukrywać ogień, który wewnątrz płonął; na pozór 
można było zauważyć tę samą, co i dawniej, pilność 
w uczęszczaniu na kursa, ten sam zapał do nauki, tę 
samą uległość najdziwaczniejszym wymaganiom policyi 
uniwersyteckiej. A jednak władze rozumiały dobrze, iż 
coś się gotuje i nie przebierały w środkach represyi. 


Oto przykład, dostarczony przez Aloizego Niewiarowicza, 
b. kandydata Wydziału Filozoficzno-Matematycznego. na 
Uniwersytecie Wileńskim: 
Pelikan zaprosił do siebie, na wieczór d. 31 grudnia, 
wszystkich bez wyjątku profesorów uniwersytetu. Zaba- 
wa przeciągnęła się do póżnej nocy. Dwóch profesorów, 
nienawykłych do takiego czuwania, chciało się pożegnać 
z rektorem i odejść do domu. Pelikan prawie siłą ich 
zatrzymał, nęcąc ponczem, który właśnie miano rozno- 
sić. Zostali, ale z zamiarem wyjścia cichaczem i gdy 
chcieli to wykonać, u drzwi warta zatrzymała ich. Mu- 
sieli się cofnąć do salonu i uwiadomili o tern swoich 
kolegów. 
Kiedy zaproszeni goście drżą ze strachu i nadludz- 
kich dobywają sił, aby wobec swego zwierzchnika i go- 
spodarza znależć się przyzwoicie, nagle wielkie drzwi 
salonu rozwarły się, a w nich stanął jenerał-gubernator 
Litwy, Chreptowicz, otoczony adyutantami i w towarzy- 
stwie Nowosilcowa. Obrzuciwszy wzrokiem zdumionych 
i strwożonych profesorów, wielkorządca przemówił: 
- Panowie! Znanem mi jest usposobienie młodzieży 
uniwersyteckiej; pozorna spokojność kryje wrogą niechęć 
do rządów J. C. Mości. Błahy powód mógłby wywołać 
zbrodniczą demonstracyę i krew ich polałaby się stru- 
mieniami. Na to dosyć megq skinienia, wierzajcie mi, 
panowie. Wierzcie też, że od wykonania tego skinienia 
jedynie ludzkość mnie wstrzymuje. Ale jeżeli łagodnością 
się powoduję, nie chcę się sam narażać na odpowiedzialność. 
Jeżeli ich oszczędzam, chcę też i sam się zabezpieczyć 
i dlatego staję pośród was, panowie, abyście mi pomo- 
gli w utrzymaniu spokoju i porządku. Podzieliłem miasto 
na -grupy i chcę, aby w każdym domu, należącym do 
tych grup, w którym mieszkają uczniowie uniwersytetu, 
zrobiono ścisłą rewizyę i znalezioną broń zabrano, bez 
zapisu do kogoby ona należała. Żądam, aby takiej re- 
wizyi przewodniczyło dwóch profesorów, którym przyda- 
ni będą: ajent policyjny i 6 żołnierzy. Rzecz oczywista, 
że im prędzej się to wykona, tern lepiej i dlatego proszę 
panów zaraz, wychodząc stąd, udać się do wyznaczonej 
każdemu z nich grupy i jeszcze tej nocy skończyć re- 
wizyę. 
Rozkaz został spełniony, mimo tęgiego mrozu i znu- 
żenia niektórych profesorów, bo i strach, i odległość, 
i błądzenie po uliczkach, po podwórzach i schodach, osła- 
biły niejednego uczonego. Rezultat tej nocnej wyprawy 
był lichy: zabrano kilkanaście strzelb myśliwskich uszko- 
dzonych, kilkanaście pistoletów inwalidów, a najwięcej 
szpad, bo szpada należała do urzędowego uniformu 
akademika. 
Niewiarowicz, podając to zdarzenie, nie zaznaczył, 
że na marny rezultat rewizyi wpłynęła czujność i prze- 
zorność młodzieży uniwersyteckiej. Tak przecież było. 
Wiadomo niewątpliwie, że zbrojono się pośpiesznie, że 
skupowano proch od żołnierzy garnizonowych, że lano 
kule potajemnie. Ale studenci rozumieli, że niepodobna 
tego trzymać w mieszkaniach, narażonych na ustawiczne 
odwiedziny bedelów, policyi uniwersyteckiej i podejrza- 
nych kolegów. Władze postanowiły dla bezpieczeństwa 
przenieść uczniów Instytutu Pedagogicznego z gmachu 
uniwersyteckiego do Instytutu Medyków, a w opróżnio- 
nym lokalu pomieścić oddział żołnierzy. Młodzież Zna- 
lazła się w kłopocie, bo wielu posiadało broń, z którą 
byłoby niebezpiecznie przeprowadzać się do domu skar- 
bowego, zostającego pod strażą wojskową. Z kłopotu 
wybawił przyjaciół Pol,-on to wskazał im kryjówki, gdzie 


328 


F 


\ -.." 



 


.. 


przyjmowano broń na pr
echow
nie.. J
den z uczni?
 
tego Instytutu, Zien
owI
z, t\
I
rdzI, 
e od 
?la mielI 
zawsze najświeższe 1 najpewmejsz
 wradomosCl o ten:, 
co słychać w mieście i co na Litwie, co w Warszawie 
i co na polu walki. . 
Pol w autobiografii swojej zaznacza, że, w grud
lU 
1830 r. stał na czele związku młodzieży, ktora zrobIła 
powstanie na Litwie. Według Manna, słowa te przyjąć 
należy ze znaczną modyfikacyą, a :nianowicie, że Pol 
należał wprawdzie do powyższego ZWląZ
U, lecz na cz
- 
le jego nie stał. Właśnie. to bJ:'ło z.namIer:ną ce?hą WI- 
leńskiego związku młodzieży, IŻ me posIadał. zadnych 
naczelników ani zwierzchników. Każdy uczestmk stawał 
się jednocześnie agitatorem i był obowiązany n?wych 
zjednywać członków, a wszystko to. od.bywało SIę b

 
kierownictwa skupionego w rękach mewIelu, tern mniej 
zaś w ręku 'jednego Pola. Z tego. też względu nale
y 
uważać za młodzieńczą przechwałkę 1 to, co Otto Spazler 
o Polu opowiada, opierając się na pamiętniku poety. 
Prawdą jest natomiast, że Pol należa
 do gn:Py, 
która była niejako zawiązkiem ruch!! powstanczego 
srod 
młodzieży wileńskiej. Do 
omadkl, co ta
 energIczną 
roz\vinęli agitacyę, należeli początkowo: Wmcenty 
ol
 
Adam Poniatowski, Ignacy Jankowski, Julian Gross, Z
- 
browski i Kudrewicz. . Poniatowski pozyskał zaufame 
znacznej części młodzieży, która kurs aka
emicki już 
była ukończyła; Jankowski zjednał znaczną. lIczbę urzę- 
dników z różnych wydziałów; Gross przycIągnął mate- 
matyków, kandyda!ów medycyny i wychowańców Inst
- 
tutu Lekarskiego; Zebrowski, uczeń InstY!Dtu Pedago
:- 
cznego, rozwijał agitacyę pomiędzy SWYI?I tow
ro/szamI; 
Kudrewicz pozyskał stronictwo, trzymające SIę j.eszcze 
dawnych Filaretów, szczególniej zaś Julia
a Pohla 1 
me- 
ryka Staniewicza, którzy jeszcze z
 
zasow Zana, j,a
o 
młodzieńcy, zjednali sobie zaufame 1. szacunek wsr?d 
swoich. Julian Pohl udał się na prowmcyę, aby pOCIą- 
gnąć swoich znajomych i przyjaciół. Sam Pol rozwi
ął 
działalność swoją głównie wśród młodych profeso
ow 
i nauczycieli wśród wychowańców Instytutu PedagogIcz- 
nego i stud
ntów filozofii; niezależnie od tego, widzieć .go 
-można było w wielu domach prywatnych, we wSZYStkICh 
zakątkach miasta, nawet w klasztorach. W szędzIe ro
- 
prawiał, radził, namawiał i zapalał, zewsząd. wynosIł 
świeże wiadomości, często pierwszorzędnej wagi. 
W krótkim czasie liczba związkowych dosięgała 
-+00. Zdawać się to może dziwnem i nieprawdopodo- 
nem, że tych kilku młodych, pełnych zapału !llłodzi
ńców, 
zdołało pociągnąć tylu zwoleników do zamierzonej spra- 
wy. Ale najprzód sama organizacya związku wpływa
a 
na szybki jego rozrost, a zresztą w całem społeczen- 
stwie wśród młodzieży zaś w szczególności, panował 
, " , 
taki nastrój wysoki, taka gotowość do ofiar, poswlęcen 
i wiara w powodzenie, że kilka słów gorących wystar- 
czało aby pozyskać dzielnego sprzymierzeńca. Bo mło- 
dzież' wileńska żyła jeszcze tradycyami Filaretów i wiel- 
kiego Adama, co kazał "mierzyć siłę na zamiary, nie 
zamiar podług sił" i rwąc się do czynu wierzyła, że 
ramię jej jest "jako piorun." 
Wilno tymczasem wciąż trwało w niepewnoscl. 
Rząd Narodowy zdawał się zapominać o Litwie, a gdy 
go natarczywie przez emisaryuszów zapytywano, radził 
czekać. Lecz niecierpliwa garstka młodych zapaleńców 
nie mogła usiedzieć spokojnie, gdy z pola walki docho- 
dziły odgłosy zwycięstw oręża polskiego. Coraz to .no- 
wych wysyłano emisaryuszów, którzy z narażemem 


" 


życia przemykali się do Warszawy. W edł
g Niewiaro- 
wicza, jednym z takich wysłańców był Wmcenty Pol. 
Można tu mu wierzyć, znając zapał Pola i jego 
gorliwość, a nawet prawdopodobniejs
em wydaje 
ię, że 
Pol był w Warszawie teraz właśme, w StyCZł:I.Łł lyb 
w lutym, gdy istotna pchała go tam potrzeba, mz,. jak 
podaje Estreicher, w czasie podróży ze Lwowa do Wilna. 
Niewiarowicz, który wiele faktów stwierdzonyc
 
podał dokładnie, świadczy i o ten:, że P?l bar
zo gorlI- 
wie uczestniczył w pracach KomItetu LItewskiego, za- 
wiązanego w lutym. W Komitecie owym panowały 
dwa prądy: jeden małych rozmiaró:w, 
le ?wałtowny 
i zuchwały; drugi szerszy, ale spokojny 1 umIarkowany. 
Filarem najsilniejszym mniejszości. Komitetu b.ył Pol. 
Przy nim stała silna falanga młodzieży, porywająca go 
często najzuchwalszemi zachciał:kami. Pol cz
sto ostre 
miał z Komitetem rozprawy, meraz przychodzIło do za- 
targu i zerwania. Komitet na pows
anie w .mieście n
e 
chciał się zgodzić i słusznie, bo ":lIno znajdo
ało SIę 
w stanie oblężenia załogę wOjskową powIększono 
w czwórnasób, armaty wytoczo
o na place i ulice, wojsko 
dniem i nocą stało pod bromą. W tych warunkach 
powstanie w mieście byłoby szaleństwem. 
Tu czyni uwagę Mann, że pc:między pows!
ni.em 
w Królestwie i na Litwie - zachodZiła _ wIelka rozmca. 
W Królestwie powstanie wybuchło v: Warszawie i .tan: 
też utworzył się Rząd Narodowy, ktory nad w
zystkIen;I 
władzę i baczność rozciągnął; nadto powstame w Kro- 
lestwie rozporządzało znaczną liczb
 w
jska regularnego. 
Tymczasem na Litwie nie było am wOjsk
 regularne&"
, 
ani jednolitości w działaniu, ani rządu ene
gIcznego. Ot?Z, 
skoro wybuch w Wilnie został uda:emmo
Yn:, KomItet 
Litewski powinien był miasto OpUŚCIĆ, ud
c SIę na . p:o- 
wincyę i tam stanąwszy na c
ele powstan,. ,ruchamI lC
 
kierować. Aliści Komitet, zamIast to uczymc, czekał,. az 
licho zorganizowane i 
ało o s?bie ,:"ie
zące oddzIały 
powstańcze zgromadzą SIę pod WIlnem.I mI
sto s
turmem 
zdobędą. W stanie gnębiącego wyczeklwama, n!epewno- 
ści i narad bez rezultatów, zbiegł marzec, luty 1 połow
 
kwietnia. Jeszcze Wielkanoc młodzież wileńska obchodzI- 
ła w mieście. 
Dopóki istniała nadzieja,. że Wi
n? p
n
stanie, dopó- 
ty młodzież zachowywała SIę powscląglIwle, oczekuj.ąc 
hasła. Dzień za dniem upływał bez owego hasła, a me- 
bezpieczeństwo coraz się wzmagało, bo po
icya wpadła 
na trop schadzek i związków, r?z??czę
y SIę 
es
towa- 
nia. Ostatecznie, ponieważ w mleSCI
 mc . ZrobIC me ,było 
można, zdecydowano się opuścić WIlno 1 utworzyc sa- 
modzielnyoddział powstańczy. 
W kwietniu oddziałów podobnych liczono na Li- 
twie już wiele, bo ruc
 po;vs!ańczy sz
:ok
, by'ł . rozlany 
na Litwie' cała guberma wIlenska, cZęsc mmsklej, a na- 
wet i grodzieńskiej, stanęły już zbroj
ie. Pol w tym cza- 
sie zawiadomił rodzinę, że przystąpIł do ruchu: narodo- 
wego, żegnał tedy naj droższych na czas nieogramczony... 
Wymykanie się młodzieży. trw
łc: już od paru ty- 
godni; były to jednak przedsIęwzIęCia na wł.asł:ą rękę, 
pojedyńcze lub po ,kilku,. bez żadne
o plan
 anI kIeru
u. 
Wykradano się rożnemI .rogatk
mI. 1 dązo
o w ro.zne 
strony, aby przyłączyć SIę do .Jak!egokol
Iek oddzIału 
partyzanckiego. Ale obok tego Istn
ała mysI. uformo
a: 
nia licznego oddziału młodzieży, ktorego kWIatem mIelI 
być akademicy wileńscy. (d. c. n.) 
B. Korwin. 


329 


.
		

/07.djvu

			ILUSTRACYE KOSSAKA DO POEMATÓW POLA. 


i 
< : 


,,' 

. 



.y. ;
;t?\:<
 
'\.:

 ' ,"" .

\. 

. ;, 
, 
,)} 000" '
. _ 
"I


o>.,\:
>J
i
:.

o 
, 



 



 
""'- - 
- :1.--,,- ...-.".. 



. 
'
y

-(
\>.,

 ,

::<'
 
 
; 
'
 
i ł. r1i'" j 
- ..t..- -- ... 


L, .<," ., ;>':
t:;
 , i'JV

_
",. . 
ł"
 ""',",,
.
 . 
 . 
 o, }
 .: ' , ;
 . '::ł
<.', 
:


 <;,<:c.: 'Je 
 ,: ,
' .:" 

,,;\ : 
, " r ",w1.' , '\ .,} c;"v -. :' 
'ł'':/ .. '1 J al 
 
;ii
 " 
 :.
<
.: 

f;' ,"
.. ł
", ",l 
. }';'
> ., , ł' . '0' 

,. '
;
'
 .i
, 
ł 
 ,4?;
:;;;:f::': 
....;"\P.... '""'.: 
.." " 
 '!-' 


J. Kossak. 


S T A D O M O H O R T A. 


Usposobienie i temperament artystyczny 
Juliusza Kossaka wyjątkowo się nadawały 
do odtwarzania wybitnych epizodów z po- 
ematów Pola. Artysta-malarz i poeta byli 
związani pokrewnością duchową, uzupełniali 
się niejaku wzajem. "Rok Myśliwca" Pola 
znalazł w Kossaku prawdziwie mistrzowskiego 
tłumacza, jak również "Przygody J. M. Pana 
Benedykta Winnickiego" i "Mohort." Obuk 
podajemy rysunki Kossaka, z treścią, za- 
czerpniętą z dwóch ostatnich właśnie po- 
ematów. 
Rysunek pierwszy wyobraża p. Benedykta 
Winnickiego, wracającego szumnie i bu1'1czu- 
cznie z radziwiłowskiego dworu w Nieświeżu; 


Rodzic "orżnął go" bizunem, "sfukal i zam- 
knął w komorze," a srogość ojcowską dopie- 
ro ks. proboszcz złagoe.ził. 
Dwa inne rysunki wyobrażają epizody 
z "Mohorta." Na pierwszym, sędziwy rycerz 
kresowy prowadzi gości swoich, wśród któ- 
rych znajdowal się ks. Józef i pani Fupardowa 
("prześliczna, młoda, llełna wdzięku cała, 
Kami1'1ska z domu, żona jenerała," która 
"jeździła konno niby Amazonka, a w ta1'1cu 
Gracya, że tylko malować, i kuć piękności 
każdego jej członka; grzeczność ukazać, 
wdzięk umiała chować, a przytem skromna 
i sercem wyniosła, jak gdyby wcale na kró- 
lowę wzrosła") - otóż Mohort tych gości 


v" 
f .1 
\1 

, 
-'& 


J. Kossak. PRZYGODY J. M. PANA BENEDYKTA WINNICKIEGO. 


"Gdym tedy już ujrzał i sady i blonie, 
l dworek rodzinny, i w łące te konie, za- 
wrzało mi w sercu, i lecę, jak ślepy; wtem 
spojrzę, aż ojciec powraca od rzepy. Pozna- 
łem go oraz, więc zwracam w lot koniem, 
pomijam figurę, nuż przez rów i błoniem na- 
przeciw. A ojciec zawołał od roli, poznaw- 
szy mnie także: - Powoli! powoli! Mo sanie, 
otawa! Kto jeździ przez błonia? A nazad! 
Figura! Zdjąć czapkę i z konia." 
P. Benedykt srodze odpokutował kre- 
wkość i następnie nieopatrzne złamanie postu. 


dostojnych prowadzi do swego słynnego sta- 
da w stepie, a na rysunku trzecim widzimy 
oględziny owego stada. Ustęp odnośny po- 
ematu brzmi: 
"Poczt był prześliczny, gdy ruszyJ po bło- 
niu. Na przedzie jechal, na srokatym koniu, 
najstarszy trębacz, sławny nasz Kafarek, 
a za nim siedział na kuli Zegarek. Tak zwał 
koguta, co go woził z sobą, bo był jak so- 
kół na to unoszony, aby znać dawał, kiedy 
nocną dobą czas zmieniać straże. Jakoż 
uzbrojony był czamy kogut w porządny ka- 


33Q 


,

> 
" 


. "
:,,,-
,"::;.1
' :
, 


.,' 

. 


:'.:::o
 


'-
 
" 


% 


.' 


" 


11 



< 
';-i,c 
«17 
- f 


.
;;
;;"
 


.d 
.... 
...
 
- 


#
'
Y;'i 
::f

 
;.
- 
t} 'ł -. - 

 "'J.,,
c'...., 


, . - < 
..." 

 "'::':.:",
 
:::
1i" - 
/-"'1
,

 ,
 
i
0 :':,:C'
 : . 


; -,
7
:
 
. ;;

 .
.
 " 




 

 
 ..:
:- 


?
..- 



 
,i: 
; '"' 

;£ 

. 

-
 

,. i' 
'i- 
 

 
 ';-. 

 ,:

;, 
:
",)r 4:. - . 




;t" 





)
 
 
'
...,.,
 ,: 
't:
-_



 

 

 "" '.- 

.- 


,; 

 


,,;
:; 
 


:
 


-::""1'- 



 


.,.0- 


- -- 
j .:
- "'
;;:""
:C ' 
. ". 
< -/::,
: ""':..$\ .
 
. ,.
 



 

, 




- 
-

 

 
J 


. .f":- 
_ 'ł_
 


>'...". 


dj


 
 j 
_-i <_ ,..-:; 
 


.,. -
 


::;;;;7.. ;

!' 
-!Ż
r .'. --, ,'- -, 


 - .- 
-
-- 


-
 


J : ł;..
 
. 
i..'" . ..

 

j .... 


'-- - ..
w . 
, 'r
 

" , "
: 

 
_: '.
-
-
" -' 
J[:-F - 1 
,

:. ''.-;o;
 ":
.".
:,
: - '
:j; ;: , 
. ',
 ' .J" '.' \},' ,." ''\ . 
..
 ___o l' : '
:
;:.:,:
: 
: 
k,ł
">

 
. .' /', . - - '-"'


 
' ' .
 
 -
 
' . ' ?:'

:
" t, 
 :-:.l. . 
 ' }: 
. 'r<
_ 
 
i :;; . l . _ 

"';4 
:;- :_łł.... - 
.. .J ,1. -i o. .., 
",
 .;
. " 
_>-:- 1:..
 
 
..l ,.-"
.t.'\ - f} 
- 
'c....'i"'
" 
. 
 - . 
<£ .. ".:' . :,
 
:\

 
. . 
 ,-....
jię. 
. 
,
 
...
' 
- " 
 
1:f[
' . 
, · "1"'," ,.", 
1-.'-
. 
 


.,. '-
"
 
f:i, 


" 


. t;
ł . 

L
 
'
t<;""" 

}l": 



--..
--- 


"j '0 
, 

:I 
l 


.
.


. 

-
 l' {


 


h 
 
-.
 .-";"; 


,k, 
"'
 ' 
1_ .,'_ 1 


:: 


-' 

 " 


,. 


...... 
t- 
. 


.:CJ
.
 


...
 
	
			

/08.djvu

			DNI LUTOWE 1846 ROKU W ŻYCIU POLA. 
Jesienią r. 18
5? Wincenty Pol odbył wycieczkę na- 
ukową po. StY:Y. I l Alpac? tyrolskich, zwiedził zakłady 
na
kowe l wroclł do kraj
 
ełen złowrogich przeczuć, 
ktore wzrosły po spotkamu Się w Tarnawie z Tvsowskim 
przyszłym dyktatore
 krakowskim. Zimę spę'dził w ci
 
chyrr: dworku Ma.rylpol
, 
 cał
 świadomością grożącej 
kl
s
I., . Gdy. termm ,onej ?Ię zblIżał, poeta, spakowawszy 
kSI.ąZk1 
 papI

, zbIOry l szacowniejsze rzeczy, udał się 
z zoną l dZlecilll do Lwowa. 
Jechał taborem o kilku brykach i na pierwszy nocleg 
stanął w 
olance pod Krosnem, majętności towarzysza 
z po
s!ama 1831 r., wypraw myśliwskich i doświadczonego 
przYjacIela, Tytusa Trzecieskiego. 
. . Był już luty. Ś?ie
i tej nocy, po kilkodniowej od- 

llzy, spadły tak wielkie, że nazajutrz bryki na kołach 
me mogły wyruszyć w dalszą drogę. Zima 1846 r. nie- 
zwykle Się s:ożyła - opowiada p. Kornelia Polowa- 
a w owe dm lutowe 

a w
ło się, że szatan zapanował 
nad naturą, aby ułatwlc dZieło zniszczenia i mordu. 
. P?d ,t
 samą noc, kiedy przybył Pol z rodziną do 
Pola
kI? sClągnęło, tam również kilka rodzin szlacheckich 
z najblIzszych wlose
. Rzeź szlachty już się zaczęła 
o
oło ,T
rn?wa, gdzie wymordowano pod Lisią Górą 
kJlkudzleslęclU powstańców, którzy dobrowolnie się rozbroili 
spotka
szy 
andy chłopów, bo sądzili, że .dając dowód 
za
f

la, pOCiągną ich za sobą do ruchu harodowego. 
\Vlesc o tym wypadku jeszcze nie dotarła do dworu 

 Polanie, je
o ja
 pożar w stepie, tak szerokim pasem 
ządza mordu l zglIszczy przeciągała z dziwną szybkością 
?d gromady do gromady chłopskiej. Znalazł się też 
I .bo
ate
 krwa:vy,. 
erszt na modłę średniowiecznych 
n
emleck1ch, galICYjski Gonta-a był nim Szela ze Sma- 
rzowy pod Jasłem. 
Według Dębickiego, nie hajdamacka to była natura 
pch
na. ,tylko butnoś
ią, krewkością, pragnieniem rabunku: 
ale Jakls ponury mistyk ludowy mówiący o dawnych 
kr
y:
dach, o karz
. Boż.ej, będący wcieleniem jakiejś 
?zIklej Nemezys dZIejOWej, dla rzekomej obrony tronu 
l porządku. 
Szela, ze stoicyzmem ch!opskiego teroryzmu, wy- 
mordow!lwszy rodzmę Boguszow, dawnych swoich chle- 
bo
awcow
, stanął 
a cze!e ban
 chłopskich i ciągnął od 
WSI do WSI" 
aląc I ra
uj
c dwor po dworze, mordując 
szlachtę,. kSlęZ.y, oficy
li

ow, mieszczan i wszystko, co 
czarno. SIę n?SI
o. WIesc o tych mordach nie doszła do 
Pola
kI. . WIdzIano t
lko. krwawe łuny na białym hory- 
zon
Ie 
Imowym, wIedzIano, że dzień oznaczony na 
na, ?W mesz
zęsny wybuch ruchaw ki już minął,-w łzach, 
wsrod modlItwy, w czarnych przeczuciach minęła ta noc 
z d. 19 na 20 lutego. 
. Nazajutrz ze świtem, parę tysięcy chłopstwa nad- 
?Iągnęł? ?O Odrzykonia. We dworze Polanki broni 
I amumcYI było podostatkiem dla rozpędzenia tej tłuszczy 
bo p. !ytus T:zecieski był zawołanym myśliwym. Ni
 
ko
u. jednak me p:zyszło na myśl, aby do ludzi strzelać. 
WIdzIano wprawdz
e, że tłum jest uzbrojony w bły- 
scząc
 
osy, c
py, z.e ma postawę wyzywającą i butną,- 
ale uzyc brom przcIw chłopstwu to rzecz nieszlachecka 
Wysta;c

 - j.ak. m
iemano 
 o
ezwać się do chłopów: 
przemowIc w ImIę Chrystusa I wIary, wyrozumieć, czego 



ądają, a j
śli okaże się czyjaś podmowa, przyprowadzić 
Ich rozsądme do upamiętania. 
J
koż znany z łagodności i dobroczynności dziedzic 
Polanki, o:az gość j
go, poe
a - rolnik, który kochał 
lu
, , badał jego obyczaje, 
nał jeg? m?wę i przeżył już 
wsr?d ludu szereg lat, zamiast WZiąĆ SIę do strzelb, za- 
u
ah potę?ze ,słowa.. O
rona wydała im się tembardziej 
?IeO?P?WIedmą, pomewaz we dworze było wiele niewiast 
l dZIeCI. 
Sło.wa, ja
 wszędzie, tak i tu, okazały się bezsku- 
tecznemI. Dwo
 
 Polance został zrabowany i znisz- 
czon:y z sz.ybk?sCIą błyskawiczną. W chwili, kiedy przed 
g
nklem dz
ed
Ic Trzecie
ki, Wincenty Pol i brat jego 
Jozef sta;ah SIę rozb
st
IOnych włościan uspokoić, za- 
rzucono. Im podstępme lmy pod nogi i obalono na ziemię. 
Tu, 

PI
ro, gdy runęli na ziemię, zaczęto cepami ich 

łOCIC, j
k snopy, a 0rr:dlałych skrępowano postronkami 
I ,p,rzywI
zano . 
szYStklch trzech do jednego drzewa. 
PIęC J?odzm Z
IS!I ,tak przy drzewie, zbroczeni krwią, 
czekaj
c na smlerc. Tłuszcza znęcała się nad nimi 
okr
tme. . To odchodziła od drzewa, jadła, piła, paliła 
ogme, mszczyła sprzęty, papiery książki rabowała 
w
zystko; ,!o znów po:vracała 
o jeńców, a n
jokrutniejsi 
opIlcy, zb
je, rozbestwIOne kobIety, wymyślali coraz to 
nowe mękI. 
, . C
łopi mieli rozkazane, aby nie mordować kobiet 
l dZIecI. Pani Polowa" ,wra
 z synem, nie odstępowała 
na krok od ,drz.ewa z jenCamI, gdy zaś oprawcy wracali, 

by zadawac n
esz
zęsnym nowe rany, zasłaniała sobą 

 ch
opczyną ojca I męża. T
n puklerz z ciała kobiety 
I dZIec
a doprow
dzał na ChWIlę do opamiętania zbójców. 
Lecz mezawsze I 
a o
rona była skuteczną. Skrępo- 
wany P
l pat;zył, jak kI
k
krotnie. odrywano od niego 
syna, ktoty SIę konwulsyjme do ojca tulił i z bohater- 
stwem d
Iecka bronił, jak rzucono chłopczynę w śnieg. 
Patr
ył, jak żonę toporem ugodzono w głowę, tak, że 
kr:V Ią , obl
n
, padła bez ,p:zytomności, a wtedy mały 
:"ICU,S .dzwIgał matkę, smeg przykładał na jej ranę 
l cucIł ją. 
Gdy si
 .to działo, t:
ej przyjaciele, przywiązani do 
drzewa, WCIąZ przechodzIlI przez biczowania. Pani Po- 
lowa, Ocuco
la,. wróciła wraz z synem do męża. 

 ZmowIę z tobą pacierz -- rzekła - może to już 
ostatm. 
. Jakoż. 
abr
miał wspólny pacierz, przy tym słupie, 
o
c
, matkI l dZIecka, do którego przyłączyli się, z dru- 
gIej strony drzewa przywiązani, Trzecieski i Józef Pol. 
Wobec, . modlitwy, ustały napastowania pij anego 
chłopst
a, sCIChły ochrypłe okrzyki j groźby. Lecz gdy 
odł:1awI
no słowa: "w, ręce, Panie, Twoje oddaję ducha 
mOj
g?, -,zdawało SIę, że ostatnia nadeszła chwila, bo 
wła?me d
oc.h konnych wpadło na dziedziniec. Jeden 
z mch, najwIdoc
niej tylko przebrany za chłopa, dał 
roz
az, aby powIązanych odstawić do miasta. Tonem 
wyzszym,. a tym akcentem łamanym, który obce zdradzał 
P?chodzeme, c
ytał z kartki imiona buntowników poszu- 

Iwanych.. Wmcenty Pol słyszał, jak chłopi powtarzali 
Jego nazwIsko. 

abitych i poranionych odwiązano 
c
arm, aby 
k:ępować na nowo w żywy 
me c, stopamI jednego do szyi drugiego; 


od słupa mę- 
i krwawy wie- 
tak skrępowa- 


332 


- 
If"......- 


... 


. 


f 
-
. 


-'!! 


..... 


nych rzucono na wóz, który JUZ stał zaprzężony. 
Wówczas przypadł jakiś rozbestwiony chłop i ciął poetę 
kosą w głowę. Pol otrzymał już przedtem trzy rany 
kosą w głowę; otrzymawszy nowe, silniejsze cięcie, upadł 
twarzą na wóz. 
- Zabity! Zabity! - zawołała pani Polowa. 
Lecz Pol znał się dobrze na ranach z kampanii 31 r., 
szepnął więc żonie: 
- Bądź spokojna, nie szumi mi w głowie, to rana 
nic nie znaczy. 
W ówczas rzuciła się nieszczęśliwa kobieta ku opraw- 
com i chcąc uchronić męża od dalszych katowań, krzy- 
knęła: 
- Macie, czegoście chcieli... zabiliście go! 
Jakoż chłopstwo odstąpiło od woza, a pani Polowa 
zapytała męża: 
- Ciebie biorą, ja cię już nie obaczę... jakąż mi 
dajesz radę? 
Poeta odparł rozpaczliwie: 
- Nie umiem ci poradzić! 
\Vozy ruszyły z dziedzińca Polanki drogą ku Jasłu. 
Pani Polowa z trojgiem dzieci, z których naj starszy, 
9 letni \Vicuś, w stanie szału, wróciła do spustoszonego 
dworu, gdzie inne czekały niewiasty. 
Dwaj Polowie z Trzecieskim, skrępowani na wozie, 
za nimi wóz drugi i trzeci, naładowany ciałami innych 
mężczyzn, ujętych w Polance, przebywali drogę do Jasła 
etapami od karczmy do karczmy. Przy każdej karczmie, 
gdzie nowe bandy zatrzymywały pochód, spadał jeszcze 
grad cepów i pałek na rannych. W szybkim pędzie sta- 
nęły wozy przed dworem w Moderówce, majętności Go- 
rajskich: tu rabusie odstąpili, a wozy otoczyło wojsko. 
Jeden to epizod - nadmienia Dębicki - a takich 
było tysiące, dotychczas niezebranych i nieopowiedzia- 
nych. Dziś znikły z oczu te obrazy, już nas one więcej 
postrachem i zmorą nie zbudzą ze snów. Znikły one 


11l1RYl1N Gl1 \v'l1LE\v'ICZ 


odrazu z serca całego społeczeństwa. Zbrodnia ta straszna 
nietylko była bezpośrednio odpokutowana szeregiem plag 
egipskich, głodem i pomorem, gdy ziemia, krwią zbro- 
czona, odmawiała przez lat dziesięć urodzaju, licznemi 
klęskami, które spadały na kraj i całe państwo,-ale co 
więcej, co ważniejsze i szczytniejsze, zbrodnia ta została 


... 


.. 


"'I 



, ' , ; 
- 
.', 


"" 

 
j"f' 
, 
 



 



 


L. 
!,., 


" ' \,.,.. 


WINCENTY POL. 


odrazu przebaczona, znikła z serc. Nietylko, że ze strony 
tak pokrzy
dzonej szlachty nie odezwał się żaden głos, 
wzywający kary Bożej lub pomsty ludzkiej, ale wnet 
przyszły pieśni i czyny przebaczenia, chrześcijańskiej 
skruchy i pojednania. Wyjątkowy to w dziejach fakt 
i wzniosłe świadectwo dla kraju naszego, dla tej szlachty, 
często tak źle sądzonej i tak niesłusznie potępianej- 
ten fakt szczerego i zupełnego przebaczenia. -dz.- 


W I f.\. 


VIII. 
F anu Gutweibowi ani się śniło o tern, że ma lokatora, 
który dla oryginalności lubi łazić po dachu jego kamie- 
nicy; co zaś do rządcy, pana Sanftkinda, ten o licznych 
lokatorach swojego kuzyna wiedział zwykle tyle tylko, 
ile mu sumiennie zaraportował Onufry, który wszela- 
ko, pomimo całego zaufania do "pana rządcego," nie ze 
wszystkiem mu się zwierzał, choćby przez samą prze- 
zorność, aby mu się nie dostało .,mydło" za dopuszcza- 
ne wykroczenia i dzięki temu jedynie, letnie spacery La- 
tarnika po dachu pozostały tajemnicą, której nawet pani 
Onufrowa,-prawie wszystko wiedząca, co się działo od 
suteren do strychów "w naszym domu, "-nawet się nie 
domyślała. 
I dlatego to właśnie w naj krytyczniejszej chwili 
przezorność A wdyńskiego mogła odnieść świetny tryumf 
i ochronić go od nader ryzykownego spotkania z przed- 
stawicielami władzy policyjnej, z niebezpieczną żandar- 


15) 
POWIEŚĆ Z OSTATNICH CZASÓW. 


meryą i drobiazgową ciekawością panów ajentów tajnych, 
którzy o tak spóźnionej porze fatygowali się do niego nie- 
tylko W niewinnym celu zwiedzenia osobliwego mieszka- 
nia na samym szczycie kamienicy pana Gutweiba. 
Przygotowany oddawna na tego rodzaju wizytę, 
Latarnik nie stracił też przytomności wobec grożącego 
niebezpieczeństwa; zmieszał się w pierwszej chwili, ale 
równie szybko odzyskał równowagę, mając pewność, że 
się wymknie z fatalnej sytuacyi i znajdzie środek ocale- 
nia siebie. 
Dobry strategik wcześnie myśli o zabezpieczeniu so- 
bie odwrotu na wszelki wypadek. 
Rzeczy niekiedy najdrobniejsze bywają w skutkach 
bardzo ważne i przedziwnie pomocne lub szkodliwe. 
W danej sprawie zbytnia oszczędność pana Gutweiba ura- 
towała może nawet życie jego naj szczytniejszemu lokato- 
rowi, bo egipskie ciemności, panujące na schodach po- 
wyżej trzeciego piętra, zmusiły całą wyprawę rewizyjną 


333
		

/10.djvu

			do zatrzymania się właśnie w chwili, która mogła zade- 
cydować o losach A wdyńskiego i Dybikówny. 
Ekonomia kamieniczników miewa" także swoje do- 
bre strony, a że każdemu człowiekowi, bez względu na 
rangę, urząd i zajęcie, całość własnego nosa jest miłą, 
więc nie chcąc go narażać na rozbicie, panowie przy 
ostrogach i bez ostróg polecili Onufremu "duchem zaży- 
gać światło," zanim się dalej ku samym szczytom 
in- 
do wać zaczęli. 
I właśnie ta mała, nieprzewidziana przerwa wy- 
starczyła Latarnikowi, aby schwycił ze stołu jedyny 
corpus delicti
 który nietylko jego, ale i wielu innych 
mógł "skompromitować," aby..... nacisnął na głowę kape- 
lusz a na ramiona zarzucił płaszcz,. ukrywając pod nim 
fatalną tekę, i jednym kocim skokiem znalazł się na 
oknie swej latarni. 
- Pst!... nie bój się niczego! - żdążył jeszcze sze- 
pnąć Dybikównie - okno za mną zamknij, tylko cicho; 
postaraj się zatrzymać ich jak najdłużej za drzwiami! 
Nie zdradź się z niczem!... Powiedz, że jesteś moją ko- 
chanką i że przyszłaś nocować u mnie!... O resztę bądź 
zupełnie spokojną! 
Uścisnął jej rękę i po cichu, jak cień, wsiąknął 
w czarną noc za oknem. 
Dziewczyna zebrała wszystkie siły, aby się zdzier- 
żyć i mocną okazać wobec losu, który wystawiał ją na 
próbę, naj cięższą dotąd w życiu. 
Zrozumiała odrazu, że musi postawić wszystko na 
kartę, że od jej sprytu, przytomności umysłu, przebiegło- 
ści kobiecej zawisło uratowanie A wdyńskiego i jej samej, 
że musi uzyskać dlań tyle chociaż czasu, aby mógł po 
ciemku przebyć tę karkołomną drogę po dachu, przedo- 
stać się na sąsiedni strych i wyśliznąć z pułapki. 
Inaczej oboje mogą być, straceni, a co najwaźniej- 
sza, wraz z nimi może być narażoną sprawa partyi i dal- 
sze jej losy, mogą wpaść w ręce policyi dokumenty 
i plany całej organizacyi; tyle pracy, zachodu, poświęce- 
nia może pójść na marne i wniwecz obrócić się dotych- 
czasowy' zasiew przyszłości. 
- panie Boże! - Matko Najświętsza, pomagaj!- 
szepnęła w skupieniu ducha, drżącą ręką kreśląc szybko 
krzyż na piersiach. 
W tej samej chwili usłyszała szorstkie poruszenie 
klamką i pukanie do drzwi zewnątrz. 
- A tam kto?-spytała głosem silnym, starając się 
nadać mu akcent pozornej obojętności. 
- Tielegramma!--odpowiedział niemal dobrodusznie, 
prawie słodko, jakiś uprzejmy baryton;-pozwólcie otwo- 
rzyć!... 
- Telegram?.. a do kogo? 
- Pan Awdyński jeśt?.. a?.. 
-- NiemaL.. 
---.:. Jakże niema?... musi być-tłumaczy grzecznie 
mniemany roznosiciel telegramów-my przecież wierny, 
co jest w domu. 


- Jacy my?-zawołała, korzystając z nieostrożno- 
SCl mówiącego, aby przedłużyć rozmowę; - to was tam 
jest kilku?... No, noL.. Od kiedyż to depesze nosicie całą 
bandą? 
Za drzwiami nastąpiła widocznie konfuzya; przyci- 
szony szmer dał się słyszeć. 
Potem skrzypnęła Z':1OWU klamka znowu powtó- 
rzyło się pukanie, tylko już silniejsze i niecierpliwsze. 
- Proszę otworzyć! - odezwał się inny głos 
męski, bardziej stanowczo i jakby rozkazująco. 
Dziewczyna rękoma przycisnęła sobie falujące piersi 
:c. i spróbowała skorzystać jeszcze na czasie. 
- A jakże!... będę tam akuratnie otwierała po nocy 
lada komu! - ofuknęła niby natrętów. - Nie otworzę-; 
bo jestem sama i boję się; może jakie złtdzieje, albo co!... 
Drzwi pod naporem z zewnątrz zatrzeszczały. \, 
- Atwaritie, atwą.ritie! - dało się słyszeć pono- 
wnie, ale już tonem groźnym. 
- Kto tam?... trzeba powiedzieć wyraźnie, kto tam? 
- Palicya! - odezwał się głos ostry i podrażniony 
z po za drzwi, które zadudniły teraz już pod brutali1em 
uderzeniem całą pięścią. 
- Policya?.. no, to co innego; po co było kłamać!- 
odrzekła, zwlekając się niby z łóżka, a po drodze rozpi- 
nając szybko stanik i kołnierzyk na szyi, aby sobie na- 
dać pozory pewnego zaniedbania. 
Przekręciła klucz w zamku i odsunęła zatrzask. 
Do latarni energicznym krokiem wpadło kilku woj- 
skowych; w szynelach i czapkach na głowie, zapełniając 
w jednej chwili całą izdebkę, rzucając na wszystkie strony 
bystre, ciekawe, badawcze spojrzenia. 
Nizki, przysadkowaty blondyn z bródką, z oficer- 
skierni. szlifami na ramionach, stanął pośrodku i wodząc 
wzrokiem dokoła, spytał po pols
u: 
- A pan A wdyński gdzie?.. a?... niema go? 
F
la oparła się o łóżko i wysilając się na pozorny 
spokój
 odpowiedziała: 
- Przecież mówiłam!.. żeby był, to byłabym od- 
razu otworzyła. 
Za drzwiami dostrzegła głupowato zdziwioną fizy- 
ognomię Onufrego i resztę wojskowego konwoju. 
Oficer zmierzył ją przelotnem spojrzeniem, niby od 
niechcenia, wziął sobie krzesło, usiadł i wyjąwszy srebrną 
papierośnicę, nabitą suto pamiątkowemi inicyałami, zapalił 
papIerosa. 
- A panienka co/tu robi?.. a?.. - spytał z uśmie- 
chem - tak sobie przyszła?... co?... bez interesu?... Pro- 
szę powiedzieć prawdę. 
Wzruszyła ramionami i zaczęła zapinać napowrót 
stanik z miną, jakby trochę zakłopotaną. 
- Ja tu przecież co dzień przychodzę _ rzekła, 
Opuszczając wstydliwie.-
 oczy - - czemu nie mam przy- 
chodzić!... cóż to mi nie wojno, czy co?.. 
- Ahm!... pewno, pewno; panienka może krewna, 
znajoma?. może być przyjaciółka?.. a?.. - badał daJej 
dziwnie ugrzeczniony blondyn ze szlifami. 


334 


, 



f 


1.- 
[t.- 


.j, ) 


. 
 
,i _ 


ot: 


f 


... ... 


4... 


- 


f, ..... 


U dała, że się [uśmiecha i że nabiera zaufania do 
swego interlokutora. . 
- Pewnie, że przyjaciółka!-mówiła przyciszonym 
głosem'- a nawet więcej, niż przyjaciółka, bo... narze- 
czona. 
Oficer przymrużył jedno oko i przypatrywał Się 
uważniej dziewczynie. 
- Narzeczona nawet?... no, proszę!.. I panienka 
może tu mieszka, a?.. czy tylko tak po nocy odwiedza 
t .;> ;> 
narzeczonego?.. Nie meldowana tu aJ.... co. ... 


- Mieszkać, to ja mieszkam gdzieindziej - zaczęła 
Się tłumaczyć - przy ojcu. 
- Aha!.. tak koniecznie przy ojcu, to się wie. 
Ojca zawsze mieć trzeba) - mówił z żartobliwym uśmie- 
chem na ustach, ale _
talowe oczy surowo i bystro pa- 
trzały na nią. - No tak cóż? - .'to się pokaże; koniecz- 
nie się pokaże!... A wasza familia jak? - zwrócił się 
nagle do niej z zapytaniem, dając ręką znak rewirowemu. 
aby mu podał tekę z papierami. (d. c. n.) 



 


....... 


W OBOZIE KOZAKÓW SUŁTAŃSKICH. 


7) 


P owróciłem O 9-ej. Poeta prz
szedł. d
 mego pokoi,u 
dowiedzieć się o rezultacie. RozmawIał duzo I długo o mno- 
stwie rzeczy. Trwało to do pół do trzeciej. Ne:dszedł 
mój nauczyciel jęz
ka turecki
go. 
oeta pozostał I prz
- 
słuchiwał się lekcyI. Gdy Się skonczyła, odezwał Się 
do nauczyciela:. _ .' . 
- Czy możesz pan dawac I mme lekcye, na 
yc
 
samych warunkach, co i p. U
vy? Razem I?rzysłuchlwac 
się będziemy lekcyi i skorzystamy obydwaJ. 
Stanęło na tam, że. umówiliśmy na w
orek. . 
W niedzielę poeta zjadł obiad ze smakiem: pIeczone 
kurczę i pół butelki bordeaux; wcale d?bry okazy:v

 
apetyt. Niecierpliwiło g? tro
hę, że je: mc z. tego ]esc 
nie chciałem, zadawalając Się odrobmą ryzu. Byłem 
wśród dnia nieco cierpiący i zachowywałem troch
 dye!ę. 
Poeta pracował czas pewien nad ję
ykien: t
re
klm, j
, 
ze swej strony, przygotowywałem Się u ?Ieb
e ,dO lekcyI. 
O lO-ej wieczorem poszedłęm pow
edzIec mu .d?: 
branoc.. Potem przyszedł jeszcze do mme, by przyme
c 
mi, jak codziennie na noc, d;ugie futro. Czułel)1 SIę 
bardziej cierpiącym. Około połnocy poeta wstał, aby 
się napić herbaty. Postrzegłem to, ale tak byłem prz
- 
gnębiony, że odwróciłem się tylko na drugI bok, me 
pomyślawszy nawet przyjść ':lu z p0n:-0cą.. " . 
Dnia 26 listopada-opowiada Sł.uzalskl-MlCkI
WlCZ 
wstał raptem z łóżka, czując mdłoścI. . Ja. przystąl?Iłem, 
prosząc, by język pokazał. Odrzekł mi, ze to mc, to 
żółć i zaczął się śmiać, mówiąc: . 
- Ty tak widzę, jak mój Józio, w czasie ch?roby 
matki. Kto tylko się do mnie zjawił, domagał Się: - 
Pokaż język! . 
Zaraz wśród rozmowy potocznej potrąciłem, że 
może by nieźle było doktora się zara?zić; m
żeby. uzpał 
za potrzebne wziąć na przeczyszczem
 lub zl?łek)alnch. 
- Daj pokój, to nic. Ot, każ mi p
ędzej dac kawę. 
Wypił, jak zwykle około S-ej, s
klankę kawr z ko- 
niakiem z gęstą śmietanką, bez cukru I z małym, jak dwa 
palce, kawałkiem chleba. Zaczął tytoń palić.. 
Levy tymczasem dłużej odpoczywał P? 
le ?pędzo- 
nej nocy. "Nadszedł - pisze do Wł.,. MI

IewI
za ----:- 
służący p. Sadykowej. Wstałem.. T
OI oj
lec .mIał SIę 
dość dobrze. Powiedział mi, że jest meco Clerpl
cy, 
le 
że to nic złego. Nie dopytywałem się zbyteczme n: me - 
mając, te to słabość, która dokuczał
 mu zwy
e. NI
raz 
wyrzucałem sobie, że nie byłem dma tego .mespoko]ny; 
przebywszy jednak w przeddzień. te s
m
 objawy r
zwol- 
nienia i wymiotów, nic w tern me widziałem 
ozneg? 
uspokajało to także twego ojca. Ani ja, am on me 


myśleliśmy o wez
aniu lekarza. Czułem się na siłach 
wyjść z domu, mówiłem więc s
bie: - Jutro. t
k samo 
z nim będzie. - A jeśli wracając z Wysokiej Porty, 
wstąpiłem do d-ra Drozdowskiego, by mu. powiedzieć, 
żeby przyszedł, stało się to przypadkowo. Zaden z nas 
nie myślał o cholerze." 
Jeszcze Levy był w domu, Mickiewicz powtarzał 
mu wiadomości które właśnie otrzymał od Sadyka Baszy, 
gdy nadszedł 'pułkownik Kuczyński: Mickiewicz. był 
dość wesoły, rozmawiał z KuczyńskIm długo, między 
innemi rzekł: 
- Wiesz żem się zaczął uczyć po turecku. Lękam 
się tylko żeb
 się ze mną tak nie stało, jak z jednym 
z królów' naszych, o którym kronika mówi, że już nieźle 
sylabizował, kiedy go śmierć zaskoczyła. 
Potem mówił wiele o toczącej się wOjnie i uważał, 
iż każdy z polskich emigrantów winien brać w niej 
udział. Co do siebie, powiedział: 
- Jaw tern przekonaniu opuszczałem FrancYę: 
Myślałem w duchu: gdybym wi
dział. nawet, że w TU
CYI 
gdzieś mam umrzeć na cholerę, ja.dę jednak,. b
 tam jest 
dziś moja powinność; wolę być pIsarzem w jalnm p.u łku 
kozaków polskich, niż kanclerzem Instytutu FrancuskIego. 
Wreszcie mówił dużo o swoich dzieciach i zakoń- 
czył o naj młodszym, w którym wiele, w:dział rzecz
 
uderzających na wiek jego dziecinny. O
(Oło d,
unastel 
uczuł mdłości i lekką dyaryę. Położył Się na łozku, ale 
ani on sarn ani jego przyjaciele nie byli zatrwożeni. 
Około godz.' 2-ej Levy wyszedł w interesie poety. K:r- 
czyński został aż do godz. 3-ej. Mickiewicz czuł Się 
niby lepiej i zapragnął spoczynku. 
O godz. 4-ej - pisze Służalski - p. Adam. zapyt
ł, 
czy obiad przygotowano, mówił, że ma ape
yt I p
os.lł, 
bym mu przyniósł butelkę bardeaux, bo czuJe pra
meme. 
Prosiłem Bednarczyka, który nadszedł, aby chwIlkę po- 
został z p. Adamem, py mu skróci
 czekanie 
a obiad. 
We 20 minut, za powrotem, zastaję gospody
ę dom
 
przy łóżku, która mi powiada, że p. Adam chcIał wstac 
i zemdlał. 
- Słabo mi coś - szepnął teraz - mam w żo- 
łądku kurcze, lecz to przejdzie. 
Nadbiegł Bednarczyk z d-rem Gembickim, któreg? 
na ulicy spotkał. Doktor posłał po krople ?O apt
k
. 
Nim te przyniesiono, zaczął p. Adam skarżyć Się mocnIej, 
że mu źle i natychmiast zachrypł, już; cicho. ze. mI
ą 
rozmawiał. Po pierwszej łyżeczce kropli powiedział, ze 
mu lepiej, chciałby się tylko trochę zdrzemnąć. Po kilku 


335
		

/11.djvu

			\ 


minutach spokoju, chory zażył drugą łyżeczkę kropli. 
Zapytany przeze mnie doktor, odpowiedział: 
- Nie mam wielkiej nadziei uratowania go. 
Struchlałem. Odezwałem się jednak do p. Adama: 
- Niebezpieczeństwo może zagrozić, gdy się cho- 
roby nie okiełzna; więc nie trwożąc się, trzeba brać 
lekarstwo. 
Uśmiechnął się na to. Po chwili, zawsze przyto- 
mnym głosem, powiedział: 
- Weź papier i pióro, będę dyktował. 
Gdym stanął z papierem przy łóżku dla pisania, 
rzekł: 
Nie. Źle mi. Obacz, czy mi ręce nogI me 
sImeją. Chciałbym trochę usunąć. 
Tu pokazał mi palec wskazujący prawej ręki. 
- Patrz, zgiąć go nie mogę. 
N a to zgiąłem palec. 
Ręce były zimne, nogi już gorącą wodą ogrzewaliśmy. 


.



..

 

-,; 
 
.

 
 
 r:.
; 
- j ' fr
 
:i 
\: > :" I 
+ł: '

1 
 
I 

 


,,-

.J<,?'.
"


'P-?,.
..... 



1?'
 


,,;;J,,-ił'y,. 
, ,.' " c
 J " 
:Ji>':£
" . , .:
 ,: _ ',' 
 
. 
. . 
 
r
 " 
 
 ,

 ,', , 
;
.... tf
. 
 ....,,
 .
 - 
 .i' 
 
 -' .' - _ 

 . '.
, "">,:\,, ,." . o> 
. 
) ;,.
){f'. ".;
>ił.

", _ _04', 
.. 
NF.YIRlĘOllRtlJ)fłE\ Nl.QDZIł:..... "'1I
lf.' 1

\'.U;Ci\ZI0}jr.R ",,-rn ""
" 
ło
 . . ,,

"1: 
.. 
1,;
'-:,
"-..

_,,>, 
.
.;< 
"..
 . 
:::.

:
ł.:


;;;.
;::

,
:
;"
:;,
T1'
:'!X'-;.,. 
..._

,..

': :'
 . 


A. Oleszczyński. 


ADAM MICKIEWICZ NA ŁOŻU ŚMIERCI. 


- Poślij mi po ks. Ławrynowicza-szepnął p. Adam. 
Doktor tymczasem całe ciało ol
ładał synapizmami. 
Przyleciał ks. Ławrynowicz z d-rem Drozdowskim, 
doktor trzeci N arkiewicz, dalej czwarty Szóstakowski. 
Z księdzem już nie mógł chory mówić, tylko, na moje 
prośby, czy nie ma co powiedzieć dla dzieci, odrzekł 
słabo: 


" 
Z CYKLU "JV\ORZE 


TORPEDA. 


FaJe pluszczą, zaszumiały wiry, 
florze sine trwogą drźeć poczyna, 
Okręt, w niebios wpatrzony szafiry, 
Łono fali dziobem swym przecina. 


Pod drżącemi piersiami Delfina 
Szumią fale w wielkim niepokoju, 
Krwawych bojów nadchodzi godzina, 
Płynie okręt gotowy do boju, 


- Powiedz im, niech się kochają...-a po pewnym 
przestanku, dodał: - zawsze. 
Około o-ej - opowiada Kuczyński - Levy wrócił 
i dowiedział się na schodach, że p. Adam jest konający. 
Wchodząc do stancyi na górę, usłyszał od Służalskiego: 
Mój biedny przyjacielu, on stracony! 
- Jakto? 
- To jest cholera... 
Spostrzegłszy Levego wchodzącego, Mickiewicz, 
zapominając o własnych ,cierpieniach, zapytał go: ' 
- Jakże się masz? 
Nie chciał więcej zażyć 
byłoby dobrze, gdyby mógł 
wyszli ze stancyi. 
Chory zatrzymał Levego, mówiąc do Służalskiego: 
- Dobrze mu tu. 
Po chwili rzekł do Levego: 
- Nie wiedzą, co mi jest,-chcą mnie rozgrzać, a ja 
cały w ogniach. 
Potem zasnął trochę. 
Drozdowf:ki robił mocne nacierania. Chory zawołał: 
- Oni zedrą mi skórę, jak biednemu pułkownikowi 
Idzikowskiemu, a ona mi nazad nie porośnie! . 
Dal].o mu znów laudanum, - nic nie pomogło, boleści 
się powiększyły. Poeta pasował się z niemi bez skargi. 
O godz. 6-tej Kuczyąski wrócił. Mickiewicz poznał go 
i już niemal konając, rzekł do niego: 
- Kuczyński... pułk kozakówotomańskich... 
Znów zaczęto nacierania bardzo silne. "I ja mocno 
tarłem - pisze Służalski. - Wtedy ksiądz, na zdanie 
doktorów, że źle bardzo, dał Ostatnie Namasczenie. 
Od tego momentu miał p. Adam fizyognomię drzemiącą, 
nic nie zmienioną, puls widocznie niknął. Modliliśmy 
się. Nareszcie przed 9-tą wieczorem, Bogu ducha oddał. 
Levy zamknął mu oczy. Przy łożu śmierci, oprócz 
mnie, było osób jedenaście: Kuczyński, Levy, < Bednar- 
czyk, ks. Ławrynowicz, kapitan Rudzicki, kapitan Per- 
kowski, Duchiński, Gembicki, Orozdowski, Narkiewicz, 
Szóstakowski. " 
"Czy to była cholera? rozważa Levy. - Kto to 
wiedzieć może na pewno. Nie było śladu szczernienia 
(co, jak mówią, bywa w. podobnych wypadkach) ani 
po śmierci, ani przedtem. Zadnej zmiany oddechu, nawet 
podczas konania. Ni śladu rozkładu, nawet po upływie 
24 godzin. Jeden z lekarzy oświadczył, na półtorej go- 
dziny przed śmiercią, że zupehlie niema cholery; inni 
do końca twierdzili, że to nie jest cholera." 
R. Karczewski. 


laudanum. Myślano, że 
zasnąć, wszyscy tedy 


l\.rmat śpiżem błysczą statku biegi, 
Sztandar barwny w słońcu rozpostarty, 
Na pokładzie żołnierzy szeregi, 
Szyk formują i luzują warty. 
Szum dolata z głębi fali łona, 
To torpeda zdradziecko puszczona, 


Bije \t! statku uZbrojone burty. 
l wnet okręt pełen groźnej siły, 
Rozłupany, zejdzie do mogiły, 
VI chłodzie morza, pogrąży się nurty I 
Władysław Karoli. 


336 


. 


I 
I 
't 


,. 


,. 


j 


.... 


CO NAM POZOSTAJE? 


. 


Z zawieruchy rewolucyjnej, która wstrząsnęła naszym 
krajem, z krwawego plonu walk bratobójczych, z piołu- 
nowych goryczy zawodów i promiennych nadzieij polity- 
cznych, pozostało i pozostanie nam jedno, czego nie odej- 
mie nam żadna przemoc... 
Tą zdobyczą jest rozniecone i utrwalające się poczucie 
równości i godności obywatelskiej, poszanowanie pracy na 
wszelkich jej szczeblach, słowem demokratyzm społeczny, 
który z górnych frazesów i książkowych teoryj, wszedł 
w nas i objął w mózgach i sercach trwałą siedzibę. 
Nie obeszło się to bez wstrząśnień bolesnych. 
O ile jedni radośnie powitali ten przypływ kultury, 
jako przedświt nowego życia, o tyle do drugich, opance- 
rzonych filisterstwem i egoizmem sobków, wdarł się on 
prawie przemocą, czyniąc wyłom gwałtowny, lecz faktem 
jest, że żadna pierś polska nie mogła się ostać przed 
tym potężnym nakazem życia, który stanie się zwrotnym 
punktem naszego rozwoju narodowego. 
Bo cokolwiekbyśmy starali się powiedzieć na swoje 
usprawiedliwienie, jakiekolwiek przedtem rzucaliśmy gro:" 
mkie hasła pojęć demokratycznych, to jednak między 
słowem a czynem, między teoryą a życiem panował 
nieustanny a gorzki rozdźwięk. 
Mówiliśmy o poszanowaniu pracy, lecz ten szacunek 
rozmieszczaliśmy na tak licznych szczeblach światowych 
uprzedzeń i śmiesznos[ek, że zostawały z niego tylko 
liczmany i plewy. 





r&;r&;



' 


Idealizowaliśmy czarną, zgrubiałą dłoń robotnika, lecz 
wstydziliśmy się ją serdecznie uścisnąć. 
Wystawialiśmy trud rolniczy jako ostoję polskości, 
lecz w skrytości ducha, nie dowierzaliśmy ciemnemu 
a chytremu chłopstwu, jak go pogardliwie nazywaliśmy. 
Te uprzedzenia, j
kkolwiek tajone, były widoczne 
i z nich wyrosły owa nieufność i podejrzliwość, jakie 
krzewiły się u dołu - ku temu, co szło z góry. 
I temu to należy przypisać łatwość dostępu do umy- 
słów mało oświeconych i ubogich duchem narodowym- 
wrogich, wywrotowych teoryj socyalistycznych i wykwitłą 
z nich nienawiść do warstw oświeceńszych. 
Lecz zjawisko to jest przemijające, podobne do 
kąkolu, który wyrosnąć musiał na zaniedbanej niwie 
narodowej i krzewić się będzie dotąd, póki serca nasze 
nie otworzą się naoścież w poczuciu braterstwa, póki 
nie zakwitnie w nich prawdziwie chrześcijańska miłość 
bliźniego dla każdego, kto żyjąc z nami na jednej ziemi, 
ma te same prawa, uświęcone wiekowym uściskiem 
i krwawym znojem pracy i cierpienia. 
Gdy to nastąpi, odrodzi się w nas moc spójni jednej 
Matki-Ziemi ojczystej i będziemy silni, nie przez opor- 
tunizm polityczny, nie przez przygodne a przemijające 
konjunktury, lecz przez wewnętrzną narodową moc. 
Lecz, żeby cel ten osiągnąć, należy otworzyć szeroko 
pierś i wchłonąć w nią ten zbawczy przypływ idei de- 
mokratycznej, który ku nam wytrysnął z krwawej fali 
rewolucyjnej. s. K. 


cichej i pracowitej ziemi naszej, trysnęły jego otwarcia. Co jest sokolstwo, jakie jego 
dwa źródła czyste i ożywcze, wyrosły dwa cele - czyż mam o tern mówić szeroko? 
drzewa, rodzące owoc pożywny i zdrowy, Czy nie zapisane są hasła jego w sercach 
Uzupełniając wiadomość, podaną w ru- naród nasz stworzył dwie instytucye: Macierz waszych? Sokół-to przedewszystkiem zdro- 
bryce " Chwila bieżąca", o uroczystem' ,Szkolną i Sokoła. Naród wy'czuł, iż pierw- wy rozwój ciała, rozwój sił fizycznych 
otwarciu Gniazda Sokoła Polskiego w Pe-" 'szym obowiązkiem jego, po zdjęciu krępu- i zr.ęczności, a co za tern idzie-hartu woli 
tersburgu, dajemy dziś rysunki, wyobraża-I':jących więzów, jest walka z ciemnotą, walka i ducha. Sokół - to równość, jedność, to 
jące grupy sokołów i sokolic, a także mowę,l
 z cherlactwem fizycznem i duchowem. I ciepły bezwzględne braterstwo, to stowarzyszenie, 
stojące po za wszelkiemi partyami, z dala 
od wszelkiej polityki; stowarzyszenie szcze- 
rze, prawdziwie i na wskroś demokratyczne, 
a demokratyzm jego nie w słowach, lecz 
w czynach, w tych oto szeregach druhów, 
stojących tu ramię przy ramieniu, wszelkich 
stanów i wszelkich stanowisk, wszystkich 
równych. Ale Sokół Polski tu, w Peters- 
burgu, to jeszcze w wielu wypadkach uczel- 
nia mowy ojczystej, to miejsce godziwej 
rozrywki, to spójnia i zrzeszenie się warstw, 
dotąd zupełnie sobie obcych. I dlatego 
właśnie zadania Sokoła są tu nader poważne, 
dlatego praca nasza winna być bardzo szczerą, 
bardzo sumienną i bardzo obmyślaną, aby 
stowarzyszenie to mogło zjednać sobie uzna- 
nie i miłość wśród swoich, oraz szacunek 
dla imienia polskiego u obcych. Pod nasze 
więc- skrzydła możemy wzywać śmiało 
wszystkich, w kim tylko bije serce Polaka. 
Skromną uroczytość naszą uświetnić raczyli 


.iJ Y' rf


cr':ł 
. -ł.:",:-: -"
k: .' >:1. ";::j;::' 

.} 
 . f
: 
 .: ;' 
- - . 
 , - -;.- 
 '- " - - ' -' '-.-' 
 
 
'
 \'. " 
., " "&, - '

i\/. -- 
 '. 
., ,'
 
r 


Echa uroczystości sokolskiej 
w Petersburgu. 


e 
..... 
" 

 , 
" , ;... (
=.:- ..' 


. 
 -¥-=--- -. 

. ';\ < _ -
 'J 


. "?>- 



".- 


. t 
:
'!" ". 


. 
. 


CHÓR PETERSBURSKICH SOKOŁÓW POLSKICH 


Pośrodku druh-kierownik, M. Kossowski. 


w brzmieniu dosłownem, wiceprezesa zwią- 
zku, p. Nowakowskiego, która wywarła głę- 
bokie wrażenie i wywołała burzę długo nie- 
milknących oklasków. "Z odmętu walk - 
tak zaczął mówca - ze zgrzytów niena- 
wiści, ale wyżej po nad nie, z samej głębi 



 


l 


wiatr rozwiał nasiona daleko po za obręb 
naszego kraju, na szerokie przestrzenie ob- 
szernego państwa, i zaniósł je wszędzie, 
gdzie tylko biją serca polskie. - Na dalekiej 
północy, nad brzegami Newy, Sokół uwił 
swe gniazdo i dziś święcimy uroczystość 


337
		

/12.djvu

			obecnością swoją przedstawiciele naszego Jachimowszczyzny w pow. oszmiańskim, 
narodu. Do Was się zwracamy, czcigodni synowi Jana, b, marszałka pow. 
lejskiego, 
panowie. \A!iemy, iż nasz Sokół to tylko przeszła Worończa w posiadanie Lubańskich. 
mała cegiełka przy ogólnej odbudowie po- W orończa ma przeszło 104 włóki. Oprócz 
trzaskanego gmachu, ale prosimy Was wie- dworu, zasługują na uWagę wszystkie bu- 
rzyć i zaświadczyć przed ojczyzną, iż oczy dynki, z muru fundowane, pięknej architek- 
n2sze zawsze zwrócone są w jej stronę, że tury, y zwłaszcza starożytny skarbiec z wieżą 
k[1żdą pracę społeczną, jaką tu czynimy - gotycką, oraz olbrzymie szpalery lipowe. 
czynimy z myślą o niej i dla niej. Zaiste, Zastępcą pełnomocnika wojewody Niesioło- 
po trzykroć uroczysty jest dzień dzisiejszy Wskiego był tu w r. 1807 głośny starożytnik, 
dla nas. Dziś kraj nasz święci dzień Zmar- Adam Czarnocki, który pisał pod pseudoni- 
twychwstania. Oby był on nareszcie dniem mem Maryana Dołęgi Chodakowskiego; w r. 


/ - 

 
,
., , 
I;.-

. \,:


." 
-"--) \:J 
1--;"-->;:: "tr'-
 

- 'i
:S- 
1 : _ ' - 
'. ,,::'
\ \(j, .


 łii! L: "'-1 

 

 '-.) .. 
 
MI!;::
' .:;-'J 
- .-== --ł
 
 
 {. 
;.,,, - 


F" 
-
 
I 


v 


-ol, l: 
ł' 


-
t 
..ł L 



 ::= 


/ 


l-. 
\ / " 



 


GRUPA PETERSBURSKICH SOKOŁÓW POLSKICH, 


Pośrodku druh-naczelnik, Biegański. 


Zmartwychwstania jedności i miłości bratniej, 
abYE1nY wraz z poetą powiedzieć mogli: 
Jednością silni, zawsze społem, w promiennej 
blask wpatrzeni zorzy, choć burza się ży- 
wiołó\\' sroży, ku słońcu mkniemy za So- 
kołem! - Czołem." Trzeba nadmienić, że 
praca i dzielność organizatorów petersbur- 
skiego Sokoła Polskiego są zaiste podziwu go- 
dne, gdyż w krótkim czasie zdołali oni skupić 
pod jego sztandarem liczne zastępy druhów, 
spoić ich duchowo, utworzyć oddziały, zdolne 
na popisie publicznym wykazać spraVi
ność 
i rozrnaitość ćwiczeń. 


Pamiątki IitBwskie. 
Dwór modrzewiowy w Worończy. 
Pięknym zabytkiem przeszłości jest dwór 
modrzewiowy w Worończy, dobrach położo- 
nych \V pow. nowogrodzkim, nad rzeką 
Dorogówką. W dobrach tych istnieje też 
kościół murowany Ś-tej Anny, wzniesiony 
w r. 1781 przez Ówczesnego dziedzica, Jó- 
zefa Niesiołowskiego, ostatniego wojewodę 
nowogrodzkiego, który zmarł w r. 1814 
i w pcdziemiach tej świątyni pochowany 
został. Syn jego, jenerał wojsk polskich, 
po śmierci ojca, zamienił W orończę z jene- 
rałem Floryanem Kobylińskim na dobra 
w Królestwie. Córka Kobylińskiego, hr. 
Rostworowska, sprzedała Worończę, około 
1844 r., Antoniemu Mierzejewskiemu; na- 
stępnie, drogą wiana Izy Mierzejewskiej, 
poślubionej Aleksandrowi Lubańskiemu, wła- 
ścicielowi Lubania w pow. wilejskim, oraz 


...... 


1808 wywieziono go do Omska. O woje- 
wodzie Niesiołowskim wspomina Mickiewicz 
w "Panu Tadeuszu," kładąc w usta Woj- 
skiego, zgorszonego polowaniem młodzików 
na zające, słowa: "Cóżby rzekł (na to) wo- 
jewoda Niesiołowski stary, który ma dotąd 
pierwsze na świecie ogary i dwiestu strzelców 
trzyma obyczajem pańskim, i ma sto wozów 
sieci w zamku worończańskim, a od tylu 
lat siedzi, jak mnich, na swym dworze?" 


Dr. KsawBry Gałęzowski. 


Zmarły w Paryżu dr, Ksawery Gałęzo- 
wski, zajmował miejsce poczesne w szeregu 
uczonych, którzy wśród obcych godnie pod- 


.
_.
.- 


;
 


f>. 
"(, 
"",\ 



. 
.- 


-- 


/", ,
 


: .-..r 


'.. 
, . 


., 
-,;I 
.... 



.
 


.
. 


. ."k.;; 
.'
; 


11:. 


IKSA WERY GAŁĘZOWSKI. 

mywali sławę polskiego imienia. Urodzo- 
ny w Lipowcu, 1832 1"., studya medyczne 
ukOI1czył w Petersburgu, ze stopniem dokto- 


33tł 


ra. W skutek wypadków 1863 r., musiał 
wyjechać zagranicę. Udał się do Paryża, 
gdzie stale mieszkał Wówczas stryj jego, 
Seweryn Gałęzowski, znakomity chirurg, 
który zmarł w r. 1878. Pragnąc osiąść w Pa- 
IYŻU, Ksawery Gałęzowski był zmuszony 
odbyć i tam studya medyczne, aby pozyskać 
dyplom i prawo praktyki lekarskiej. Otrzy- 
mawszy jedno i drugie, rozpoczął działal- 
ność praktyczną i naukową. Poświęcił się 
wyłącznie okulistyce. W r. 1866 otworzył 
w Paryżu klinikę okulistyczną, w której od- 
bywał wykłady teorytyczne. Klinika i jej 
kierownik wkrótce zyskali rozgłos wielki: 
do zakładu przybywali nietylko chorzy z da- 
lekich stron świata, ale także lekarze, w celu 
studyów naukowych. \V 1". 1871 Gałęzowski 
zaczął wydmvać czasopismo specyalne p. t. 
"Recueil d'ophtalmologie," w niem umieszczał 
własne prace naukowe oraz innych autorów. 
\Ą1ziętość jego rosła. Nawet szach perski, 
Nasr-ed-Din, będąc zagrożonym na wzroku, 
wezwał go na dwór, jako lekarza specyaJi- 
stę. Nie zawiódł się: Gałęzowski szczęśliwie 
\-vywiązał się z trudnego zadania, Oprócz 
własnego czasopisma fachowego, Gałęzowski 
obficie zasilał cennemi pracami swemi inne 
specyalne czasopisma francuskie i polskie. 
Tak oto, w "Roczniku Towarzystwa Pal}T- 
skich Lekarzy Polskich" umieścił pracę, za- 
tytułowaną: "Nowa modyfikacya oftalmosko- 
PUj" w "Klinice"-J,pogląd na terapię chorób 
oczu;" w "Księdze Jubileuszowej pruf. Szo- 
kalskiego"-"O trudności rozróżniania barw." 
Zgon Gałęzowskiego jest cieżką stratą dla 
nauki, a także dla wychodźtwa polskiego 
w Paryżu, któremu zawsze z pomocą i radą 
spieszył. ZnakOmity lekarz był nadto gorącym 
patryotą-wiernie służył ojczyźnie, popierał 
usilnie i ofiarnie każdą sprawę narodową. 


MIECZ I DYPLOMIICYII. 


Szef petersburskiego Departamentu \Vyznań Obcych 
w Rzymie.-Jego starania \V Watykanie.-Deklaracya 
Stołypina co do stanowiska religii katolickiej.-Ojciec 
Ś-ty o Francyi.-Francuska polityka antykościelna ban- 
krutuje. 


W Rzymie bawi obecnie szef petersbur- 
skiego Departamentu Wyznań Obcych, Wła- 
dimirow. Zjawienie się tego dygnitarza ro- 
syjskiego nad Tybrem jest związane z celem 
doprowadzenia do końca sprawy, rozpoczętej 
dekretem Stolicy Apostolskiej, ogłoszonym 
w styczniu 1". b., t. j. sprawy nabożeństw 
dodatkowych w kościołach katolickich tych 
miejscowości, gdzie zamieszkują katolicy 
Białorusini i Małorusini, których jest prze- 
szło 2 miliony w guberniach: wileńskiej, 
mińskiej, wołyńskiej i w Chełmszczyźnie. 
O tym dekrecie papieskim pisaliśmy w cza- 
sie właściwym, stwierdzając, że wydany 
został zbyt pospiesznie, bez uprzedniego za- 
siągnięcia opinii biskupów zainteresowanych 
i do tego bez żadnej dostatecznej rękojmi, 


 P rzemow ę, w które J ' państwo od stanow wOJennyc . , w , O . ec cze 
--Ą.,. b Ć tle wypadków ostatniej doby, więc już to samo uspo- 
poruszył ostatnie wypadki we Francyi i pod- 'utrzymanie ich nadal usprawI.edlrwIO
e. y sabia do niego sympatycznie. Lecz bogaty i wdzięczny 
dał ostrej krytyce postępowanie rządu fran- musi Po\
r
żnemi przyczynamI. . Okolnrk do materyał nie został wyzyskany odpowiednio: autorowi 
cuskiego. Rozpoczął od przypomnienia świąt władz mIejscowych zaz
acza, ze rząd. za- brak energii i zapału, a przytem grzeszy nużącą raz- 
\ " I ' ell{an o cny ch , które nazwał S y mbolem walk, mierza znieść stany wOJenn . e W . rozmarty
h wlekłością. 
'V 3 d' J. Ciembroniewicz i A. Szycówna: "Kwiaty idzie. 
jakie Kościół wciąż staczać musi. Mówił miejsc0:Ą'ościa
h d. ,. ma
a, Je ?oczesnre ci." Przyczynek do psychologii dziecka. Naklad dwu- 
szczegółowo o walkach, których widownią z ustanrem dzrałalnoscI 
ądow WOJ
nn
-po- tygodnika "Szlwła Polslza." Str. 80. Rozprawa cieka- 
jest obecnie Francya, a które są dla niego lowych. W P
tersburgu .1 w Moskw
e ochro- wa, wykazująca wielką wrażliwość dzieci na piękno, 
tem boleśniejsze, iż kocha ten kraj szlach e- na nadz
yczaJna zastąpIOną zostanre przez co jest ważnem dla celów wychowania umysłowego, 
n estetycznego i moralnego; dla kształcenia poczucia 
tn y i troski jego uważa za swoje. Tymcza- wzmocnro ą. 
 '. 
' K ' l tw piękna i uczuć subtelniejszych. 
sem lud zie , rz ą dz ą c y Franc yą, nie dość , że Pozwolenie. GubernatoroWIe w ro es Ie 
Ks. Witold Czeczott: "Wiara." Konferencya apo- 
samowolnie złamali konkordat, że zrabowali Polskiem otrzymali od ministra spraw we- logetyczna, 1vygloszona tv Petersbur,fu, w kościele 
Kościół i wyrzekli się dawnych tytułów do wnętrznych okólnik z zawiadomieniem, że Ś-tei Katarzyny, podczas Wielkie.fo postu 1906 roku. 
sławy swej ojczyzny, ale jeszcze s"'mją się na skutek pmśby metmpolily kościołów ka- Si,: 104. Naklad "i'ffa
,i M. Sza,pk

k;'ga. , 
wydrzeć z serc swych obywateli resztę re- tolickich Vi' państwie, udzielono Najwyższe Stanisław Adamczewskl: "Nowa Jerozolima czyli 
. '. k ' b . k k spełnienie się na ziemi Bożych przyrzeczeń". Pro- 
ligijności. Ludzie ci zdeptali prawo publrczne zezwolenre wszyst lm IS upom rzyms 0- . '. , Stolt ' c '.' z Boże i laski. St :<9 
. " b '., '. t . t kt ' jekt Jerozolt11tsk,ej J :J r. 
 . 
i plywatne, obrzucają Oszczerstwem eplsko- katolrcklm na z Ieranre 
Wlę ople rza, . . ore Naklad autom. 
pat i duchowieństwo, starają się wy\\.'Ołać będzie ofiarowane Ojcu S-mu, z okaz
I Jego Ks. Ignacy Charszewski: "Tolerancya religijna 
niesnaski pomiędzy duchowieóstwem 
 Sto- jubileuszu kapłaóckiego, Adresy. Jednm< W"""", ,",.m.", . Odbitka, z "Or
d_ika z pad 
li'ą A p ostolską. Prócz tego manewrują so- l ofiary dla Ojca S-go, na mocy plzeplsow Jasnej Gory , Ostrej Bramy. Str.. .' 
c ". h b . d ł Fryderyk Nietsche: Jutrzenka". Mysl, o prze- 
Clzmatami starali się wplątać do swej walkI o wyznamach obcyc ,muszą yc o syane l h P " 1.1 d Stan, ' sla 1va n r y rz"ko- 
' , '. . '. 'h sqdach mora nyc. rze. a J 
z KOściołem instytucye poszczegolne l admI- przez mm
stra splaw wewnętrznyc '. _ 1vskiego. Str. 410. Książka ta jest siódmym z kolei 
nistmeyę kmju, aby módz potem oskmżyć Egzamma, Z powodu 
ozp",ządzema. 
u- tom= 
 pol'''',j, kompl,tn'i oIy,y' d"" g'''''',go 
Papieża, że zaczepia formę rządu, który nistra oświaty o _przywrocenIU egzammow filozofa ostatniej 
oby, który ,:
warł wpływ wIelkI 
uznał i zawsze szanował. Ojciec Ś-ty wyra- przejściowych w rządowych zakładach na- na kierunek myślI wszechludzkiej. 


.. 


.. 


ził następnie radość, że pomimo tych ma- 
chinacyj, trwa zupełna jedność pomiędzy 
biskupami i że również panuje zupełna har- 
monia pomiędzy duchowieństwem, wiernymi 
i Stolicą Apostolską, co wróży lepszą przy- 
szłość Kościołowi i Francyi. Papież nie usta- 
nie w wykonywaniu obowiązków swoich 
względem ukochanego narodu francuskiego. 
Nienawiści-tak zakończ y ł J. Świętobliwość 
" 
przemówienie -będziemy przeciwstawiali mi- 
łość, błędowi prawdę, obelgom i pogróżkom 
pokorę-i będziemy błagali Boga, aby wro- 
gowie zaprzestali swoich knowań, aby, gdy 
KościołO\'iTi wolność przywróconą zostanie, 
wszyscy, choćby nie katolicy, lecz przyja- 
ciele cvwilizacyi i sprawiedliwości, zechcieli 
praco
ać razem z nami dla dobra ogółu 
i szczęścia ojczyzny". 
We Francyi tymczasem mnożą się objawy 
niezadowolenia z polityki antykościelnej. Cle- 
menceau zabronił władzom Orleanu ucze- 
stniczyć w uroczystościach kościelnych na 
cześć Joanny d'Arc, które odbywają. się od 
r. 1432. L
dność i municypalność Orleanu, 
chociaż usposobione wogóle antyklerykalnie, 
są niesłychanie oburzone tem rozporządze- 
niem rządu. Z tej małej chmury może wy- 
niknąć groźna burza. 


CHWILII BIEŻlICII. 


339 


ukowych średnich, odbyły się nadzwyczajne 
zebrania rad pedagogicznych, które uchwaliły 
w r. b. nie stosować tego środka, ponieważ 
prognlm wykładów nie był zastosowany do 
nowych wykładów. Nadto rady pedagogi- 
czne zakładów naukowych w Warszawie 
w zasadzie sprzeciwiają się tej reformie, jako 
nieodpowiadającej zasadom pedagogicznym. 
Odezwa. Związek Zawodowy Pracownic 
Igły (aleja Jerozolimska n-r. 25) nadesłał nam 
odezwę do ziemianek treści następującej: 
"Zawsze chętne do przyjścia z pomocą ka- 
żdemu, a tembardziej tym, co nie chcą jał- 
mużny, acz nie są na tyle bogate, by opłacać 
kosztowne letniska, członkinie Związku Pra- 
cownic Igły liczą i teraz na Waszą szlache- 
tną pomoc, Szanowne Panie Ziemianki. Od- 
wdzięczymy się Wam pracą lub niewielką 
zapłatą, Wy nam dopomożecie do nabrania 
sił du pracy, rozkoszowania się zdrowerp 
powietrzem. "Biesiada Literacka" znajduje 
się prawie w każdym dworze wiejskim, 
mamy więc nadzieję, że za jej pośrednictwem 
otrzymamy prędkie i liczne odpowiedzi". 
Szkoła rolnicza. W gminie sztabińskiej, 
pow. augustowskim, powstaje z zapisu hr. 
Brzostowskiego Szkoła Rolnicza, z interna- 
tem dla młodzieży włościańskiej od lat 17 
do 20 wieku. Na budowę domu dla szkoły 
gmina ogłosiła konkurs za pośrednictwem 
Koła Architektów. Dom murowany, jedno- 
piętrowy, na wysokich suterenach, dachów- 
ką kryty, stanie na wysokiem płaskowzgó- 
rzu, wśród obszernego, otworzystego placu, 
gdzie będzie założony ogród. 


11 



 
I 


PLON LrrERACKI.
		

/13.djvu

			PAMIĄTKI LITEWSKIE. 


--::c . - ;;;;;;,:;;;;-
 


/.,
. 



 ..;.
.,;" 

 ,-, 
i: 




 



.<:;
.. r I 
- 
 ' . 
. ;J, . 
,.1 
i 
I 



 

 ", 
,.- ....,.: 
-, ,,
... 



,
. J.}.. .. 


""i 


:
 



"-'
i l(
 ',-. 
 
,." g' ..,.1 I ,']C...' 
,9."kq 
:
f:ł .! 

: .:,, :.) , -'£<

."L'n 
',.': . 



,,
 


lo .;., li ł :' 
, . 


;:/ 







t, 
k.,;.
 I 
I 


?'. 


.
 


;:-- ,
',. 


:.: 


. 
.;.
, .". 


DWÓR MODRZEWIOWY W WOROŃCZY. 


Stanisław Garski: "System filozofii". Tom l. 
Zagadniellia wstępne. Str. 208. Treść: Obecny kryzys 
\\
e ftlozofii. - Określenie filozofii. - Podział filozofii 
i stosunek jej do nauk szczegółowych. - Filozofia 
a psychologia. - Filozofia a religia. - Plan systemu. 
Z. Sawienkowowa: "Lata krzywdY". Wspomnienia 
matki. Z rosyjskie,l[o przełożyl Edward Slol/ski. 
"Ksiqżnicy" tom 14. 
A. Boniecki: "Herbarz polski". Zeszyt III tomu 
X zawiera nazwiska od Kis/elewscy do Klembowscy. 
Jan Mrówka (Jeleński): "Robotniku polski! ratuj 
siebie przed zgubą a kraj swój przed ruiną". Glos 
swoje,l[o do swoich. Str. 15. Wydawnictwo "Roli." 
Uczciwe rady dobrego obywatela dla obałamuconych 
przez stronictwa krańcowe rzesz. 
Karol Libelt: ,,0 miłości ojczyzny". Z przedmo- 
1Vq WI. Korotyl/skiego. "Taniej Biblioteki dla wszyst. 
kich" t. 1. 
Wincenty Pol: "Pi.eśni Janusza". TVybór. Z przed- 
mowq O. Lechity. "Taniej Biblioteki dla wszystkich" 
tom II. 


S. Posner: "Domy Ludowe w Belgii". Str. 15. 
Naklad Ksiqżnicy Ludowej. Str. 16. 
W. Fotomijanc: "Formy ruchu agrarnego". Str. 
132. Nakład Aleksandra Rippera. 
"Przegląd Historyczny". Zeszyt I tomu IV zawiera: 
Ludwik Gumplowicz "Socyologia a państwo Hamm'a- 
biego".-Aleksander Briickner "PiasL"-M.Handelsman 
"Przywilej piotrkowski 1388 r."-Rumbold z Połocka 
"Rafał Korsak, metropolita Rusi (ur. 160l-t 1(42)."- 
Ignacy Tadeusz Baranowski "Z dziejów feudalizmu na 
Polesiu" (Rajgrodzko-Goniądzkie państwo Radziwiłłów 
w pierwszej połowie XVI w.)-AI. Kraushar ,,0 paru 
ciekawszych rękopisach Biblioteki Cesarskiej Publicz- 
nej w Petersburgu". - Jan Zakrzewski "Czasopiśmie
 
nictwo polskie na emigracyi."-N. Michalewicz "O pra- 
wie przyzwalania krewnych na pozbywanie nierucho- 
mości w Wielkopo1ce aż do ustawodawstwa Kazimie- 
rza Wielkiego" .-Giuseppe Tomasetti "Przegląd najno- 
wszej historyozofii włoskiej". - "Miscellanea". - 
"Kronika." 
"Krytyka". Treść zeszytu kwietniowego: f. "O je- 
dności narodowej".-T. Nalepiński "Król-zbrodniarz" .-- 


t"
"

... 


. )o{ 1i:::4' '
1
':f"""
.:# N A D E S Ł A N E 
, 



b ..... 
'..'!lI"...... 

 .....wn ::;4.... 


ALBUMINOZA HENNEBERGA. 


Pierwszy i jedyny krajowy przetwór odżywczy, nie zawierający żadnych skła- 
dników sztucznych. 
Najodpowiedniejszy pokarm dla dzieci nawet W najwcześniejszym okresie życia, mogący za- 
stąpić mleko i wszelkie inne pokarmy. 
Albuminoza wplywa na szybki przyrost wagi, ulatwia ząbkowanie i wzmacnia mięśnie i kości, 
usuwając w ten sposób tak bardzo rozpowszechniuną krzywicę (chorobę angielską). 
Jako pokarm najłatwiej strawny i bardzo pożywny, Albuminoza nadaje się również dla osób 
wszelkiego wieku, osłabionych dlllgotrwalą chorobą, dla chorych na blednicę, niedokrwistość, 
gruźlicę i wycieńczenie z jakichkolwiekbądź powodowo 
Będąc pożywieniem nader smacznem, Albuminoza nadaje się jako dodatek do wszelkich' po- 
traw i napojów. 
Żądać we wszystkich aptekach, skLdach aptecznych i większych handlach ko10nialnych. 
Jeneralny reprezentant na Królestwo i Cesarstwo 
ST. SIUD.A..K, Warszawa, Hoża N-r 60. Telefonu N-r 99.12. 


Dr T Drab 
 zyk ASYS. sZP. Ś. DUCHA. 
. II CHOROBY WEWN. 
PRZYJMUJE OD godz. 4 do 6 po południu. 
ulica Chmielna 1'1'. 30. 


'am. "' D C ' rozwija i wzmacnia o
ob.iście i zaoc
nie 

 oraz usuwa roztargmeme Mnemomsta 
Prof. H. Sztocb. Warszawa. ul. Marszałkowska 119 
Telef. 23.85. Przyjmuje od 5 - 7. 8 lat praktyki. 
Eroszura wysyła się po otrzymaniu 7 kop. marki. 


SKŁAD "W"IN 


TOMASZ ZANIEWICKI 


HURTOWY I DETALICZNY. 


Cenniki wysyła się na żądanie franco i gratis. Jako specyalność 
firma poleca WINA BIAŁE NATURALNE do użytku kościelnego. 


OFERTY I PROBY NA 2ĄDANIE GRATIS. 


W'arsza'Wa, SeDatorska Nr 19. 
Telefonu 1389. 


Jan Szarota "Poezya francuska ostatnich lat dwudzie- 
stu pięciu. Emil Verhaeren". - Konstanty Srokowski 
"Polska racya stanu w sprawie ruskiej".-Bronisław 
Biegeleisen "Wartość nauki".-Artur Górski "Człowiek 
wolny u Adama Mickiewicza". - Wacław Sieroszewski 
"Narodowość w socyaliźmie" - Grzegorz Glass z po- 
ematu "Sen śmierci" . -Antoni Lange "Savitri " , prz
kład 
z sanskrytu. - "Przegląd prasy polskiej i obcej". - 
"Polemika". - "Teatr zagraniczny." - "Sprawozdania 
naukowe i literackie". 


RbBUIYII"OZR HE"łłEBERIiR. 


. . Od pewnego już c
asu zwracano uwagę wybi- 
tmeJszych przemysłowcow naszego kraju na konie- 
czność ograniczenia przywozu zagranicznych, skon- 
centrowanych środków odżywczych, przez stworzenie 
odnośnego działu produkcyi u nas. 
Środki te - przychodzące do nas pod przeróżne- 
mi nazwami, jak Sanatogen, Hematogen, Somatoza, 
Fosfatyna, Mączka Nestl<
a i inne, były, z powodu 
swej ceny, dostępne tylko dla zamożniejszej ludności, 
a nadto podlegając ciągłemu podrabianiu, wiele po- 
zostawiały do życzenia. 
Jeden z wybitnych naszych ziemian, p. Adolf 
Henneberg z Nowodworu, właściciel wielkich zakła- 
dów mleczarskich w Warszawie, wynalazł w osta- 
tnich czasach taki właśnie środek odżywczy, prze. 
wyższający jakością swą preparaty zagraniczne i pod- 
dawszy go odpowiednim próbom, założył fabrykę te- 
go produktu w swym majątku. . 
Produkt ten zwie się albumil1ozq. 
Jest to mączka mleczna, zawierająca wielką ilość 
skoncentrowanych silnie ciał białkowatych, dająca się 
z łatwością mieszać do wszystkich pokarmów sta- 
łych i płynnych, jako dodatek wzmacniający znako" 
micie ich wartość odżywczą, bez zmiany smaku i wy- 
glądu. 
Jak wspomnieliśmy wyżej, wynalazek p. Henne- 
berga poddany został przez właściciela specyalnym 
próbom. Przeprowadzono je w chemiczno-bakteryolo- 
gicz,:em laboratoryum szpitali warszawskich, pod kie- 
runkIem d-ra Jerzego Brunn
ra, oraz poddano albu- 
minozę próbie kalorymetrycznej w centrajnem labo- 
ratoryum cukrowniczem w '\Varszawie. 
Obie pl-óby wykazały dowodnie, iż albuminoza 
zawiera wyższą od wszelkich innych tego rodzaju 
znanych u nas preparatów wartość odżywczą. 
Ale dużo ważniejszem było praktyczne doświad- 
cz,enie, podjęte na oddziale d-ra Korybut-Daszkiewicza 
w szpitalu dziecięcym, gdzie stosowano albuminozę 
przez przeciąg 5 ciu tygodni, jako systematyczny śro- 
dek żywienia dzieci. Rezultat tej próby przeszedł 
wszelkie oczekiwania, raz jeszcze stwierdzając ogro- 
mną doniosłość wynalazku p. Henneberga. 
Dzieci, żywione albuminozą, rozwijały się bardzo 
normalnie, a dużo prędzej i pełniej, niż przy jakim- 
kolwiek innym pokarmie, nadto zdobywały wybitną 
odporność przeciwko wszelkiego rodzaju chorobom 
dziecięcym i wykazywały ogólnie duży przyrost wagi. 
Rezultaty te opisała szczegółowo \V "Kronice Lekar- 
skiej" z dn. l5 marca dor med. Matylda Biehler. 
Albuminoza posiada jednak nietylko dla dzieci, 
lecz i dla organizmów dojrzałych wysoką wartość, 
jako wyborny środek odżywczy i ukazanie się jej 
z tem większą ogól wita życzliwością, iż jes
 ona 
polskim wynalazkiem i produktem swojskiego, krajo- 
wego przemysłu. 



, 
.c '1 
-., ,I, 


'
 I ' I PO ClTÓWKI !IIII 
, ILUSTROWĄ" 
j wykonywamy I 
ł. na papierach 
BROMOSREBRNYC 
SWIATtODRUKIEM 
AUTOTYPJĄ 
FOTOLITOGRAFJĄ. 
\ I TRlEMA KOLORAMI 


, 
I 


Druko'WaDe farbą ze skladu W'. Karpiiiskiego i W'. Lepperta. 


MICHAŁ SYNORADZKI. 


Redaktorzy: WŁADYSŁAW MALESZEWSKI 
DRUK SYNÓW ST. NIEMIRY, PLAC WARECKI 4. 


Wydawca: A. J. NIEMIRA.